< >  wszystkie blogi

Powiało nudą

Od dziś zawsze będę kończył, to co zacz...

Człowiek - najgłupszy przyjaciel psa

13 czerwiec 2009 ·
Komu to ja jeszcze się nie naraziłem? A! Już wiem, miłośnikom psów. Dziś będzie słów kilka o tych czworonogach, ich właścicielach i co o tym wszystkim sądzę... Mniej więcej...

Piątek, późne popołudnie, Park południowy we Wrocławiu, piw... Sok jabłkowy w dłoni, słoneczko jeszcze próbuje przyrżnąć mi w potylicę, żeby przynajmniej się zaróżowiło. Jednym słowem sielanka po dość ciężkim tygodniu pracy. A guzik tam, a nie sielanka. Słonko prażyło mnie w tył głowy, bo jakieś dwa babsztyle musiały zająć dwie ławki, mimo że przyszły razem. No, dobra. Mówi się trudno. Taki drobiazg nie zepsuje mi radości z łikendu, który właśnie się dla mnie rozpoczął. I choć cały tydzień moja cierpliwość i opanowanie były systematycznie testowane, niczym prezerwatywa w zakładach ogumienia, postanowiłem w miarę możliwości nie dać się i cieszyć się złocistym... sokiem, w dobrym towarzystwie.

Zaczęło się od babci w zaawansowanym stadium gruźlicy, która postanowiła podzielić się tym, co w niej najlepszego, w myśl hasła reklamowego "oddaje tobie, co kryje w sobie". W tym przypadku były to chyba jakieś prątki. A dźwięk wydawany paszczowo brzmiał, jakby próbowała się, w jakimś skomplikowanym alfabecie, porozumieć z kimś, kto znajduje się po drugiej stronie parku.

Po tym, jak babula stwierdziła, że w pobliżu nie ma żadnego lekarza, bo miejsce w którym się znajduje to nie przychodnia, poczłapała gdzieś dalej. Może to i dobrze, bo nie lubię patrzeć, jak ktoś się tak bardzo męczy i nawet zacząłem myśleć, jak ulżyć jej cierpieniom. Jedno jest pewne - nie uzdrowiłbym jej.

Po chwili koło mojego nosa przemknęło coś, co dosłownie wzniecało tumany kurzu i wyrywało darń z ziemi. To był pies. Przez chwilę obserwowałem przesuwający się obłok kurzu i latającej trawy, licząc na jego widowiskowe zatrzymanie się na którymś z drzew. Musiałem obyć się smakiem.

Za jakiś niedługi czas moją uwagę zaabsorbowało wielkie psisko, które z radością wrąbałoby całą moją nogę i zagryzło ręką, biegające bez kagańca i smyczy, jak mały szczeniaczek za piłką, którą radośnie wykopywał jego właściciel. Znów moja ekscytacja wzrosła, kiedy widziałem jak piesio inteligentnie siada tuż przed piłką, oczekując mistrzowskiego wybicia. Liczyłem, że właścicielowi "zejdzie" i piesek błyskawicznie zmieni rasę na buldoga, a ja będę świadkiem, jak przez parkowe uliczki przedziera się karetka lub karawan. Obstawiałem to drugie. I znów z zabawy nici.

Był też piesek radośnie srający na środek trawnika i właściciel udający, że właśnie co innego przykuło jego uwagę. Akurat w przeciwnym kierunku. No i wygrałbym zakład (gdybym się założył), że tak się stanie.

Ale szczytem był głupi kundel kręcący się dookoła własnej osi. Kij z tym, że moje skarpetki po tygodniu noszenia przejawiają więcej inteligencji, bo przynajmniej stoją prosto, jak się je postawi w przedpokoju koło butów. Najbardziej denerwujący był oczywiście niesamowity jazgot, jaki pies z siebie wydawał. Dlaczego kamieni nie ma pod ręką, kiedy są najbardziej potrzebne? Przynajmniej wiedziałbym, dlaczego zawodzi.

Prawie zapomniałem o jeszcze jednym okazie. Może dlatego, że nie jestem pewien, czy to był pies. Wyglądało, jak eksperyment genetyczny polegający na skrzyżowaniu szczura z tchórzofretką. Jeśli o jamnikach chcieć powiedzieć, że trawa smyra je po... Eeee... Jajkach... To w tym przypadku musiałby być to większe ziarenka piasku. Niestety psinka nie miała szansy na zaznanie tej przyjemności, bo widocznie akurat skończyły jej się baterie, gdyż całą drogę była niesiona. Na co komu pies, który jest w stanie zgubić się w przeciętnym dywanie, a chcąc z nim wyjść na spacer trzeba ciągle nosić na rękach, żeby przypadkiem nie zgubić go wśród trawy?

Wszystkie zaś, bez wyjątku, tępo merdały ogonkami. Wyglądało to, jakby zgubiły zasięg i próbowały odnaleźć sieć.

Nie mogę zrozumieć fenomenu, który każe ludziom podniecać się zwierzęciem, któremu brak charakteru, a ulubionym zajęciem jest ślinienie się, sranie na chodniki i bieganie za różnego rodzaju przedmiotami. Jacyż ludzie, których bawi rzucanie w nieskończoność patyka i cieszenie się, niczym dziecko, gdy pies przyniesie, muszą być interesujący.

Inną sprawą jest pomysłowość, którą wykazują się ludzie każąc mieszkać zwierzęciu, które musi się wybiegać, w mieszkaniu o powierzchni 40m^2, wyprowadzać je na spacer do parku i puszczać luzem, gdzie wesoło, również bez smyczy i kagańców biegają dzieciaki. Już nie chodzi o fakt, że szkraby mogą wykorzystać niespodzianki, pozostawione przez psy, jako budulec, spajający sypki piasek, czy jako przekąskę przed obiadem. Olbrzymi "łagodny jak owieczka" doberman również może nabrać ochotę na przekąskę. A nóż jego, tak samo jak mnie, wkurzy pisk gówniarza i postanowi wziąć sprawę w swoje łapy?

Z wypadu do parku zostały wysunięte dwa wnioski.
- Psy są strasznie głupie.
- Mój był inny - to ich właściciele są idiotami.

Wolę koty!
 

Skomentuj

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
O blogu
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi