Zaczyna się najbardziej zwariowany okres w moim życiu. Co prawda ten właściwy dopiero przede mną, ale już robi się ciekawie. Jadę na wakacje na Kanary. Ale to brzmi. W tym miejscu wielkie THX 4 Mom & Dad – to oni sponsorują mój wyjazd, sam nie dałbym rady. Tym bardziej, że lecę regularną liniową, a nie czarterem, no i jadę zupełnie sam, koszta lecę w górę.
Postanowiłem prowadzić dziennik całej tej wyprawy (zastanawiam się, czy nie prowadzić regularnego dziennika najbliższych tygodni, zobaczymy). Może to troszkę pretensjonalne, ale czuję się trochę jak odkrywca. Co prawda miejsce, do którego lecę jest zbadane wszerz i wzdłuż, ale dla mnie wszystko jest nowością.
Pierwszy raz jadę na wakacje zupełnie sam – tak się sytuacja życiowa potoczyła. Przyznam, że podchodziłem do tego pomysłu trochę niechętnie, tak jak do idei chodzenia samemu do kina, ale z drugiej strony to przecież świetna szkoła samego siebie. Muszę nauczyć się na nowo żyć, bez niej… Na samą myśl o tym robi mi się smutno, ale co mogę zrobić? Nic! Co prawda już kilka razy dziś w głowie pojawiła mi się melodia Pink Floyd „Wish you were here”, ale nie, do cholery, nie! Muszę wytrwać.
Punkt drugi nowości – kitesurfing. To po to jadę na Kanary i tylko po to, bo z tego co słyszałem to wyspy są nudne jak przemówienia Fidela. Co innego sport. Dobra, jestem typowym kanapowcem (ha, w końcu się do tego przyznałem!), ale od czasu do czasu trzeba się poruszać. No i w końcu trzeba spróbować tego, co tak bardzo podobało mi się już w maju w Egipcie. Oj głupi byłem, że upierałem się wtedy na windsurfing, kiedy wkoło wszyscy śmigali na latawcu. Teraz ja!
No i na samym końcu – Wyspy Kanaryjskie. Ponoć nudne, ponoć połać piachu i piękne słońce, ale nic więcej. Zobaczę, może jednak coś więcej tam jest, ale to już wkrótce się okaże.
Dziś zakończył się pierwszy etap podróży, pociągiem do Berlina. To właśnie z Berlina lecę do Madrytu, a później do Fuertaventura (mam nadzieję, że nie pokręciłem nazwy). Etap dość prosty, aczkolwiek okraszony pogawędką z ojcem na Jej temat. Uświadomiło mi to, jak bardzo nie mogę o niej zapomnieć, a jak bardzo powinienem. No trudno, rana jest głęboka, więc długo się będzie goić, ważne żeby jej nie ruszać. Wracając do podróży, przyznam, że byłem trochę smutny – jadę sam w daleką podróż i na pewno będzie super, a ja nie będę miał się tym z kim na bieżąco dzielić. Żyję dla innych niestety. (W telewizji w hotelu właśnie puścili „Everything I do” Briana Adamsa, to ten kawałek z Robin Hooda z Costnerem, timing mają.) W każdym razie już w Berlinie, kiedy jechałem autobusem do hotelu i podziwiałem puste ulice tego miasta po raz pierwszy poczułem pozytywny dreszczyk emocji, po raz pierwszy poczułem, że jednak może być super, że taki wyjazd to świetna przygoda, tylko trzeba go w pełni wykorzystać. (I znów niemiecka Viva ma dobry timing, puścili R. Kelly „I believe I can fly”.)
A tymczasem koniec opowieści na dziś, pewnie mógłbym tu jeszcze kilka słów dopisać o pokoju hotelowym na absolutnym końcu korytarza, o Polakach wybierających się do Indii, których spotkałem, o niemieckim poukładaniu i logiczności, o wrażeniach z oglądania Rambo po niemiecku i o wielu innych rzeczach, które wydarzyły się tylko jednego dnia, ale na dziś już dość. Właśnie wybija wpół do pierwszej, za 4,5 godziny trzeba będzie podnieść tyłek z wyra, wykąpać się, spakować i zejść na śniadanie. W końcu o 7.30 lot. Swoją drogą mam nadzieję, że mój samolot w Madrycie będzie chciał jednak wystartować ;-) Do jutra!
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą