< >  wszystkie blogi

Powiało nudą

Od dziś zawsze będę kończył, to co zacz...

Dej panie na bilet...

15 listopad 2008 ·

     Jakiś czas temu miałem przyjemność gościć w Krakowie w celach służbowych. W Grodzie Kraka spędziłem trzy dni i tyleż samo nocy. Praca nieco mnie zmęczyła, bo resztki zwojów pod czaszką, jakie mi pozostały musiały być w najwyższej gotowości przez około siedem godzin dziennie a i po godzinach pracy też nie miały wielkiego odpoczynku, bo musiały przygotować się na wycisk następnego dnia.


     Sen też nie dawał zbyt dużego wytchnienia, bo trudno, żeby wytchnienie dało coś, czego praktycznie nie było. Nie chodzi tu, niestety, o to że sobie pobalowałem.

     Pierwsza noc została spędzona na łóżku marki AEKI*, poskręcanym w ten sposób, że sama myśl o przewróceniu się na drugi bok powodowała przeraźliwe skrzypienie tego taniego, zapewne, mebla. Od dłuższego czasu nie mam problemów z zasypianiem, jednak sama myśl o pomyśleniu, o zajęciu wygodniejszej pozycji przyprawiała mnie o dreszcze, które wywoływały pomruk niezadowolonego łóżka, które z kolei w bardzo skuteczny sposób kopało zbliżający się sen w plecy, w miejsce, gdzie tracą one swą szlachetną nazwę.

     Po pierwszej, częściowo tylko, przespanej nocy poszedłem po rozum do głowy. Wyszarpałem materac z brzucha mojej zmory i położyłem go na podłodze. Ona przynajmniej nie skrzypiała. Mimo tego również nie spałem zbyt dobrze. Może świadomość, że tuż obok stoi ten potwór, który tylko marzy o tym, by swoim skrzypiącym głosem poużalać mi się na swoją niedolę, nie pozwalała mi przytulić się do tłustego brzucha Morfeusza. A może to myśl, że podłoga nie jest super-hiper-idealnym miejscem na spanie. A może to fakt, że "ósemka" postanowiła przypomnieć mi, że jeszcze całkiem się nie wyrżnęła, mimo że już sporo czasu temu powinna. Dość, że też się nie wyspałem.

     Trzeciej nocy przeprowadziłem się do innego pokoju, który się zwolnił. Nareszcie łóżko które na mnie nie warczy, o szerokości i współczynniku zapadania się mojego ciała w materac tak jak lubię. Dlaczego tylko, do ciężkiej cholewy, dobre pomysły, muszą wpadać do głowy w najmniej odpowiedniej chwili. Pomysł był na tyle dobry, że wziął dziesięciokilogramowy młot i zaczął mnie walić nim w czaszkę od wewnątrz, domagając się zrealizowania. Póki nie został zrealizowany, nie miałem szans. Z całą pewnością cztery godziny snu to trochę za mało.

     Ostatni dzień pracy był niemal koszmarem. Oczy opuchnięte. Pysk opuchnięty. Na jedno ucho z powodu bólu zęba prawie nie słyszałem a do klientów trzeba się uśmiechać. Powinienem zostać aktorem. Dodatkowych cierpień psychicznych, i pośrednio fizycznych, dostarczyła mi koleżanka, przynosząc całkiem sporą torbę obwarzanków. Przepadam za nimi ale jak tu jeść, kiedy każde otwarcie paszczęki przypominało o tym, że tam gdzieś w mroku jamy ustnej czai się BÓL. Łakomstwo zwyciężyło...

     Po pracy powrót do ukochanego Wrocławia. Na stacji, tradycyjnie już, zaczepił mnie "szanowny panie, okradli i brakuje mi dziesięciu groszy do biletu i nie mam jak do domu wrócić". I tradycyjnie spuściłem gościa na drzewo. W końcu jestem nieczułym na krzywdy innych sk..wi.lem.
 
     Widok wjeżdżającego na peron pociągu z wielkim napisem "DOM" na lokomotywie, jest jednym z najpiękniejszym widoków, jakie może sobie wyobrazić Frejr z opuchniętą od bólu gębą i piekącymi, z braku snu, oczami.

     Udało mi się znaleźć przedział, który pozwalał na w miarę spokojną, niezagrożoną bezsensowną paplaniną, podróż. W przedziale siedziała jakaś para. Jak się zorientowałem chwilę po zadanym przeze mnie pytaniu "czy można?", facet był Włochem a kobieta zapewne koleżanką albo partnerem biznesowym. Nie wnikałem. Czasem im mniej się wie, tym dłużej się pożyje. Po chwili przysłuchiwania się rozmowie, znudziło mi się i sięgnąłem po kolejnego obwarzanka. Kolejna fala bólu przypomniała, jak zły to był pomysł.

     Jakiś czas po ruszeniu, do przedziału wsuwa się głowa kobiety.

- Czy kto z państwa jedzie do Wrocławia? - Spytała głowa.
- Ja jadę, - niepewnie odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, spodziewając się podstępu - a o co chodzi?
- Zabrakło mi dwóch złotych do biletu...

     No nie. Kurna, nawet w jadącym pociągu? Czy oni wszyscy się nie nauczą? Czy ja mam na czole napisane instytucja charytatywna? Ale babka kontynuowała:

- Jadę do Wrocławia, zabrakło mi gotówki a nie można zapłacić kartą. Konduktor już wypisuje mi bilet. Oddam we Wrocławiu, bo na dworzec przyjdzie moja kuzynka. Czy nie pożyczyłby mi pan tych dwóch złotych? Oddam.

     Hmmm... Wyjrzałem na korytarz i faktycznie konduktor skrobał coś długopisem. Historia nie wygląda na próbę naciągnięcia a w końcu dwa złote to nie jest straszny majątek. Wysupłałem i wręczyłem. Kobieta uszczęśliwiona rzuciła do konduktora, że tu pan był na tyle uprzejmy i pożyczył pieniądze. Jeszcze raz podziękowała i obiecała, że odda we Wrocławiu. Uśmiechnąłem się i zapewniłem, że nie ma problemu. Kobieta w przedziale przetłumaczyła znajomemu na włoski zaistniałą sytuację. Mafioso skinął ze zrozumieniem głową.

     Od Katowic przedział miałem dla siebie. Trochę poczytałem, rozwiązałem dwie krzyżówki i zacząłem słuchać audio booka. Fotele w pewnym momencie okazały się niezwykle mięciutkie. Nawet zaczęły szeptać "połóż się". Położyłem. Trzy na wpół przespane noce przyłożyły mi w potylicę czymś ciężkim, bo za Opolem straciłem przytomność.

     Dosłownie chwilę po tym jak "dałem odpocząć oczom" drzwi przedziału się otworzyły i wsunęła się głowa mojego pożyczkobiorcy oznajmiając, że się zbliżamy do Wrocławia Głównego. Rzut oka za okno i zanim mózg zdążył przetrawić docierający, wciąż słabo wyostrzony obraz, byłem już na nogach, z założonymi i zasznurowanymi butami, kurtką na grzbiecie i walizką w ręce.

     Wielka, ogromna i spływająca potem lokomotywa wtoczyła się na peron. Wysiadłem i dzwonię po moje prywatne taksi w postaci brata, który zgodził się zawieźć mnie do domu i który miał na mnie czekać a jakoś ani widu, ani słychu, ani dychu. Ustaliliśmy za pośrednictwem operatora telefonii komórkowej, gdzie zostawił auto i że się przy nim spotkamy. Moja dłużniczka widząc, że odchodzę próbowała mnie zatrzymać mówiąc, żebym zaczekał, bo kuzynka już idzie. Powiedziałem, żeby dała spokój, bo jeśli jest z Wrocławia, to krajanom się pomaga, a jeśli jest przyjezdna, to niech wie, że Wrocławianie są uprzejmi i nie zostawiają innych w potrzebie. Podziękowałem za obudzenie i odszedłem.

     Może nie jestem aż tak wielkim, nieczułym na krzywdy innych sk..wi.lem, jak myślałem. Tak czy siak opłacało się pożyczyć tę dwójkę. Pewnie gdyby nie to, to obudziliby mnie sokiści. Pewnie też byłoby dobrze, tyle że wątpię, bym zachował do tego czasu bagaż w ilości sztuk odpowiadającej stanowi z czasu wejścia do pociągu.

     Na siłę z tej historii możnaby wyciągnąć następujący morał... Albo nie. Morału nie będzie. Jak ktoś chce morał, to niech go sobie sam wymyśli.

     Do następnej notki.


* nie podam nazwy firmy, by nie zostać posądzonym o kryptoantyreklamę.
 

Skomentuj

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
O blogu
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi