A także o urokach japońskiej organizacji...
Tak jak obiecałem tym razem będzie o trzęsieniu ziemi. Może nie od razu, ale za chwilę. Muszę zachować pewną chronologię w końcu. Trzęsło w zeszłą niedzielę. Natomiast w zeszłą sobotę wybrałem się na kolejny pokaz fajerwerków. Fajerwerki to typowe sierpniowe zjawisko w Japonii, tak jak typowym sierpniowym zjawiskiem w Polsce jest odpadnięcie polskich zespołów z europejskich pucharów. Ponoć można było podziwiać pokaz z dachu mojego budynku, ale chciałem się nieco rozruszać, więc wybrałem się nad Zatokę Tokijską.
Od razu Wam powiem, że nie bez kozery na plakatach widniało „Great Fireworks show”. Zdecydowanie zasługiwał na miano „wielkiego” – zarówno liczba ludzi, jak i sam pokaz robiły wrażenie. Ludzie obsiedli wybrzeże zatoki jak szpaki wiśnie. Niestety platformy strzelnicze były dość daleko i to nie był ten sam efekt, co poprzednio. Dodatkowo wizja zauważalnie wyprzedzała fonię. Nadal było nieźle, ale to już nie to samo. To jednak sam pokaz, najpierw trzeba było tam dotrzeć, a logistyka w tym przypadku stanowiła o wiele większe wyzwanie. No bo wyobraźcie sobie. Zatoka. Niemała. I wszędzie ludzie. I uwierzcie, jak już czemuś nadają nazwę to znaczy, że zasłużyło. I to nie za ładne oczy. Naprawdę.
Pokaz fajerwerków uznawany za największy, trwający 1,5 godziny – to musi przyciągnąć tłumy z całego, niemałego przecież miasta. Oczywiście najlepszym sposobem jest dotrzeć metrem. W tym miejscu należy znów pogratulować miejscowej policji. Od każdej stacji w pobliżu zatoki wyznaczyli trasy dojścia. Warto dodać, że stacje były w pewnym dystansie od nadbrzeża. Szedłem chyba ze 25 minut. To oznacza naprawdę pokaźny kawałek miasta wyłączony z ruchu. Zero chaosu, zero korków, nieskończoność policji i barierek. Zaczynam podejrzewać, że chaos + policja jest constans w tym kraju. A że policji wszędzie na pęczki... Część ulic była kompletnie odcięta i przygotowana na powrót ludzi, bo mądrzy organizatorzy zakładali, że którędyś trzeba przecież wracać, a po co ryzykować jakiekolwiek zderzenia i zatory na drodze. Zatem przyszedłem jedną trasą, a wróciłem inną choć punkt początkowy i końcowy były te same! Proste? Proste. A jakie mądre! Metro to była jednak tylko jedna opcja powrotu, bowiem zaraz przy nadbrzeżu czekały autobusy. Nie jeden, nie dwa, nie dziesięć, setki! 6 pasów jezdni zastawione autobusami na dystansie 10 minut spaceru. Czekają już na pasażerów. Jezdnia oczywiście odcięta od ludzi, przygotowane jedynie specjalne miejsca, gdzie można do autobusów wsiąść, a ruch na ulicach wokół jezdni także zablokowany, żeby cały proces przebiegł jeszcze sprawniej. Robiło to ogromne wrażenie.
Z autobusu zrezygnowałem, wolałem dotrzeć piechotą do swojej stacji metra. (To wersja oficjalna. Nieoficjalnie – oczywiście wszystko w krzaczkach i weź tu zrozum, gdzie Cię taki autobus wywiezie.) Kolejne zaskoczenie. Stacja zamknięta. Barierki i policjanci blokują dostęp. Ale się zdenerwowałem... na jakąś minutę. Znów zwyciężyła logika miejscowych organizatorów. Wyobraźmy sobie, że ileś tam tysięcy ludzi wybiera wariant podobny do mojego i próbuje wracać przez najbliższą stację metra? Co otrzymamy? Chaos, blokadę i niebezpieczeństwo, że napierający tłum zepchnie kogoś na tory. Odpowiedź? Zamykamy najbliższą stację metra na mniej więcej godzinę. Ludzie albo będę zmuszeni pojechać autobusem, albo przejdą się piechotą na inną stację, a tu już mają parę opcji, no i oczywiście rozłoży się to wszystko w czasie. Jest też opcja numer trzy wybierana przez nielicznych, głównie nierozumiejących krzaczków gajdzinów – poczekać z butelką zimnej herbaty jaśminowej na schodku miejscowego nocnego w pobliżu „naszego” wejścia do metra. Czekałem może kwadrans zanim odstawili barierki i otworzyli wejścia, a więc było warto. Zgubienie się w mieście zajmuje mi zdecydowanie więcej czasu.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Znów porównałem to do sytuacji w Polsce. Do pewnej konkretnej sytuacji. Koncert był Madonny. Tłumy fanów uderzyły na Bemowo. Jakoś trzeba ich stamtąd później dowieźć do różnych zakamarków stolicy. Podstawiono dodatkowe tramwaje. Mądry Polak nie będzie jednak czekał na przystanku. Przecież równie dobrze można pójść na pętlę i tam próbować wsiąść. W związku z tym na przystanku (pierwszym po pętli) tramwaje były ponoć tak zapchane, że nawet w pociągach PKP relacji Trójmiasto-Kraków bywa luźniej. Jednakże dobre pomysły rozprzestrzeniają się nieco tylko wolniej niż wódka na studniówce, więc za mądrym Polakiem ruszyły tłumy. Pętla została także zablokowana. Co więc w takiej sytuacji robi jeszcze mądrzejszy Polak? Idzie na ostatni przystanek przed pętlą, za nim podążają kolejni, co sprawia, że na pętli tramwaj jest tak zapchany, że już nie trzeba się niczego trzymać. I tak dalej, i tak dalej. Gratulacje dla społeczeństwa za umiejętność szybkiego kojarzenia faktów mimo bycia pod wpływem „koncertu Madonny”. Gro wyrazów średnio ładnych dla organizatorów za umiejętność, a raczej jej brak, przewidywania.
Już, wreszcie. Oj Wy niecierpliwcy! W końcu dotarliśmy do tematu trzęsień ziemi. Nie ma co ukrywać – Japonia to jeden z najbardziej sejsmicznie aktywnych krajów na świecie. Ponoć dziennie występuje tutaj około 400 wstrząsów. To ponad 16 wstrząsów na godzinę! Większość z nich jest tak łagodna, że nie są odczuwalne dla przeciętnego śmiertelnika.
Przyszły jednak takie, które dało się odczuć. Pobawmy się w polskie media. W poprzednią niedzielę, około godziny 20 miejscowego czasu Tokio nawiedziło trzęsienie ziemi o sile 7,1 w skali Richtera. Brzmi groźnie, prawda? Przestańmy bawić się w polskie media i dorzućmy nieco szczegółów. Owszem, 7,1, ALE w epicentrum. Owszem nadal sporo, ALE epicentrum znajdowało się jakieś
300 kilometrów na południe od Tokio. Do tego było bardzo głęboko pod ziemią. Odczuwalne wstrząsy w Tokio wskazywałyby raczej na jakieś 4,5 w skali Richtera. Szacunki totalnie na oko. Nie mam porównania. Całość trwała może 10 sekund. Ciężko opisać uczucie jakie towarzyszy temu zjawisku. To tak jakbyście mieszkali na parterze, a pod Waszym oknem przejechała naprawdę wielka ciężarówka. Adrenalina momentalnie Was budzi (przysypiałem akurat). Zastanawiacie się, co powinniście zrobić, ale trzęsienie nie było na tyle mocne, żeby zrobić cokolwiek. Chyba żaden sprzęt się nie poruszył, aczkolwiek mam wrażenie, że nieco pobrzęczały sztućce. Możecie ewentualnie dać znać znajomym, którzy problemy z ziemią mają tylko w chwilach nadmiernej konsumpcji – ziemia potrafi być wtedy bardzo agresywna. I już. Do całego zjawiska podchodzicie spokojnie, bo nie żyjecie w takiej psychozie, w jakiej żyje społeczeństwo tego kraju.
Japończycy, a już zwłaszcza mieszkańcy Tokio, czekają bowiem na „debigłan” („The Big One”) – wielkie trzęsienie ziemi, które ma nawiedzić region Kanto (zawiera nieśladowe ilości Tokio). Japonia leży na styku 4 płyt: wielkiej eurazjatyckiej, północnoamerykańskiej, płyty pacyficznej oraz mniejszej filipińskiej. Region Kanto na styku trzech z nich. Ponoć mądrzy naukowcy wyliczyli, a oni wyliczają coś cały czas, że napięcia, które powstają w wyniku przemieszczania się tych płyt powinny się rozładować mniej więcej raz na 70 lat. Spójrzmy więc w kalendarz. Ostatnie wielkie trzęsienie ziemi w regionie Kanto... 1923. 86 lat temu! To już jest takie spóźnienie, że Penelopa zaczyna się niecierpliwić patrząc na klepsydrę („No gdzie się podziewa ten Odyseusz?”).
Dokładnie 1 września 1923 w Tokio i okolice uderzyły wstrząsy o sile 8,3 w skali Richtera. 2/3 Tokio przestało istnieć. Pobliska Jokohama, główny port stolicy, została całkowicie unicestwiona! 105 tysięcy osób poniosło śmierć, choć szacunki mówią nawet o 140 tysiącach ofiar – był taki chaos, że ciężko było doliczyć. Fale tsunami, które towarzyszyły temu zjawisku miały
11 metrów! Niby zniszczenia powodowane były głównie przez pożary, bo Tokio wtedy drewnem stało (nie mieli swojego Kazimierza Wielkiego), ale ustalmy - tego ognia by nie było, gdyby nie trzęsienie ziemi, tak? Pożary gaszono przez kilka dni. W roku 1960 1. września ustanowiono Dniem Zapobiegania Klęskom Żywiołowy.
Ponad 100 tysięcy ofiar. Kilka miast całkowicie zrównanych z ziemią, a Tokio niemalże. Zniszczenia na niewyobrażalną wręcz skalę w wielu regionach w pobliżu stolicy, którą to stolicę chciano nawet przenosić. Wyobraźcie sobie, że nagle z Warszawy została sama prawobrzeżna część (a niech mają!), a Łódź pozostała jeno wspomnieniem. A to wszystko przez wstrząsy, które trwały 4 – 10 minut (różne źródła różnie podają). Nie dziwię im się, że boją się powtórki z rozrywki. Dorzućmy jeszcze kilka liczb, żebyście lepiej zrozumieli, z czym my tu mamy do czynienia. 2 miliony osób zostały pozbawione dachu nad głową. Japonię zamieszkiwało wtedy 60 milionów. Gdyby przyłożyć te wartości do sytuacji obecnej (mocno upraszczając i jedynie mnożąc) to nagle mamy ponad 4 miliony osób bez dachu nad głową - obecnie Japonię zamieszkuje prawie 129 milionów ludzi. To więcej niż populacja Litwy! I kilku Łotyszy w ramach pożyczki. Ok, niektórzy mogą zaprotestować, że przecież nie można porównywać tamtej Japonii z obecną. Wiecie co? Macie rację! Zniszczenia, które wyrządziło tamto trzęsienie ziemi oszacowana na miliard dolarów. Gdyby to przeliczyć to dałoby 12,5 miliarda obecnie. Niby sporo, ale tak naprawdę jest to koszt 30 stadionów narodowych. Cóż, Tokio wtedy głównie z drewna było. Kraj nie był jakoś nadzwyczajnie rozwinięty.
Przenieśmy się jednak mocno w czasie i wylądujmy w roku 1995. Jest 17. stycznia, nad pogrążonym w śnie Kobe właśnie wstaje słońce. Dokładnie o 5:46 w miasto uderza trzęsienie ziemi o sile 7,3 w skali Richtera. Wstrząsy trwają 20 sekund. Ginie 6,5 tysiąca osób. W 20 sekund!!! Tyle, ile w wypadkach w Polsce przez cały rok. Ale to jeszcze nie robi takie wrażenia, jak kolejna liczba. Zniszczenia oszacowano na 102,5 miliard dolarów! 2,5% PKB Japonii. W 20 SEKUND! Co sekundę ginęło 325 osób, a dumny naród japoński tracił ponad 5 miliardów dolarów!! A teraz wyobraźcie sobie, że podobne trzęsienie uderza w Tokio... Już? I co Wam wyszło? Totalna masakra? To tak jak i mnie...
Rozmawiałem z kilkoma osobami, które były naprawdę wystraszone, że właśnie przyszło „debigłan”. Od 7 miesięcy w Tokio był spokój. Wszyscy bali się, że matka natura zbiera siły na naprawdę zabójczy pokaz. Niby Japończycy wydają się być przygotowani. Na przykład pod biurkiem w pracy mam kask i plecak z zapasem prowiantu. Budynki są tak konstruowane, żeby falowały, a nie trzęsły się. Ludzie regularnie przechodzą specjalne szkolenia. Wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że w obliczu naprawdę potężnych wstrząsów to może być za mało. Dokładnie tak, jak w Kobe. Zniszczenia były ogromne, a budynki, które teoretycznie miały wytrzymać, złożyły się, jak domki z kart. A tam budynki! Tam się zawalił kilometr autostrady!!
W poprzedni wtorek też się zatrzęsło, choć chyba słabiej, a i tak ludzie powybiegali z budynków; czego absolutnie nie należy robić - oficjalny poradnik mówi „wleź po stół i przeczekaj.” Przyznam szczerze, że choć to dziwne doświadczenie to do wszystkiego podchodzę raczej spokojnie. Moja reakcja ograniczyła się do uniesienia powieki prawej i rzucenia okiem na zegarek. Według miejscowych jestem za spokojny. W mojej świadomości nie tkwi jednak ani 1923 i Kanto, ani 1995 i Kobe. Mnie bardziej chyba niepokoi porządna ulewa.
---
No i trochę Wam tych liczb dostarczę. Otóż na Great Fireworks Show wystrzelono 12000 rakiet. Jako, że pokaz trwał minut 75, to w każdej minucie wybuchało 160 sztucznych ogni. Szacuje się, że przyszło 700 tysięcy osób! I niestety muszę się przyznać do małego kłamstwa. To nie jest największy pokaz. Największy był ten poprzedni. Bowiem tam wystrzelono 20000 rakiet, co daje ponad 220 wystrzałów na minutę! Znalazłem nawet jego nazwę Sumida River Fireworks Festival. Ponoć w tym roku na żywo pokaz oglądał ponad milion ludzi! To robi wrażenie.
A jeśli chodzi o szkolenia to jest to takie samo BHP, jak w Polsce. Z tą różnicą, że u nas uczą, co robić, jak się skaleczysz, albo jak wybuchnie pożar, a tutaj dowiadujesz się, jak postępować, kiedy nie możesz się utrzymać na ziemi, bo tak trzęsie. Za szkolenia odpowiada firma.
No ale w sumie, jednak te liczby z Kobe i Kanto robią wrażenie i już mnie to tak nie dziwi :)
Choć co do cyferek, też ciekaw jestem :)
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą