< >  wszystkie blogi

Powiało nudą

Od dziś zawsze będę kończył, to co zacz...

Zostań lemingiem

13 wrzesień 2010 ·
Mam ostatnio na tapecie kilka tematów, które łączą się w jeden duży, przy którym co rusz słyszę, że coś-tam nie wypada, a bo nikt tak nie robi i tym podobne historyje. Tak sobie któregoś dnia siedziałem i udawałem, że myślę, aż nagle niespodziewanie jakaś zbłąkana myśl palnęła mnie w czoło.

Przypomniały mi się dwie historie, obie z czasów kiedy najmodniejsze były lampy naftowe ze smukłym kloszem. Gdy chodziłem do liceum, trendy było zdawanie matury. Trza było też wybrać język, który chciałoby się zdawać. Szybka kalkulacja powiedziała mi, że moja znajomość angielskiego w porywach dorównuje znajomości tego języka przez syna Adasia Miałczyńskiego z "Dnia Świra". Cóż, nigdy nie miałem szczęścia do mowy ojczystej Szekspira. W podstawówce nawet nie symulowano nauki. W LO angielskiego uczył mnie Ukrainiec, którego po polsku ledwie dało się zrozumieć, a i na studiach nie było wiele lepiej, jeśli wziąć pod uwagę, że startuje się praktycznie od poziomu niewiele wyższego niż zero absolutne. Co prawda praca zawodowa wymusiła na mnie nauczenie się tego języka w stopniu komunikatywnym, i o dziwo udało mi się dokonać cudu, bo zacząłem porozumiewać się z sukcesem już po około pół roku. Ja udawałem, że rozumiem, czego chcą ode mnie, a inni udawali, ze rozumieją, co do nich mówię. W sześć miesięcy dokonałem czegoś, czego "nauczycielom" nie udało się w sześć lat. Niemniej maturę z języka musiałem zdać. Wybór padł na język, który nawet lubiłem, ale przede wszystkim całkiem sprawnie się nim posługiwałem. Wiem, jaki jest stosunek do Niemców i do ich języka, ale język wroga wypada znać. Toteż właśnie ten wybrałem do szwargolenia na maturze.

Aby zbudować napięcie na chwilę porzucę wątek językowy, bo wielkimi krokami zaczęła się zbliżać studniówka. Jako, że chyba już od podstawówki miałem w głębokim poważaniu, to czego chcą inni, w przypadku, kiedy chodzi o mnie, to po głębszym, a później i nawet przemyśleniu, doszedłem do wniosku, że nie mam ochoty tam iść. Napruć to ja się mogłem (i to legalnie) w domu/knajpie/pubie, a jeśli chodzi o tańczenie to mam do tego taki sam dryg, jak niedźwiedź do nawlekania igły po ciemku. Pierwszą ścianą, w którą przypierniczyłem z prędkością 120 km/h, byli moi rodzice. Problemem okazało się przetłumaczenie, że zdanie "Nie, pod żadnym warunkiem nie pójdę na studniówkę", nie jest zaproszeniem do negocjacji. Argumentem było to, że miałem do końca życia żałować, bo to jedyne w życiu takie wydarzenie. Co prawda do grobu się jeszcze nie wybieram, ale też od czasu studniówki trochę wody z Odry przelało się do Bałtyku, a myśl o pożałowaniu, że straciłem bezpowrotnie tamtą imprezę jakoś wciąż obchodzi mnie w przyzwoitej odległości, niczym psa który dziwnie toczy pianę z pyska i cierpi na wodowstręt.

Kolejną osobą, której o wiele bardziej zależało na moim jestestwie, na balu maturalnym, była moja wychowawczyni. Poprosiła mnie pewnego razu o pozostanie w klasie po zajęciach i mało dyskretnie zasugerowała, że jeśli mam problemy finansowe, to da radę załatwić, bym mógł być na tej studniówce. Nie pamiętam ile czasu zajęło mi przekonywanie tego troskliwego misia, że to jest mój wybór, a nie konieczność. Najtrudniejsze chyba było jednak trzymanie jęzora zawiązanego na supeł, żeby nie powiedzieć na tyle dobitnie, aby trafiło do pustego łba, że kogoś dorosłego może zwyczajnie nie podniecać chlanie ukradkiem z flaszki schowanej pod stołem, kiedy będąc już "dorosłym" może to legalnie zrobić bez czajenia się jak żyrafa za słupem wysokiego napięcia. Że może nie kręcić go udawana zabawa w to, że nauczyciele nie widzą, że my udajemy, że nie pijemy, podczas gdy, jeśliby ktoś zapalił na sali zapałkę, to opary alkoholu pewnikiem spowodowałyby wybuch.

Powróćmy jeszcze do matury i kwestii wyboru języka. W pierwszym semestrze ostatniej klasy było nas dwóch, którzyśmy byli wybrali szwabski. Kolega zrezygnował na rzecz angielskiego. No i wszystko byłoby git, gdyby nie moja troskliwa wychowawczyni, która znów mało dyskretnie zasugerowała, że może skoro wszyscy zdają angielski, to i ja dałbym spokój z tymi wygłupami i jednak poszedł za resztą klasy. Koniec końców, widząc marne szanse na przekonanie mnie stwierdziła, żem "taki autsajder", bo ani na studniówkę iść nie chciałem, ani nie chciałem zrezygnować ze zdawania języka, który znam, na rzecz tego, w którym przedstawienie się sprawia mi problemy.

Jako, że był wstęp, było rozwinięcie, to jak na szkolny temat przystało, teraz będzie zakończenie. Kto z Was nie doświadczył podobnych sytuacji, że pod naciskiem grupy był zmuszany do zrobienia czegoś, na co nie ma ochoty, jest ogromnym szczęściarzem. Weź pod uwagę fakt, że głowę masz nie po to, by podczas deszczu nie kapało Ci do szyi, ale żeby korzystać z tego grzechoczącego czegoś między uszami. Zapamiętaj: nie musisz jak lemingi skakać z klifu*, tylko dlatego, że inni tak robią. Nie musisz robić czegoś, bo tak wypada, bo co powie rodzina. O ile jest to zgodne z prawem i nikogo nie krzywdzi, to może warto się zastanowić i zrobić to czego TY chcesz, a nie czego oczekują od Ciebie inni. Nie musisz używać akurat tej pasty do zębów, bo w telewizji powiedzą, że wszyscy jej używają. Wcale nie musisz kochać i akceptować gejów i lesbijek, jeśli tego nie chcesz. Tak samo, jak będąc kobietą nie musisz chcieć równouprawnienia czy parytetów. Czasem trzeba mieć charakter, żeby nie poddać się presji, czasem faktycznie "tłum" ma rację. Szkopuł w tym, żeby pójść w prawo nie dlatego, że inni skręcają w tym kierunku, ale dlatego, że to Twoja decyzja.

Każdy chciałby uważać się za kogoś wyjątkowego, ale jeśli zawsze robisz to co inni, nie ma w Tobie wiele wyjątkowości: jesteś przeciętnym szarakiem - dokładnie takim, jakim łatwo jest sterować i manipulować.

* Tak, wiem że to tylko mit.

 

Skomentuj

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
O blogu
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi