Subiektywny Przegląd Muzyczny, odcinek 5
Tytułem wstępu - niezależnie od tego, co napiszę o tej płycie prawdopodobnie nie będę z tego zadowolony. Cóż, tak zazwyczaj jest, gdy przychodzi do pisania o ulubionym albumie - postaram się więc, jak tylko mogę.
Pink Floyd jest dla mnie pewnego rodzaju fenomenem. Został założony przez grupkę studentów architektury i początkującego malarza, którzy - co tu kryć - wybitnymi muzykami nie byli. Watersa trudno nazwać rewelacyjnym basistą, Mason również był co najwyżej dobry, Wright w czasach formowania się zespołu dopiero uczył się grać na klawiszach, Gilmour sam przyznał, że jest jednym z najwolniejszych gitarzystów, a Syd Barrett grał raczej na gitarze rytmicznej. Co więcej, jeszcze w 1970 roku, przy okazji nagrywania Atom Heart Mother, żaden z nich nie znał nut. Nie przeszkodziło im to jednak przejść do historii muzyki i nagrać jedną z najlepszych płyt wszech czasów.
Kariera Pink Floyd pełna jest wzlotów i upadków. Są kawałki lepsze i gorsze, mniej lub bardziej awangardowe, a każda płyta ma w sobie coś charakterystycznego, co sprawia, że raczej nie jest to muzyka adresowana do masowego odbiorcy. Jednak "The Dark Side of the Moon" to jedyne ich dzieło, które polecam każdemu, bez względu na to, jaką muzykę lubi. Dlaczego?
Z kilku powodów. Głównym jest "skoncentrowanie" płyty. Moje trzy ulubione albumy Floydów to właśnie
The Dark Side of the Moon,
Wish You Were Here i
The Wall. Jednak każde z nich jest genialne na swój sposób.
The Wall to dzieło zdominowane przez Watersa i jego rozterki, nieznośnie pompatyczne na dłuższą metę, o czym pisałem już w jednej z poprzednich notek. By wczuć się w klimat, trzeba odsłuchać całość kilka razy, a nic tak nie zniechęca nowicjuszy, jak słuchanie przez 1,5 godziny "na pierwszy rzut ucha" podobnych do siebie piosenek.
Wish You Were Here natomiast jest, poza tytułową piosenką, mocno podbarwione syntezatorami, co również nie każdemu musi przypaść do gustu, tak samo jak naprawdę długi (w sumie 26 minut!) utwór Shine On You Crazy Diamond. Za to
The Dark Side of the Moon to album pod tym względem idealny. 9 utworów i 43 minuty świetnej muzyki, w sam raz na jedno posiedzenie. I do tego jest to muzyka z niebanalnym przekazem.
O czym opowiada "The Dark Side..."? Sam tytuł już wiele wyjaśnia - z tym, że tytułowym księżycem jest w tym wypadku człowiek. Jest to płyta o ludzkich słabościach, lękach, pragnieniach. W 9 (albo 10, w zależności jak kto liczy, najczęściej jednak pierwsze dwa utwory funkcjonują jako jedna ścieżka) piosenkach eksplorowane są kolejne mroczne zakamarki ludzkiej duszy.
Album zaczyna się instrumentalnym
Speak to Me - swoistą mozaiką złożoną z efektów wykorzystanych w kolejnych utworach (np. obłąkańczy śmiech czy odgłos kasy). Utwór płynnie przechodzi w
Breathe - ładną i być może nieco naiwną piosenkę mówiącą o tym, że czasem warto się zatrzymać na chwilę, odetchnąć od pracoholizmu i skupić się na tym, co w życiu ważne. Dobry wstęp do tego, co będzie dalej.
Jeśli chodzi o kolejny utwór,
On the Run, to mam mieszane uczucia. Jest to kompozycja złożona z galopujących pasaży stworzonych przez syntezatory, z dodanymi efektami kroków i samolotu. Została ona wywiedziona z koncertowego przerywnika pt. "Travel sequence" i w założeniach opowiada o strachu przed podróżowaniem i niebezpieczeństwem z tym związanym (wspomniany samolot na końcu się rozbija). O ile oryginalna wersja była całkiem ciekawym jammem, to ostateczna wersja jest na dłuższą metę nieco męcząca. To moim zdaniem najsłabszy utwór na "The Dark Side...".
Time to z kolei opowieść o czasie. O tym, jak go marnujemy, o tym jak ucieka i o tym, jak niepostrzeżenie zbliżamy się do śmierci. Tematyka przygnębiająca, ale utwór genialny. Jedna z moich ulubionych piosenek Pink Floyd, a także jedna z nielicznych naprawdę zespołowych kompozycji tej grupy.
The Great Gig In the Sky grany był pierwotnie na koncertach jako "Mortality sequence" i to dobrze oddaje jego charakter. Na utwór składa się delikatne pianino Wrighta, wzmocnione następnie perkusją i potężną wokalizą w wykonaniu Clare Torry. Gdzieś w tle przewijają się wypowiedzi pracowników studia Abbey Road, z którymi członkowie zespołu przeprowadzali wywiady (pytając m.in o strach przed śmiercią - te właśnie fragmenty wykorzystano w tym utworze).
Dalej mamy nieco bardziej przebojowo -
Money, z jego charakterystycznym, zapętlonym dźwiękiem otwieranej kasy i przesypywanych pieniędzy. Mowa tutaj o wpływie pieniędzy na człowieka (a w szczególności muzyków) i o chciwości. Jakby nieco na ironię, jeden z większych przebojów grupy.
Us and Them to opowieść o wojnie, uprzedzeniach i nędzy - o sytuacjach, w których dzielimy ludzi na "nas" i "ich". Jest tu świetna, delikatna partia pianina, ciepły dźwięk saksofonu, delikatne wokale przechodzące w chóralne "refreny" i wpadająca w ucho gitara. Mój numer dwa na płycie. Utwór przechodzi płynnie w
Any Colour You Like - jak to określił Waters, "instrumentalny wypełniacz". Fakt, ale jest to wypełniacz bardzo dobry. Trochę syntezatorów i lekko funkowe brzmienie robią niezły klimat. Są różne wersje pochodzenia tytułu (w tym ta z Fordem T, który można było mieć w dowolnym kolorze, pod warunkiem że będzie to czarny) i różne interpretacje, ale ja bym nie przeceniał głębi tego utworu. Solidna instrumentalna robota.
Koniec płyty należy do Rogera Watersa, który we wcześniejszych piosenkach nie udzielał się wokalnie.
Brain Damage to piosenka o szaleństwie, w domyśle o pierwszym liderze grupy, Sydzie Barrecie. Ciekawostką jest, że mówiąc o Sydzie, utwór zawiera niemalże proroczy fragment:
And if the cloud bursts, thunder in your ear
You shout and no one seems to hear
And if the band you're in starts playing different tunes
I'll see you on the dark side of the moonOkazało się, że już za parę lat Floydzi mieli zacząć grać "inne dźwięki", ale co z tego wyszło - innym razem. Brain Damage płynnie przechodzi w
Eclipse - krótkie podsumowanie albumu, mówiące, że to, co jest faktycznie jest wszystkim (tylko i aż) co mamy. Nieco naiwne, ale na swój sposób głębokie i - w moim odczuciu - mimo wszystko budujące.
Jak widać nieco się rozpisałem, opisując ledwie 43 minuty muzyki, ale to zapewne ułamek tego, co można o Ciemnej Stronie Księżyca powiedzieć. Dodam jeszcze tylko, że przez ponad 14 lat (sic!) album ten nie schodził z listy Top 200 Billboardu, a do tego do dzisiaj uznaje się go za najlepiej wyprodukowany w historii muzyki (nawet po trzech latach słuchania znajduję nowe smaczki!). To musi o czymś świadczyć.
Jak już wspominałem, to jedyna płyta Pink Floyd, którą bez wahania polecam każdemu. Jest to dzieło głębokie, fantastyczne muzycznie i niepostrzeżenie wykradające 43 minuty z życia. Warto dać mu szansę, a nuż zasłuży na honorowe miejsce na półce...
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą