Najpierw małe rozliczenie z weekendem. Otóż, szanowny weekendzie, byłeś fantastyczny, tak dobrego, pozytywnego i pobudzającego weekendu nie miałem od dawna. Byłoby całkiem nieźle, gdybyś jednak zdecydował się zostać w pobliżu. Zabawa w najlepsze do bardzo późnych godzin nocnych, tańce (generalnie tego nie robię, ale jakoś nogi same niosły), śmiechy, rozmowy, zabawa na całego i spanko do 14 w niedzielę. TAK!!! Jeden z lepszych weekendów od baaardzo długiego czasu. No, drogi weekendzie, wracaj szybko!
Jedno Wam powiem – to, co my nazywamy chińszczyzną z prawdziwą chińszczyzną nie ma absolutnie nic wspólnego. Jem tutaj bardzo często chiński potrawy i ani razu nie natknąłem się na te gęste sosiki, które w każdym miejscu smakują tak samo. Lokalne jedzenie to po prostu niebo w gębie. I ta cena – można się naprawdę smacznie najeść za około 5 dolarów singapurskich (10 PLN). Kolejny argument, żeby kiedyś tu wrócić i pomieszkać nieco dłużej! Lokalne pierożki z mięsem i dużą ilością jakiejś zieleniny – super. Do tego sok z trzciny cukrowej – naprawdę warto spróbować.
Jeszcze mały komentarz do zdjęć. W niedzielę wybrałem się na dłuższy spacer. Troszkę w ramach leczenia syndromu dnia poprzedniego, choć wcale nie był intensywny. Chciałem w końcu porobić trochę fotek, które możecie zobaczyć w poprzednim wpisie. Co na nich widać? Między innymi dzielnicę finansową, w końcu Singapur nazywany jest Manhattanem Azji. Widać także operę, fontannę – symbol Singapuru, a także hotel Raffles, najstarszy w mieście i ponoć bardzo znany… Więcej fotek na pewno po weekendzie.
Napisałem, że w Singapurze pada, ale co z tego - jest super, cały czas! :)
A na deser palemki przed biurem:

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą