Dzień 2 - 10.10.2008

10 październik 2008 ·

Nie sądziłem, że będę w stanie wstać bez większych problemów. Mówcie, co chcecie, ale dla większości ludzi 5.15 to jednak barbarzyńska pora, a wstawanie tak wcześnie powinno być jednak zabronione przez jakąś konwencję czy coś. Na szczęście udało się bez większych problemów, choć przyznam, że chociaż ciało się obudziło to umysł cały czas sobie drzemie. A propos snu – znów mnie musiała nawiedzić w śnie. Już od dłuższego czasu to się zdarza… Jest tyle osób, o których z chęcią bym śnił, a to właśnie ona musi się pojawiać. Jednak ten sen był inny niż wszystkie dotychczasowe. Zazwyczaj we śnie godziliśmy się, wracaliśmy do siebie i znów próbowaliśmy coś budować. Nie tym razem, tym razem we śnie czytałem list od niej, w którym mówi, że kogoś poznała i wymienia, przy zerowym współczuciu, jak to jej lepiej jest z tym kimś owym, a ja nic, cały czas się uśmiechałem, jakby nic do mnie nie docierało (już widzę wiele znajomych mi osób, które w tym momencie kiwają głową z politowaniem i uśmiechając się złośliwie mówią „Bo nie dociera”.)
Potem było pierwsze samotne śniadanie w historii wyjazdów na wakacje. Wyobrażałem sobie, że ona tam siedzi po drugiej stronie ze swoim obowiązkowym rogalikiem francuskim, nutellą i jogurtem. Kiedy ja się jej pozbędę ze swoich myśli, no kiedy?! Uwierzcie, nie da się tak po prostu przestać myśleć o jakimś temacie. To wraca i będzie wracać.
Osobny punkt to samo wejście na samolot do Madrytu – przybyłem na lotnisko i okazało się, że muszę udać się do bramki A13. Nie jestem przesądny, ale pomyślałem, że nieładnie się zaczyna. Idąc do mojej upragnionej bramki, minąłem dość sporą kolejkę ludzi na lot do Paryża. „Ale nie chciałbym stać w takiej kolejce” – pomyślałem, by po chwili dorzucić „a jednak wolałbym tę kolejkę do Paryża”. Chyba wszyscy pasażerowie samolotu do Madrytu postanowili pojawić się w okolicach 6.00 przez co kolejka ciągnęła się na kilkadziesiąt metrów, odprawa wszystkich zajęła dobre pół godziny. Sam lot minął bez większych niespodzianek, pomijając pierścień (obrączkę?) na palcu jednej ze stewardes – centymetr szerokości to spokojnie, grubość 3 mm (albo lepiej), i dumny napis BVLGARI, wygrawerowany tak, żeby każdy zobaczył. Przyznam, że takiego przerostu formy nad treścią to dawno nie spotkałem.
Co do lotu to jeszcze jednak obserwacja – na dłuższych trasach zdecydowanie przydaje się własna, osobista poduszka organiczna, polecam każdemu sobie taką sprawić, w miarę możliwości oczywiście.
Obecnie czekam na lotnisku w Madrycie na lot na tę Fuerteventurę. Kolejny wpis już niedługo.
 
No i przyleciałem w końcu na tę wyspę. Pierwsze wrażenie – Egipt. Widoki, które już dobrze znam, z maja tego roku, połać piachu i wzgórza, niektóre całkiem wysokie. Od razu przypomniał mi się nasz wyjazd, bardzo miły, nawet mimo podłapania klątwy faraona. Mam wrażenie, że gdyby dane nam było spędzić więcej czasu razem mogłoby być zupełnie dobrze. My się chyba nie nadawaliśmy do bycia razem, a jednak osobno. Jak tylko przebywaliśmy non-stop ze sobą od razu było dobrze. Kiedy tylko jedno nie oglądało drugiego od razu dziwne myśli zaczynały krążyć po głowie… Cholera, znów zacząłem o niej. Tak to jest, jak z opowieści robi się strumień świadomości. Czasami możecie mieć wrażenie, że wszystko to nie ma ładu i składu i wiecie co? Macie rację!
 
Wróćmy zatem na Fuerteventurę. Drugi rzut oka sprawił, że jednak przestałem porównywać tę wyspę z Egiptem. Przede wszystkim wszystko tutaj jest o wiele bardziej europejskie – w sumie nie ma się co dziwić, Hiszpania to jest w końcu – drogi, samochody, zabudowania (typowe dla dalekiego południa, ale bez arabskich motywów), sklepy, no i kierowcy stosują się do przepisów. Jest także zdecydowanie więcej zieleni, co prawda to w większości jakieś krzaczki, ale jednak. Większa ilość zieleni powoduje, że momentami widać zatrzęsienie kóz, tak takich z bródką. Ponoć koza niemal w każdych warunkach się utrzyma, więc nie powinno to dziwić, że zielone krzaczki jej wystarczą.
Kolejna obserwacja – jest ciepło, ale bez przesady, w okolicach godziny 15 było jakieś 27-28 stopni, no super po prostu, bo jak ciepło lubię, tak upałów nienawidzę. Najważniejsze jednak jest, że kiedy dojeżdżałem do hotelu na wodzie roiło się (roiło jak na lokalne standardy) od latawców i nie ma się co dziwić, bardzo fajnie wieje, na windsurfingu ludzie spokojnie wchodzą w ślizg, więc na kite będzie na pewno dobrze.
Wszystko zaczyna mi się podobać, hotel naprawdę ładny, widok z okna przepiękny, chyba nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się mieć taki widok za oknem. Tylko tak bardzo chciałbym spędzać te wakacje w trochę większym towarzystwie (powiększonym o jedną konkretną osobę… ok., nie zaczynam znowu). Idę się przejść po hotelu, a także zejść do bazy kite’owej i zapytać o kurs.

No, jeszcze jedną kłodę pod nogi poproszę. Jeszcze jedną i zrobię użytek z siódmego piętra!!! Okazało się, że najbliższa grupa początkujących, w której jest miejsce zaczyna dopiero we wtorek. Trzeba będzie sobie zorganizować trzy dni, a dodam, że miejsce jest absolutnie pośrodku niczego! Ech, no nic, siadam i zaczynam się rozglądać za dodatkowymi atrakcjami. Mam nadzieję, że hiszpańska kuchnia w ramach kolacji w pełni zrekompensuje mi zawód związany z kite.

Ale widok z okna mam przedni :)

 

1 komentarz
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
small_memo -   |  3 lata i 7 miesięcy temu  |  
i denerwujesz nim ciężko pracujących ludzi :>
 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
O blogu
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi