Co wtedy? Nie pozostaje nic innego jak następną książkę zabrać ze sobę w drogę do pracy. W ten sposób z autobusu czynimy sobie czytelnię, droga do pracy drastycznie się skraca, a niechęć do pracy wzrasta wprost proporcjonalnie do stopnia ciekawości książki.
W życiu każdego człowieka nadchodzi czasem taki moment, gdy musi coś udowodnić – sobie, albo komuś innemu. Bywa, że takie są po prostu kulturowe wymogi inicjacyjne. By ojciec uznał, że syn stał się prawdziwym mężczyzną, ten ostatni musiał się nieźle napracować na różnych ekspedycjach i wyprawach. Dość często kończyło się to tak, że otwierano muzeum osobliwości, wystawiając jako eksponaty wszystkie graale, relikwie i oręż zdobyte podczas tych wycieczek.
W życiu Goblina-pierdoły przychodzi zaś taki moment, kiedy zdaje sobie sprawę, jak bardzo jest właśnie w niewłaściwym momencie, w bardzo niewłaściwym miejscu. Jednym z wyjść jest wtedy ruszyć z krzykiem na pojawiające się wyzwanie i szybko (nie koniecznie mężnie) zginąć. Innym wyjściem jest kopnąć księcia w klejnoty, uciec, udać trupa i zrzucić winę na trupa swojego starszego brata, który i tak Cię prześladował. W ten sposób można dożyć do następnego zakrętu w jaskini.
Absurdalnie proste, prawda?
Niezbędna w takich przypadkach wydaje się mała porcja naiwności, którą również tu można znaleźć. Powoduje ona przestawienie się małego pstryczka w wyobraźni, odpowiedzialnego za wyłączenie kontaktu z rzeczywistością oraz rozszerzenie postrzegania fantastycznych wizji odksiążkowych. W każdym razie tak ta książka podziałała na mnie. Czytając ją, ilekroć podnosiłem wzrok znad tekstu widziałem różne pająki, chochle, gobliny, i zakute łby...
W pracy, w drodze do pracy, w różnych urzędach...
...w pracy najwięcej. I smoki...
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą