Cały czas poświęcałem własne dobro na rzecz innych, by w końcu dojść do wniosku, że jestem fatalnym wykolejeńcem, który stracił wiarę w pielęgnowane wartości.

Zawsze dbałem o innych ludzi... otaczając się ludzmi wartymi dużo więcej niż ktokolwiek mógłby sobie zamarzyć. Miałem przyjaciół, którym mogłem ufać, na których mogłem liczyć w każdej sytuacji... i dawałem z siebie dosłownie wszystko co tylko mogłem dać... by tylko w jakiś sposób się odpłacić... nie liczyłem się nigdy ja liczyli się ONI ludzie dla mnie ważni.
Ostatnio jednak coś pękło, coś się zepsuło... może przejrzałem na oczy czy cokolwiek innego nie mam pojęcia. Nie mam pojęcia czy to ja coś zepsułem... czy to samo się tak zrobiło ale się zrobiło... wszyscy otaczający mnie ludzie zaczynają znikać bardzo szybko z horyzontu... zaczynają zanikać we mnie wszystkie te wartości, które dzięki nim w sobie wypracowałem... przestałem być kim byłem wcześniej... czuję sie jak pusta skorupa po czymś co kiedyś było człowiekiem, który samym pozytywnym myśleniem mógłby góry zdobywać.
Dodatkowo do tego wszystkego doszły negatywne aspekty, a'la niemożność znalezienia sobie miejsca na ziemii (czytaj pracy) oraz inne bardziej osobiste... dzieje się źle... wszystko zaczyna przysłaniać mi słońce...
Walczyć nadal trzeba... nie można od tak po prostu usiaśc w kącie ze zwieszona głową lub zatopić się w jaimś wyniszczającym narkotyku... tylko czy jest sens walczyć gdy nie ma dla kogo (wszak nigdy nie walczyłem dla siebie).
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą