W piątek wieczór Frejr wylądował na paskudnym, mało śmiesznym żarcie architektów i włodarzy miasta - rondzie Reagana, potocznie zwanym jajkiem, w oczekiwaniu na autobus. Wieczór jest tu słowem, które mocno nadużywa cierpliwość rzeczywistości. Tak naprawdę, to sobota już zbliżała się ukradkiem, by poderżnąć gardło piątkowi i samej zająć jego miejsce. Zatem autobus oznaczał "coś", co jeszcze jeździ bez pomocy motorycznej pasażerów, ale wygląd dyskretnie sugeruje pytanie "tylko jak to możliwe?". Pasażerowie zaś to zadziwiająco często uczestnicy piątkowych imprez, którzy mieli za słabe głowy, żeby zostać dłużej, ale wystarczająco mocne, by samodzielnie, bądź z pomocą, z zewnątrz, wsiąść do "nocnego". Często bez większego troszczenia się o odpowiedź na pytanie, co dalej.
Uwagę Frejra przykuł dość młody gość, na oko student i to chyba niezbyt zaawansowany, którego, aby nie zostać wyzwanym od rasistów, można by określić mianem dość odważnie kontrastującego, z wszędzie leżącym, śniegiem. Uwagę przykuwał nie tyle swoją orientacją barwową, co sposobem zachowania, który sugerował "to ja jestem królem tej miejskiej dżungli, a już na pewno tego kawałka ziemi, na którym stoję i paru kawałków przyległych". Co jednocześnie nie przeszkadzało mu trząść się z zimna jak zziębnięty wróbel, z powodu leciutkiej, ale za to mocno lansiarskiej, kurtałki, koszuli spod niej wystającej, bo przecież wciśnięcie jej do spodni, żeby było cieplej, urąga najnowszym wrzaskom mody, oraz bielutkich adidasków, które o śniegu i mrozie powinny co najwyżej słyszeć w sklepie od dalekich kuzynów, Kozaków.
Podjechał autobus. Frejr się w nim zainstalował jako pierwszy. Za nim wsiadł samozwańczy król i jeszcze ktoś, na kogo bohater opowieści nie zwrócił uwagi. Frejr pobieżnie rozejrzał się po autobusie w poszukiwaniu znajomych. Jako, że po pierwszym rzucie okiem nie dostrzegł nikogo takiego, a i zbyt rozrzutny nie jest, to i drugi raz okiem nie rzucał, tylko próbował zająć jakoś umysł na czas podróży. Przeliczanie w pamięci liczby 2010 na system binarny, przerwał mu, przy trzecim dzieleniu przez dwa, jak mu się wydawało, odgłos rozrusznika małego fiata przy próbie uruchomienia silnika, przy dwudziestostopniowym mrozie.
- Bleblabloblabli foufablaaaa!
Holender, - pomyślał - to było 502, 503 czy 504. I czy jedynkę już przeniosłem? Niech to. Dobra, od początku. 2010 na dwa...
- Blifągę!
- Kur.a, weź spi..dalaj! - te słowa doskonale oddawały radość, jaką odczuwał Frejr z powodu kolejnego pogubienia się. Choć to nie on je wypowiedział.
Frejr odwrócił się, aby sprawdzić, co jest grane i czy może powinien wybrać sobie jakąś łatwiejszą liczbę. Np. 2049. Zobaczył taki oto obrazek: Afroamerykanin wydąwszy wargi, bardzo obszernie gestykulując, co chwilę wskazując na swoje markowe adidasy, krzyczał coś do dwóch przemiłych panów, których wygląd sprawiał wrażenie, że przemarsz ciemną ulicą i mruczenie pod nosem "ciekawe, czy ten nowy telefon, który właśnie zakupiłem, posiada także WiFi", przestaje nagle być kuszącą perspektywą. Ich dość mętny wzrok wskazywał na stan, w którym przejażdżka jakimkolwiek pojazdem z kołami, bez wątpienia skończyła by się utratą prawa jazdy. Nawet, gdyby to była deskorolka. Jednocześnie jednak mówiący, że dziś jeszcze nie trafili na śmiałka, który odważyłby się nie patrzeć na drugą stronę ulicy, przechodząc obok. Aż do teraz. Pomiędzy czarnym, a białym polem szachownicy ustawiła się dziewczyna, najwidoczniej jednego z nich, próbując nie dopuścić do rozlewu alkoholu. Wraz z krwią, która go rozrzedzała.
Frejr dyskretnie odsunął się o te dwadzieścia centymetrów, które w razie, gdyby ktoś miał zostać wyniesiony z autobusu w czarnym worku, to lepiej by było, żeby to nie był on, tylko ktoś, komu będzie w nim bardziej do twarzy.
Dyskusja trwała w najlepsze pomiędzy Murzynem, a gościem, którego wygląd dawał niejasne obietnice, że może konwersacja nie skończy się koniecznością szukania numeru do całodobowego zakładu pogrzebowego, a wystarczy zwykłe 999. W przeciwieństwie do jego kolegi, który nie pozostawiał wyobraźni aż tak dużego pola do popisu.
Z tego co udało się z "dyskusji" zrozumieć, to poszło o to, że jeden z nich pobrudził niechcący cudzoziemcowi trzewiczki, za co na swój sposób przeprosił, mówiąc "ajm sory", używszy może nie do końca adekwatnego tonu. Ale przynajmniej próbował. Zaś instynkt samozachowawczy obcokrajowca zdecydowanie nie zmieścił się do walizki, więc ochoczo dyskutował. Frejr zupełnie nie miał pojęcia, co mówił, ale brzmiało jak "wal się na ryj blady, niedopieczony popaprańcu. pobrudziłeś mi buciki, więc twoja matka była chomikiem, a ojciec śmierdział skisłymi jagodami". Oczywiście to była jego swobodna interpretacja, która ze względu na pewne różnice kulturowe mogła zostać źle odczytana z mimiki, gestów i tonu głosu. Były nawet próby porozumienia się w angielskim i niemieckim. Obie nieudane. Nie tylko ze względu na to, że Czarna Twarz albo nie umiał, albo nie chciał w tych językach rozmawiać, ale też i ze strony inicjatorów konwersacji było dość ubogo pod tym względem. Sugestia dziewczyny, jakoby to był francuski, spotkała się z mentalnym kręceniem głowy Frejra. Parę razy w życiu słyszał tę barbarzyńską mowę i to nie to. A nawet gdyby, to poziom znajomości francuskiego u Frejra sprowadzał się owszem do dość swobodnego władania językiem, ale w sytuacjach zgoła innych. Niezbyt przydatnych w tych okolicznościach.
Atmosfera stała się tak gęsta, że gdyby Frejr chciałby odsunąć się jeszcze na kilka centymetrów, musiałby użyć ostrego noża do rozcięcia powietrza. Stał zbyt blisko ogniska konfliktu, żeby udać, że nie słyszy i nie jego problem, kiedy scysja przerodzi się w konflikt zbrojny. Mimo, iż agresywne zachowanie gościa, który kapitalnie wtapiałby się w nocny krajobraz, coraz mocniej działało mu na nerwy i sam z chęcią wziąłby mu przyfasolił, żeby się wreszcie zamknął, Postanowił stanąć nie tyle w jego obronie, co zmienić jutrzejsze nagłówki, by znów o Polakach nie napisano, że ktoś został pobity w Polsce ze względu na kolor skóry.
Granica pomiędzy odwagą, a głupotą jest bardzo cienka. W dodatku piwo ma tę dziwną właściwość, która sprawia, że jest ona oglądana przez niewłaściwą stronę lornetki. Frejr przepada za dobrym piwem i choć te, które spożył nie było tak dobre, jak lubi, to nie mógł sobie go odmówić.
Ten, którego spotkanie w ciemnym zaułku uważałbym za gorszą perspektywę, wydawał się znajomy z twarzy. Pewnie mieszka na tym samym osiedlu. - pomyślał Frejr - To, że ja go kojarzę, nie koniecznie musi oznaczać, że i on kojarzy mnie. Zresztą i tak chciałem się przeprowadzić.
Frejr przełknął ślinę. Cokolwiek za głośno.
- Słuchajcie, dajcie już bambusowi spokój. Widzicie że ni w ząb w żadnym normalnym języku. - próbował zagaić jak najbardziej przyjacielskim tonem na jaki było go stać. Przez chwilę rozważał też jakieś przyjacielskie "klep", ale uznał, że to nie byłby zbyt dobre rozpoczęcie znajomości. Postanowił też pokazać że jest "wporzo ziomalem", cokolwiek by to nie znaczyło, i że zna ich dialekt - Niech sp..erdla na przystanku, na którym chce i nie wk.rwia ludzi.
Szerszy, jakieś półtora raza od Frejra i cięższy jakieś dwa, młodzieniec zogniskował na nim wzrok. Frejr w myślach zaczął kalkulować swoje szanse. Po jednej stronie równania znajdowała się, jako taka, znajomość kilku chwytów Judo i wygrana walka z dwa razy cięższym zawodnikiem. Po drugiej stronie zawody, które były zorganizowane w kontrolowanych warunkach, gdzie w judodze dość ciężko schować np. gazrurkę czy kastet, dwóch potencjalnych zawodników, którzy zdecydowanie nie będą chcieli walczyć po kolei i cholernie mało miejsca na wykonanie jakiegokolwiek rzutu. Natura autobusu nie dawała także wielu możliwości, jeśli chodzi o ucieczkę. Jednak niemyślenie o szansach dawało większe poczucie bezpieczeństwa.
- Ty jesteś bratem Mścisława
*? - pytanie niczym piłka lekarska uderzyło Frejra w głowę.
No, to tyle jeśli chodzi o "może mnie nie kojarzy". Technicznie rzecz ujmując to on jest moim bratem. Jestem starszy. - myśli w tempie błyskawicznym przewalały się przez jego głowę, z płatu czołowego uciekając ku potylicy, starając się uciec najdalej jak się da - Choć chyba taka riposta nie jest tym, czego ode mnie oczekują. Ciekawe, która odpowiedź, "tak" czy "nie", da mi większą szansę przeżycia?
- Mścisława Góreckiego
**? - Kiedy Frejr usłyszał swoje nazwisko, z alternatyw pozostało już tylko "tak". Miał tylko nadzieję, że Mścisławowi nie przyszło do głowy rzucać w niego śnieżkami z okna, wykrzykując przyjacielskie pozdrowienie "a masz, ty tępa pało".
Aby nie przedłużać i tak już długiego wpisu, finał był taki, że przeżyłem, a moje palce nie zostały połamane, dzięki czemu mogłem zmarnować Ci kilka minut życia na czytanie. Murzyn kiedy zobaczył, że przestali się nim interesować, zamknął swoją zbyt głośną kłapaczkę i wysiadł na jednym z najbliższych przystanków. Sam, bez niczyjej pomocy. Serio! Dowiedziałem się, że Fabian
* chodził razem z moim bratem do klasy i nie koniecznie chce mnie zabić. Przynajmniej tym razem. Opowiadanie takich historii mojej kobiecie, wbrew oczekiwaniom, nie kończy się słowami uwielbienia, "jaki ty jesteś odważny, stanąłeś w obronie słabszego" i dobrym seksem, a fochem, że mogło mi się coś stać. Co prawda trochę racji ma, ale do przekroczenia granicy z głupotą było jeszcze taaaaak daleko.
* Imię zmienione, ponieważ uznałem, że jest o wiele ciekawsze niż oryginalne.
** Nareszcie Nasza-Klasa na coś się przydała. Prawdziwość nazwiska podobnie jak w przypadku
*.
Jeśli nie masz konta na JM, a chcesz skomentować,
feel free.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą