Wakarimasen

19 lipiec 2009 ·
Impresje dnia pierwszego.

No i gdzie te japońskie śniadania? Mój znajomy Japończyk, Kohei, twierdzi, że typowe japońskie śniadanie to zazwyczaj zupa miso i onigiri – taki rożek z ryżu, wodorostów i jakiejś rybki. Właśnie na takie coś mocno ostrzyłem sobie zęby. Tymczasem na śniadanko podają tosty, płatki, jajeczka na twardo i tym podobne wiktuały, po które naprawdę nie trzeba lecieć na Honsiu.

 

Uważny czytelnik zapewne pomyśli „Zaraz, zaraz – niby dotarł do mieszkanka, a śniadanie podali?” Lekka nieścisłość, takie coś to tylko w hotelach (albo w Erze). Otóż nie do końca, przez dwa tygodnie będę zamieszkiwał coś, co nazywa się „serviced apartament”. Takie mieszkanie z dodatkami a la hotel. Pomieszam tu, aż nie znajdę czegoś na stałe, a mam nadzieję zacząć szukać już od wtorku; w poniedziałek jest święto.

 

Dziś zacząłem zauważać znacznie więcej rzeczy niż wczoraj. Z wczorajszego dnia mam pokaz slajdów. Byłem skrajnie zmęczony i jak do wyrka poszedłem o 12 w południe to z mniejszymi bądź większymi przerwami przespałem do 8 rano. W taksówce z lotniska parę razy przysypiałem, co budziło spore zdziwienie kierowcy. Zresztą bardzo się cieszę, że wziąłem taryfę, bo jakbym pojechał pociągiem to pewnie skończyłbym w Osace. Po raz kolejny sprawdziły się tezy z „Bezsenności…” – pasażer jest pilotem. Kłopot polega na tym, że zarówno moja, jak i taksówkarza wiedza dotycząca Roppongi (tu pomieszkuję) jest zerowa. Dodajmy do tego, że Pan Kierowca nie znał ni w ząb angielskiego, a ja z rozbrajającą szczerością powtarzałem „Wakarimasen” (nie rozumiem), co kwitowane było uśmiechem i kolejnymi nawrotami i zakrętami w wąskich uliczkach dzielnicy. Na szczęście istnieją telefony i udało mi się dodzwonić do Somerset (nazwa mieszkania), gdzie przemiły kobiecy głos poprosił (po angielsku!) o przekazanie telefonu kierowcy. Pan kierowca doznał nagłego oświecenia niczym Archimedes w wannie i choć nie zawołał swojej siostry Eureki, to udało się nam jednak dotrzeć.

Z wczorajszego dnia pamiętam jeszcze recepcjonistę, hasło, że pokój niegotowy (a tak marzyłem o prysznicu i łóżku), siłowanie się z przejściówką z polskiej wtyczki na lokalną, zdziwienie, że rozpakowałem rzeczy – naprawdę tego nie pamiętam, a także podziwianie miasta gdzieś o 2 w nocy z poziomu balkonu. Dziś ruszam na poziom ulicy!

A wracając na moment do zauważania… Widać, że trzęsienia ziemi to tu raczej dość powszechne zjawisko. W windzie jest napis alarmowy „wykryto trzęsienie ziemi, proszę opuścić windę” oraz „pomoc w drodze, bądź cierpliwy”. Mam nadzieję nigdy nie zobaczyć tych napisów podświetlonych.

 

Dziwnie jest mieszkać obok autostrady. Nie, nie kilometr od, nawet nie sto metrów od, ale dziesięć metrów od! Na szczęście drzwi są grube i tłumią dźwięk.




 

Aż nie wiem, od czego zacząć. Dzień zapowiadał się nudnie. Może jakiś spacer po okolicy. Może coś zjeść w mieście. Przyjechał kolega, z którym we wtorek zaczynamy pracę, ale zasypiał na stojąco nieco podobnie do mnie dnia poprzedniego. Okazało się jednak, że spotykamy się ze znajomym, który pracuje tu od stycznia. Mieliśmy jechać na wystawę zabawek. Tak, tak – największa ponoć na świecie wystawa zabawek. Ruszyliśmy więc do metra. Krzaczki, wszędzie te krzaczki. Jest niby naszym alfabetem coś tam napisane, ale tak niewielką czcionką, że z dala nie dojrzysz. W metrze – niech Budda będzie pochwalony – klimatyzacja! Kiedy tylko wyszliśmy z hotelu nie byłem w wstanie wypowiedzieć więcej jak dwóch słów bez porządnego haustu powietrza. Upał i wilgotność mnie dobijały. Naprawdę ciężko było oddychać na samym początku. Jednak do wszystkiego można się przyzwyczaić.





W metrze spotkaliśmy Toma – od ponad pół roku w Tokio, więc mniej rzeczy go dziwi. Okazał się też skarbnicą porad. Dobrze mieć tu cudzoziemca, który już swoje przeszedł. Ruszyliśmy przez Tokio naziemną kolejką na wystawę zabawek. Widoki, które nam towarzyszyły były fantastyczne. To miasto… Te mosty… Te budynki… Te zatoczki, dźwigi portowe, statki… No wszystko po prostu. Obiecuję następnym razem rozepchnąć się łokciami w metrze i zrobić jednak parę zdjęć. W końcu gajdzinom (cudzoziemcom) się więcej wybacza, toż to i tak niewychowane istoty…




 

Zielona herbata w puszcze z automatu – choć wypiłem dopiero jedną to wiem, od czego będę tu uzależniony. Zmrożona, pyszna, tania i (fanfary) gorzka! Dokładnie taka, jaka powinna być. Pod mieszkaniem mam całodobowy, więc w razie czego będzie można w środku gorącej, tokijskiej nocy wyskoczyć po napitek. Oczywiście butelka to same krzaczki. Znalazłem cztery zrozumiałe napisy „Green Tea Beverage”, www.itoen.co.jp, „500 ml” oraz „0 kcal” – dla mnie wystarczy.

 

Wystawa zabawek nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Owszem, tłum przepotężny, powierzchnia wystawowa ogromna, takaż liczba wystawców i zabawek, wszędzie nawoływania naganiaczy, żeby zobaczyć to a nie inne stanowisko, dzieci biegają we wszystkie strony, ludzie stoją do zdjęcia z repliką Optimus Prime, ale chyba spodziewałem się czegoś więcej. Moje wyobrażenie dotyczące zabawek w Japonii chyba przerosło to, co dane mi było zobaczyć. Nie zrozumcie mnie źle – wszystko, co tam widziałem było naprawdę ładne, ale zabrakło mi czegoś, co sprawiłoby, że oczy urosłyby mi do rozmiarów oczu statystycznej bohaterki japońskiej kreskówki. Ech te oczekiwania.













Była jednak jedna rzecz, które sprawiła, że naprawdę się zdziwiłem. Liczba osób obsługujących taką imprezę. Jestem pewien, że jakby ich wyciąć połowę to i tak miałbym wrażenie, że jakoś ich dużo. W drzwiach witały nas cztery osoby, a ich jedynym zadaniem było kłanianie się w pas. Nie mówili nic! Zanim nawet dotarliśmy do stanowisk z zabawkami naliczyłem około 20 osób z obsługi na dystansie może 50 metrów. Coś tam mówili, ale wiecie, mam jeszcze kłopoty z niektórymi słowami w japońskim. Dajcie mi chwilkę, powiedzmy tydzień, no góra dwa. Na razie „Wakarimasen” oraz „Smile and wave, boys, smile and wave”. Przy schodach ruchomych znów cztery ludki – no po co? To jednak nie było najdziwniejsze. Przy jednym ze stanowisk, które pokazywało nowe, fantastyczne, niesamowite, cudowne „cuś” – naprawdę nie wiem, co to było – wytyczyli miejsce na kolejkę przy pomocy taśm i słupków (jak na lotniskach). I w tejże kolejce, która liczyła sobie może około 8 „zawijasów” stały trzy osoby pokazujące, którędy trzeba iść! „Naprawdę?! Tędy?! Dziękuję! Bez Pana bym się zgubił!” – pomyślałem. Niech ktoś mi proszę wytłumaczy, po co Ci ludzie tam stali? Czy japońskie społeczeństwo nie wie, jak poruszać się w kolejce? Wątpię. Czy ktoś nagle zablokuje przejście krzycząc „Nie wstanę, tak będę leżał?” Nie wydaje mi się. Chcecie zobaczyć ukryte bezrobocie wersja Anno Domini 2009? Zapraszam do Japonii.

 

Przyszedł czas na pierwszy solidny posiłek „na mieście”. Obok mieszkania mieliśmy taką fajną, ponoć, włoską knajpę, więc… No dobra, żartuję. To jak pojechać do Paryża, pójść do Dzielnicy Łacińskiej i szukać McDonald’s. Dosłownie 100 metrów ode mnie udało się znaleźć sushi – z czego „znaleźć” to nieco na wyrost stwierdzenie, bo szukanie takiej knajpy w Tokio to jak pójść na pustynię i za piaskiem się rozglądać. Znów „Wakarimasen” ale kiwnięcia głową i uśmiech zawsze działają. Dodatkowo w menu były obrazki i podpisy dla takich ignorantów, jak my – znaczy po angielsku było. Poza tym oczywiście krzaczki. Co ciekawe, przy alkoholu nie było już angielskiego, co o tyle mnie dziwi, że przynajmniej teoretycznie gajdzin może wychylić więcej, więc i knajpa więcej zarobi, ale jak biedny nie wie, co zamówić… Ich strata.

W każdym razie – jak pizza to we Włoszech, jak wódka to w Polsce, jak inflacja to w Zimbabwe, jak babićka to w Chrzanowie, a jak sushi to w Japonii. Panie i Panowie, miłośnicy ryby surowej i Ci, którzy ciągle się wahają – to jest PYSZNE! Nie żeby wcześniej nie było, ale tu wspinamy się na wyższy poziom smaku. Przez chwilę myślałem, czy to nie przypadkiem autosugestia. Minęło mi tak po drugim kęsie. Oczywiście, to co znamy w Polsce pod pojęciem sushi jest jego wersją eksportową. W naszych knajpach podaje się bardzo dużo maki (taki zawinięty w wodorosty ryż z rybą i dodatkami), tu w całej karcie znalazłem dwie pozycje. Tu króluje nigiri (kawałek ryby na kulce z ryżu) i sashimi (sama ryba). W karcie prawie 50 rodzajów ryby, a sam tuńczyk występuje w 5 odmianach. Zresztą tak pysznego tuńczyka nie jadłem nigdy wcześniej. Do tego bogata oferta temaki (rożek z wodorostów z ryżem i dodatkami), które w Polsce czasem w ogóle nie widnieją w menu. Błądzicie polskie knajpy! Cenowo też! I potrenujcie trochę szybkość podawania. I większe kawałki ryby na tym nigiri… Oj zrobię się nieźle wybredny.

 

A tymczasem ostatnie łyki Asahi Super Dry znikają w gardle. Żegnam Was na dziś. Sayōnara!


 

8 komentarzy
nablator
NABLAtor -   |  2 lata i 10 miesięcy temu  |  
Przychodzi mi tylko podtrzymać zdanie szanownych pań i pana Artusia, zdając sobie sprawę, że moja "groźba" o niepoznaniu, nie ma takiej mocy jak :Fani ;D
Powodzenia :D
 
futurysta
futurysta -   |  2 lata i 10 miesięcy temu  |  
No dobra, teraz nie mam wyjścia :D
 
arturros
ArTuRRoS -   |  2 lata i 10 miesięcy temu  |  
Przyłączam się do szantażu :C
 
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
discordia -   |  2 lata i 10 miesięcy temu  |  
sie dołączam do gróźb/próśb Fani:>:C
jak nigdy nie czytuje tutejszych blogów, tak tego zacznę regularnie:)
 
futurysta
futurysta -   |  2 lata i 10 miesięcy temu  |  
Ups, poważnie brzmi. Tajes, będzie jak najczęściej :)
 
fankafranka
fankafranka -   |  2 lata i 10 miesięcy temu  |  
Maciek, nie "w miarę możliwości", tylko systematycznie i regularnie, a wręcz CODZIENNIE, bo inaczej możesz uznać, że się nigdy nie poznaliśmy, ok? :>
 
futurysta
futurysta -   |  2 lata i 10 miesięcy temu  |  
W miarę możliwości będę pisał, mam nadzieję, że czas pozwoli na zdjęcia i opowieści :)
 
carewna
carewna -   |  2 lata i 10 miesięcy temu  |  
Aż się głodna zrobiłam! I tych pyszności i tych widoczków! I pisz, pisz jak najwięcej! :) Pozdrawiam z chłodnego dziś Śląska :)
 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
O blogu
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi