< >  wszystkie blogi

No doubt!

Najważniejsze aby nóż ciągle służył do krojenia chleba...

Co to był za dzień! ;D

1 styczeń 2008 ·
Po 4 godzinach snu zostałam dobudzona i zawieziona na lotnisko. Mój pierwszy samodzielny lot. Wiedziałam, że coś pójdzie nie tak. Musiało :-)
Po oddaniu bagażu, który odziwo - miał prawidłową wagę (dziwne, bo ja nie mogłąm go unieść a przeczuwałam, że coś pójdzie nie tak, więc myślałam, że może poprostu chodzi o nadbagaż) pożegnałam się z tatą.

Pierwszym potwierdzeniem tego, że dziś nie jest tak jak zwykle, była pikająca na mnie bramka. Bramki nigdy na mnie nie pikały. Mimo pierścionków, kolczyków, łańcuszków. Raz pikały na moje buty, ale od tamtej pory latam w adidasach. Więc niewiadomo czemu bramka na mnie zapikała. Po gruntownym mnie oklepaniu udałam się pod swoje wyjście.

Zdążyłam usiąść, kiedy pani w głośnikach powiedziała, że z naszego wyjścia będzie leciał Poznań. O naszym locie ani słowa. Ludzie poddenerwowani. Poleciał Poznań i Katowice, o nas dalej nic. 5 minut przed planowanym wpuszczaniem na pokład w głośnikach poszło ogłoszenie. Nasz lot jest opóźniony. Dalsze informacje o godzinie 9:00. Mój odlot nastąpić miał o 8:20. Uśmiechnęłam się wyobrażając sobie, jak to chłopak sobie na mnie poczeka na lotnisku. Postanowiłam poinformować tatę o małym opóźnieniu kiedy to zauważyłam, że padł mi telefon. (Swoją drogą straszna ze mnie idiotka, ale w tym całym pakowaniu, podekscytowana, zapomniałam sprawdzić jak tam z baterią). Nic to. Rozejrzałam się dookoła. Jakaś kobieta, całkiem miła, z przejęciem opowiadała wszystkim, któzy chcieli jej słuchać, że to jej pierwszy lot, że nie zna angielskiego, że musi koniecznie być w Polsce, bo jej siostra jest w stanie krytycznym i chce zobaczyć ją przed śmiercią. Podeszłam pod tablicę, żeby sprawdzić czy są jakieś informacje na temat mojego lotu. Pod tablicą spotkałam chłopaka, z którym kiedyś pracowałam, jeden dzień. W tym samym zakładzie, ale na innych stanowiskach. Wracaliśmy wtedy jedną taksówką do domu. On zupełnie mnie nie pamiętał (po jakimś czasie powiedział mi, że jak tak na mnie dłużej patrzy to jednak skądś mnie kojarzy). Miał natomiast dwa telefony i ku mojej radości pożyczył mi jeden. Mogłam zadzwonić do taty i powiedzieć, że mój lot ma jakieś 40 minut opóźnienia, co też natychmiast zrobiłam.

Ale co tu robić przez 40 minut na lotnisku? Pogadaliśmy (ja i Marcin, bo nie pamiętający mnie kolega miał na imię Marcin) i ustaliliśmy, że oboje jeszcze nic dziś nie jedliśmy. Poszliśmy zatem na najdroższe kanapki w moim życiu (5 £!). A później króki przemarsz po sklepach strefy bezcłowej. Kupiłam jakieś cukierki dla chłopaka, żeby nie marudził, że znowu nic mu nie przywiozłam. I kupiłam kota. Generalnie, żeby wydać drobne, które do niczego już mi się nie przydadzą. Kota nazwałam Luton.

Poszliśmy jeszcze raz pod tablicę, która głosiła teraz, że odlecimy o godzinie... 12:30! ;-( Na zegarku ledwo 9:00. Co tu robić? Przegraliśmy resztę drobnych na maszynach i słuchaliśmy mp3 rozmawiając o naszych gustach muzycznych i filmowych. Zadzwoniłam do taty, mamy, chłopaka. Gdybym miała numer telefonu, z pewnością zadzwoniłabym też do pilota mojego spóźniającego się samolotu. Całe szczęście, że spotkałam tego chłopaka, bo w przeciwnym razie mogłabym umrzeć z nudów. Co pięć minut w myślach wychwalałam moje szczęście, do spotykania dobrych ludzi (w tym miejscu wszystkich dobrych ludzi, których spotkałam, buziaczkuję, o tak - :* ).

Czas do 12:30 jakoś minął, w samolocie usiadłam obok Marcina. Próbowaliśmy usnąć, ale nie wyszło. Przegadaliśmy trochę ponad 2 h i byliśmy już na lotnisku w Warszawie. Polska przywitała nas drobnym śniegiem i ciasnym autobusem. Marcin dzielnie (mimo moich protestów, że poradzę sobie sama, ładnych acz nieszczerych, bo sama nie dałabym rady) zaniósł mój bagaż (mimo, że nióśł też swój) aż napotkaliśmy mojego chłopaka. Chłopak (co bardzo dziwne) wcale nie był zazdrosny, nawet mu podziękował (ja zresztą też). Pogadaliśmy jeszcze krótką chwilkę i nareszcie zaczął się ostatni etap podróży.

W domu byłam po 18:00. Nastąpiła szybka kąpiel i rozpakowanie. Potem przenieśliśmy się do niego. Było bardzo miło, nigdy wcześniej nie było mi tak bardzo miło ;-)) O 12:00 dostałam buziaka, a później zmęczona, usnęłam. To był zdecydowanie najlepszy dzień w tamtym roku.
 

1 komentarz
sq_str8
Sq_Str8 - Superbojownik   |  2 lata i 2 miesiące temu  |  
a mnie kiedyś obmacywały dwie oficerki "security", bo guzik w dżinasch piszczał :D
od tamtego momentu ubieram się w ubrania bez metalowych dodatków ;>

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
O blogu
  • To jest blog. Mały, niezorganizowany i niesystematyczny. Zmęczony, smutny i śpiący. Uwaga! Blog posiada tendencję do schodzenia na manowce.
  • Informuj mnie o nowościach na blogu
  • RSS blogu Ale_Xandra
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi