Czas na kolejne podsumowanie. Nie za bardzo mam chęci a i weny też mi nie zbywa. więc bez zbędnych wstępów i literackich ozdobników. Wio :-)
Styczeń. Wróciłam do domu. I okazało się, że domu tak naprawdę nie mam. Nie mam swojego miejsca na świecie. Mama uzależniła się od internetu (dalej gra w plemiona! Cały czas z tą samą intensywnością...). Moje łóżko już nie daje tyle ciepła co kiedyś. Trwałam ciągle jeszcze w tym dziwnym związku, który z perspektywy czasu (i nowych doświadczeń) ciężko mi jakkolwiek opisać. Pamiętam, jak bardzo byłam zdeterminowana, jak za wszelką cenę chciałam go kochać. Pytałam dookoła wszystkie znane mi mężatki, skąd wiedziały, że to już ten jedyny? Czy to się jakoś odczuwa? I czy nie było im ciężko podjąć decyzję, że to właśnie z tym mężczyzną spędzą resztę życia? Bo ja nic nie czułam, nie wiedziałam co czuję i tylko powtarzałam sobie, że przecież go kocham...
Luty, marzec. Dzień w dzień to samo. Chyba tylko coraz gorzej było mi z mamą. Coraz częściej się kłóciłyśmy, coraz mniej rozmawiałyśmy normalnie. No i z Grześkiem też było gorzej. Irytował mnie. Miałam nadzieję, że kiedy wrócę coś się w nim zmieni, zacznie traktować mnie inaczej, poważniej... Byliśmy ze sobą tyle czasu, a właściwie chodziliśmy na randki. Tylko. Nie mieliśmy wspólnego życia, czegoś co by nas łączyło, nie mieliśmy ze sobą nic wspólnego. Brakowało mi wtedy ciepła i domu. Byłam zawiedziona i zagubiona a on nie potrafił mnie zrozumieć. Nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać.
Kwiecień. Prawie w całości spędziłam u rodziców Martyny. Miało być tylko na parę dni, żeby zobaczyć dzidziusia. Wyszło jak wyszło :) Znowu miałam rodziców i siostrę, a nawet czasem dwie. Wszystko to było mocno pożyczone, ale było mi z nimi dobrze. Mam nadzieję, że im ze mną też :) Po dwóch tygodniach Grzesiek co wieczór zaczął stanowczo dopominać się mojego powrotu. On złościł się na mnie, że znowu mnie nie ma. A ja na niego, bo przecież i tak widzieliśmy się dwa razy w tygodniu, przez dwie, trzy godziny. Jak miałam dobry humor, oglądaliśmy mecz, jak gorszy - film. Jak nie miałam humoru - ściany. Czułam, że nie mam po co wracać. Że nie jestem mu potrzebna. Miałam też wtedy plan wyjazdu do Włoch. W celach krajoznawczo - zarobkowo-na-krajoznawczych. Powiedziałam mu o nich i zagroził, że jeśli wyjadę chociaż na miesiąc, z nami koniec.
Maj. Wróciłam w końcu do Ostrowca. Grześka nie uprzedzając, przyszłąm do jego domu. Jaki to był przełom w naszym związku. Chyba pierwsze nasze spotkanie bez smsów typu "będę o 18" czy "przyjdź o 20, weź jakiś film". Po jakimś tygodniu jednak Grzesiek powiedział, że siedzę sobie w tej Polsce właściwie bez celowo. I lepiej dla mnie byłoby gdybym chyba jednak wyjechała. Właściwie praktycznie sam to zaproponował. Ugadałam się z tatą i już pod koniec maja byłam w UK. Znalazłam pracę...
Czerwiec, lipiec. Moje życie ciągnęło się samo, jakby bez mojego udziału. W lipcu rozstaliśmy się z Grześkiem. Przez gg. Do tej pory nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. Było mi tak dziwnie się przyzwyczaić. Bo to była ogromna z miana w moim życiu. A tak naprawdę, w życiu codziennym zupełnie jej nie odczułam. Żyam jak wcześniej, tylko tyle, że już nikt nie czekał na mnie w Polsce. Spotkałam się parę razy z paroma chłopakami. Myślałam nawet, że się zakochałam... Ale!
Sierpień. To chyba najważniejszy miesiąc w tym roku. Może mieć znacznie większy wpływ na moje przysze życie, niż wszystkie moje pozostałe sierpnie, razem wzięte. Zamieszkałam w jednym domu z tatą i jego kolegą. Młodym, przystojnym, inteligentnym, zabawnym i skromnym... mrrr :-) Nie wiem jak to wyszło, są dwie wersje. Pierwsza, że wyszło samo z siebie, druga, że wyszło samo ze mnie ;-) Nie da się ukryć że pomóg nam dość urlop mojego taty. Bo tata pojechał na dwa tygodnie do Polski, a kiedy wrócił wczesnym rankiem, i przyszedł się ze mną przywitać, mógł też uścisnąć rękę Misiaka, który leżał poduszkę dalej. Uścisnął mu ową kończynę górną ze słowami "Mów mi tato" :)
Generalnie sierpień jest ostatnim miesiącem w tym roku, jaki pamiętam. Dla mnie ciągle jest sierpień :-)
Gdzieś tam później przeżyłam niezwykle sympatyczny najazd Martyny i Kelly. Przyjechał Mariusz (mój szwagier). Potem dojechała do niego Ala (moja siostra) z dzidziusiem (moim siostrzeńcem). Michał wprowadził się do mojego pokoju. Wysyłaliśmy pierwsze wspólne kartki świąteczne. Za nami już ciepłe i szczęśliwe, pełne mnie i jego - święta. Niezbyt wystawne, na wszystko nie mieliśmy czasu, ale najważniejsze, że była ta prawdziwa atmosfera. Nie ta od pierogów i bigosu. Ta od miłości :) A przed nami pierwszy Sylwester. To będzie mój pierwszy Sylwester w sierpniu.
Ps. I już wiem, skąd wiadomo, że to ten jedyny. To się jednak czuje :-)
ps. Zamieniłabym jednak to co mam na drewniany domek otoczony lasem i koniecznie nad jeziorem. Las to dla mnie..na długie spacery z psem..;)
Pomyślności i radości Anno Domini 2009!!
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą