Totalne szaleństwo…
Czas się przyznać. Moja firma wysłała mnie na szkolenie w dalekim Singapurze. Wrażenie kosmiczne, wielokrotnie myślałem, żeby zwiedzić krainy nieco dalej na wschód od Polski, ale w życiu bym nie przypuszczał, że ot tak po prostu firma wyśle mnie tam na trzy tygodnie. Skąd to wszystko? Ano dostałem się na bardzo ciekawy program dla absolwentów, którego jednym z założeń jest krążenie po świecie. Zaczyna się absolutne szaleństwo. Wreszcie.
Po drodze do Singapuru udało mi się jeszcze zaliczyć wizytę w Amsterdamie. Nie zmienił się od ostatniej wizyty. Niestety muzeum Heinekena było akurat zamknięte.
Pierwsze wrażenie Singapuru – tu nie można oddychać. Zamiast powietrza w płuca wlewa się jakaś ciepła ziołowa herbatka, wilgotność naprawdę ciężko znieść, zwłaszcza, jeśli jest się przybyszem z Polski. Temperatura nie stanowi problemu, nawet fajnie, że udaje się wygrzać nieco kuper (28 stopni to w sumie nie takie nieco), ale wilgotność powala.
Tak samo jak powalają widoki. Niby to tylko port i wysokie wieżowce, ale wrażenie jest niesamowite. Tym bardziej, że jadąc taksówką do miasta wyjeżdża się nagle spośród palm na otwartą przestrzeń, a oczom ukazuje się potężna dzielnica finansowa. Efekt jest niesamowity!!!
Zaczyna mi się tu nieziemsko podobać. Ludzie ze szkolenia to międzynarodowe, głównie azjatyckie towarzystwo. Dodatkowo wieczorami można pójść do jednej z setek knajpek, gdzie karmią i smacznie i tanio. Czasami aż sam się sobie dziwię, co jem, ale najważniejsze, że jest dobrze. Wszystko jest oczywiście odpowiednio podlewane, Irlandczyk ze szkolenia poczęstował mnie świetną whisky – Ardberg. Pierwsza whisky, która tak mi smakuje!
Jak jeszcze mi jet lag minie to w ogóle będzie zajebiście!
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą