Osoby o słabszych nerwach, lub w kiepskiej kondycji psychicznej uprzejmie prosi się o zaprzestanie czytania w tym miejscu.
Już?
No?
Dobra, to jadziem z tym koksem.
Pokroiłem oczyszczoną i umytą golonkę na kawałki i zalałem zimną wodą.
Strączkowe moczyły się od rana.
Kiedy woda w garze solidnie zawrzała, przyszła pora na zebranie szumowin, dorzucenie liści laurowych, ziarnistego pieprzu (od serca), angielskiego ziela, oraz kilku ćwiartek czosnku.
No i oczywiście wsypanie zawartości małej, strunowej torebeczki.
Suszu.
O, tak.
Jeszcze sól.
Chwilkę się to pogotowało pod przykryciem, i strączkowe dołączyły do towarzystwa.
Następnie dosypałem 100 g. pęczaku.
Gotowało się to wszystko na małym ogniu, mieszane co jakiś czas.
Kiedy fasolki zmiękły, a kasza pięknie napęczniała wyłączyłem gaz.
Próba.
Trzeba dosolić, popieprzyć.
Test ostateczny.
Wkładamy łyżkę, rasss...
puszczamy łyżkę, dwa.
Gotowe.
Na talerz, na wierzch łyżka stołowa (albo i dwie) utopionej słoniny i skwarek. Można dorzucić pietruszki nać.
Wpylić póki gorące, bo jak wystygnie to lipa.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą