galene przypomniała mi rozmowę z 'moim' Niemcem po jego powrocie z Meksyku.
oto jego relacja:
Po zwiedzeniu USA wjechaliśmy do Meksyku. Pierwszy tydzień spędziliśmy na pustyni.By uzupełnić zapasy pojechaliśmy do wioski. Widzimy ogródek i Meksykanów pijących piwo. To po hamulcach
i do stolika. Podchodzi chyba właściciel i o coś pyta. Ja od razu :cerweza per fawor. /drodzy bojownicy, piszę tak jak usłyszałem/
[W]łasciciel :- >kampunia< ?
Nie wiem czego on chce bo wszystko co umiałem po hiszpańsku to już powiedziałem, więc dla spokoju mówię;- si.
Za chwilę podchodzi kelner w białej poplamionej marynarce, ze szkłem i piwami na tacy, i Facet /koło 60-tki/ zaczyna nalewać z butelek do kufli.
A ręka tak mu się trzęsie że aż żal patrzeć.Uciekam wzrokiem
od tych rąk żeby faceta nie peszyć,- bo przecież jakoś musi zarobić na życie.
Wypiliśmy to piwo.Ciepłe i kiepskie, i zamawiamy następne.
Znowu pytanie:>kampunia?<
Pokazuję że nie! Myślę sobie: przyniosą inne, może lepsze?
Przychodzi ten sam kelner, niesie /niestety!!/ takie samo piwo....
I nalewa do szklanek,.. a ręka mu ani drgnie !!
..i w ten sposób dowiedziałem się że >kampunia< znaczy:- 'z pianką'
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą