Chciałbym się podzielić pewnymi spostrzeżeniami w temacie PKP. Raczej nie będzie wulgaryzmów.
Zdarza mi się podróżować za pomocą komunikacji pociągowej między Krakowem a moim miejscem zamieszkania (stałego zamieszkania znaczy się). Po 3 latach uważam się za swego rodzaju wygę kolejowego co to przegryza szyny a podkłady to mi z ręki jedzą, więc wypowiem się w temacie moich odczuć związanych z PKP.
3 godziny. Tyle zajmuje dojazd za pośrednictwem InterRegio, zakładając, że przyjedzie do Krakowa o czasie. 3.10 (pośpieszne) InterCity (zawsze wychodzi im 3.30..3.40), no i ponad 4 starą dobrą osobówką z jedną przesiadką. Najczęściej poruszałem się pośpiesznymi więc od nich zacznę. Bilety są najdroższe, ale mają te fajne przedziały na 8 osób z miejscem na bagaż góra 6 osób. Wkurza mnie to, że dopóki jest jasno co stację ktoś radośnie napierdala przez głośnik o tym gdzie dojeżdżamy i jak bardzo się cieszy ze wspólnej podróży i żeby zabierać swoja manele ze sobą. Z jednej strony fajnie, ale dopóki za oknem coś widać, jestem w stanie się zorientować gdzie jestem, nie to co w nocy, kiedy nic nie widać. Dlatego w ramach programu urozmaicania podróży PKP postanowiło zrezygnować z komunikatów porą wieczorową. Tak więc jadąc pociągiem wieczorem po upływie 3 godzin, siedzę z nosem przy szybie wyglądając jakiegoś znajomego elementu krajobrazu za oknem celem rozpoznania miejsca/stacji do której się zbliżam. Ciekawą sprawą są wagony InterCity, to te rozkładem siedzeń przypominające autobus. Jest tam jeszcze mniej miejsca na bagaże, ale nie muszę się patrzeć na osobę siedzącą naprzeciw. (Plus jeśli nie jest to fajna panna).
IR oraz Osobówy wyglądają tak samo. Krótkie składy, siedzenia naprzeciw, bez rewelacji. Co dziwne, wszystkie mają jedną wspólną rzecz. W okresie zimowym w przedziałach panuje przyjemna temperatura 22 stopnie plus. Innymi słowy jest kurewsko gorąco. Szczególnie jak się siedzi przy grzejniku. W niektórych składach grzejniki są pod siedzeniami więc po chwili jest mi gorąco tam gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę, czyli w dupę. No i fakt, ze z okazji jakiegoś święta (wszystko jedno) gdzie ludzi jedzie więcej niż normalnie PKP hołduje swojej PRL-owskiej tradycji sprzedawania po 3-4 biletów na miejsce.
I najważniejsze. Toalety w pociągach. Jak się jedzie 3 godziny i więcej czasem trzeba sobie ulżyć w fizjologicznej potrzebie. Właściwie jedyne co mi się do tej pory nie podobało to, że często nie ma wody w umywalkach, więc chyba do tej pory miałem szczęście.
Za mojej młodości, kiedy pracowałem w Holandii, ku chwale i bogactwie ich Królowej, miałem przyjemność podróżowania pociągiem. Tak, PRZYJEMNOŚĆ. Bilet mogłem kupić w automacie lub kiosku (taka ichnia kasa). Pociąg był punktualny. Było w nim czysto. A nad każdymi drzwiami przewijała się informacja o kolejnych stacjach i planowanych godzinach dojazdów. Chociaż w przeliczeniu zapłaciłem 3x tyle co Polsce.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą