Historia się powtarza. (Uwaga zawiera elementy narzekania i słowotoku, czytasz na własne ryzyko)
Rok temu byłem w podobnym punkcie. Z tą różnicą, że wtedy byłem zaręczony. Minął rok, a ja stałem w tym samym miejscu. Te same dylematy. Nawet ta sama osoba po drugiej stronie. Być dalej razem w nadziei, że będzie super, czy przestać siebie (i ją) oszukiwać? Naprawdę wierzyłem, że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Ale ktoś chyba miał dla mnie inny plan.
Oszustwo - słowo klucz. Naprawdę przez długi czas twierdziłem, że jest dobrze. Bo nie chciałem jej krzywdzić - właśnie zmieniła pracę, przeprowadziła się. Bo sam chciałem, żeby było dobrze - trochę na zasadzie, że może ja też w końcu w to uwierzę. Tylko nie można było tego dalej ciągnąć w takiej formie. To było zabójcze dla mnie i dla niej.
Jej zarzuty - że ją oszukiwałem. Przyznam - tak. Oszukiwałem, że jest dobrze. Ale myślałem, że tak trzeba. Ona była taka zadowolona, taka pełna nadziei. Nie miałem po prostu sumienia sprowadzać ją na ziemię. Nie mogłem, nie potrafiłem. Gdy wspominałem, że może jednak nie jest tak różowo, ona zalewała mnie łzami. No i znów milczałem, kiedy bolało. Milczałem, kiedy trzeba było krzyczeć.
W końcu trzeba było powiedzieć dość. Krzyknąć, że ja już nie czuję tego, co kiedyś. Nie wiem, czy zrobiłem dobrze. To, co nas łączy, nadal jest silne. Nie ulżyło mi ani trochę. Może za jakiś czas okaże się, że można żyć bez niej, a może zdam sobie sprawę, że mimo wszystkich trudności nie umiem żyć, gdy jej nie ma w pobliżu.
Dziękując szanownej publiczności za uwagę i pozdrawiając serdecznie na drogę,
M.
P.S. Czytaliście na własne ryzyko...
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą