Dzień 3 - 11.10.2008

11 październik 2008 ·


Co ja mogę napisać? Że śniadanie było dobre? A kogo to interesuje? Nawet mi się nie chce. Od samego rana nie zdarzyło się nic godnego uwagi. Chyba trzeba będzie zainteresować się lokalną siłownią, wzmocnić trochę sflaczałe ciało…

 

A jednak nie zainteresowałem się siłownią. Zamiast tego poszedłem znowu do szkoły kite i okazało się, że zwolniło się miejsce na poniedziałek. Zawsze to jeden dzień szybciej. A i tak dziś i jutro zamierzam pojawić się w bazie, a nuż ktoś z zapisanych nie pojawi się na kursie i wtedy wskoczę na jego miejsce, yes yes yes! W razie czego wieje tak pięknie, że pożyczę windsurfing i poślizgam się, oczywiście o ile przypomnę sobie, jak się ślizgać.

Po wizycie w szkole poszedłem na długi spacer, brodząc w wodach przypływu, który tutaj naprawdę robi różnicę, jakiś metr spokojnie przybrało. Zauważyłem także, że my, faceci, mamy jednak w genach coś ze zdobywców, odkrywców… Myślałem, że to tylko ja uwielbiam kopać na plaży doły, aby dotrzeć do wody. Okazało się, że nie tylko. W czasie dwóch godzin spaceru namierzyłem dwóch takich „zdobywców”. Nie wiem, jak to się dzieje, ale coś każe nam to robić, a cieszymy się potem jakbyśmy właśnie upolowali w pojedynkę mamuta. Oczywiście, próbujemy „zdobyć wodę” tylko w obecności płci pięknej, piekącej się obok na słońcu.

Zauważyłem także, że wylądowałem w jakiejś kolonii nudystów. Nie mam nic przeciwko, naprawdę… Szkoda tylko, że żaden z napotkanych przeciwników okryć wierzchnich nie wyglądał choć trochę jak Eva Mendez czy Jason Statham.

 

Nad wyspą Fuerteventura się zachmurzyło. Tak całkiem poważnie. Nadal jest ciepło, a dodatkowo zaczęło znacznie mocniej wiać! Na deskę czas!

Właśnie wróciłem z obiadku, karmią jak zawsze dobrze, ale nie o tym teraz. Pamiętasz Mas Borras? Ja pamiętam, doskonale. Kupiliśmy to wino na bezcłowym rejsie na Wyspy Alandzkie podczas naszego pobytu w Sztokholmie. Otworzyliśmy je do naszej pierwszej wspólnie zrobionej lasagne. To było chyba najlepsze wino, jakie do tej pory piłem. Nie wiem, czy tylko jego smak o tym zadecydował, chyba nie. Wspólne spędzanie wszystkich dni, przebywanie ze sobą non-stop, wspólne gotowanie, zapalone świeczki, nawet w podłej akademikowej kuchni udało się stworzyć przyjemną atmosferę, poziom szczęścia znacznie przekraczający 100% - to wino musiało smakować wspaniale. Do dziś pamiętam jasnofioletową etykietkę i złote litery Mas Borras – dziwne, że nigdy później nie udało mi się tego wina zobaczyć na żadnej półce sklepowej. Miłe wspomnienia…

 

No i spróbowałem się trochę wepchnąć w kolejkę, ale niestety wszyscy zapisani pojawili się na kursie. Trudno, będę próbował jutro. Naprawdę napaliłem się na ten kurs, było już znacznie wcześniej spróbować. Nawet chciałem, na któryś wakacjach z nią (oczywiście). Rzuciła mi wtedy pół żartem, pół serio „I co? Zostawisz mnie samą?”. No i nie zostawiłem. Nie poszedłem swoją drogą, pod jakim ja wpływem byłem, uzależniony niemal…

Z innej beczki – Feuerteventura to połać piachu jak już wspominałem. Wody (słodkiej) jak na lekarstwo. Nawet w łazienkach jest prośba do gości, żeby niepotrzebnie nie puszczali wody, żeby raczej brali prysznic, a nie kąpiel, itp. Całkiem zrozumiałe. Czego nie rozumiem to faktu, że codziennie wymieniają ręczniki. Gości proszą o wstrzemięźliwość w zużyciu wody, a sami zużywają nadmiernie.

 

Ale mnie sen ściął. Dawno tak nie miałem, żeby po prostu nie móc powstrzymać się od popołudniowej drzemki, a tu niemal zasnąłem, jak siedziałem. Zmiana klimatu, odrobina więcej ruchu, dobre jedzonko – i drzemka gotowa. W telewizji właśnie leci „Czerwony październik”, ale oczywiście po hiszpańsku, pełen dubbing. Szkoda, że Hiszpanie nie podążają drogą Holendrów, czy Szwedów, którzy wszystkie filmy zostawiają w wersji oryginalnej i tylko napisy dodają. To jednak za duży kraj jest na takie manewry, no i hiszpański w zbyt wielu miejscach na świecie jest używany. Ciekawe, kiedy w Polsce zrozumieją, że świat nie nauczy się polskiego, więc może lepiej, żebyśmy to my nauczyli się angielskiego?

Swoją drogą, czekam na jakiś ciekawy mecz w telewizji, w końcu dziś cała Europa gra. Jest tu kilka kanałów niemieckich, pełno hiszpańskich, więc coś się musi znaleźć. Żałuję tylko, że nie zobaczę jak nasi grają z Czechami… może to i dobrze, bo ostatnio coś bez formy byli, choć z drugiej strony trzeba im wtedy kibicować jeszcze bardziej, żeby wykrzesali nie 200% a 1000%!

 

Sola – wspaniała rybka. Troszkę zaczynam sugerować się kampanią „Jedz ryby codziennie”, bo na razie tak to wygląda. Wczoraj, dziś, jutro zapewne też, ale są takie świeże, takie pyszne, że trzeba korzystać. („Give me some fish, gimme, gimme some fish”)

Jakoś ten wieczór da się przeżyć – w telewizji do wyboru Niemcy kontra Rosja, albo Estonia kontra Hiszpania. Co ciekawe Hiszpanie, jakby nie patrzeć mistrzowie Europy, nadal nie potrafią się przebić przez obronę Estończyków (a mamy około 30 minuty, kiedy piszę te słowa), a Niemcy nie dość, że prowadzą to zdecydowanie dominują na boisku. Do meczu zakupione zostało czerwone wino - Rioja Bordon – jedno z dwóch czerwonych, które w lokalnym sklepiku występowało w pojemności 0,375. Drugie to Sangre de Torro, bardzo dobrze mi znane, zresztą polecam, jeśli chcecie niedrogie a smaczne wino. Rioja Bordon nie zagości dłużej w moim repertuarze, nawet dobre, ale szału nie ma. (Niemcy właśnie strzelili na 2:0, zapowiada się jednostronne widowisko, Rosjanie ani trochę nie są podobni do tej drużyny, która wykopywała z ostatniego Euro Holendrów. Coś mi się wydaje, że faza depresyjna reprezentacji Rosji trochę potrwa.)

(No, w końcu i Hiszpanie trafili! I drugi raz!! Się chłopaki w końcu obudzili to na całego. Robią teraz w zasadzie, co im się żywnie podoba. Wchodzą w estońską obronę, jak w masło.)

 

Naszło mnie na podziękowania. Dziękuje wszystkim, którzy przez ostatni rok musieli mnie znosić. Dziękuję Wam za dobre słowo, za wsparcie, za kopanie po tyłku czasami, za to, że wierzyliście we mnie znacznie bardziej niż ja sam. Dziękuję, że byliście, że chodziliście ze mną na piwo, że oglądaliśmy razem mecze, chodziliśmy do kina, graliśmy na Playstation i ścinaliśmy łby kolejnym potworom w World of Warcraft. Dziękuję, że spędzaliśmy długie godziny rozmawiając przez telefon, kiedy było już naprawdę źle i nie wiedziałem, co zrobić. Dziękuję, że nie pozwalaliście mi się zbytnio nad sobą użalać, że czasem kilka Waszych słów sprawiało, że cały mętlik moich myśli znajdował rozwiązanie, jakby te kilka słów stanowiło do nich klucz. Dziękuję za uśmiech, którym odpowiadaliście na moje marsowe miny, nadawaliście sens mojemu życiu. Krócej mówiąc, dziękuję, że mam takich przyjaciół jak Wy, jesteście wielcy!

 

Skomentuj

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
O blogu
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi