Wracamy do życia
23 listopad 2009 ·
Tak jak Jokohama…
Rok 1923. Region Kanto zniszczony. Jokohama dosłownie zrównana z ziemią. Resztki dopalających się zgliszczy ani trochę nie przypominają tego wielkiego japońskiego portu, którym jeszcze do niedawna była Jokohama. Ogromnym wysiłkiem władz, wielkim nakładem środków i zwykłym ludzkim poświęceniem udaje przywrócić miasto do życia. W roku 1929 nie ma ani śladu po wydarzeniach sprzed ledwie sześciu lat. Co więcej, liczba mieszkańców rośnie o połowę (z 400 tysięcy do ponad 600 tysięcy). Los jednak nie jest łaskawy dla stolicy prefektury Kanagawa. W czasie II WŚ miasto po raz kolejny zostaje zrównane z ziemią. Podczas jednego tylko nalotu bombowego 29 Maja 1945 ponad 42% powierzchni Jokohamy zostaje obrócone w perzynę. Jak widać nie potrzeba wcale tak drastycznych środków jak trzęsienia ziemi, wystarczy amerykańskie lotnictwo. Myślicie, że to powstrzymało dzielnych Japończyków? Oczywiście, że nie! W roku 1950 miasto jest pięknie odbudowane, a liczba mieszkańców nadal rośnie - już 950 tysięcy. W roku 1960 wyprzedzone zostaje Kioto, 10 lat później Nagoja, a kiedy u nas rodziła się Solidarność Jokohama wyprzedzała Osakę, stając się drugim największym miastem Japonii. Obecnie ponad 3,5 miliona Japończyków mieszka właśnie w Jokohamie.
Warto powiedzieć, że granice miasta są czysto administracyjne. Tak się bowiem składa, że w kraju kwitnącego (na powrót) jena nie da się praktycznie zauważyć, że obszar zabudowany się kończy. Tak jak Egipt w większości pokryty jest pustynią, Grenlandia lodem, a Brazylia dżunglą, tak Japonia pokryta jest miastami. Niewiele tego miejsca mają, a samych Japończyków wręcz przeciwnie - dość sporo. To niestety sprawia, że trudno tutaj o jakieś tereny niezurbanizowane. Choć z drugiej strony - czemu „niestety”? To chyba urok tego kraju, tak? Hm… To wymaga zastanowienia. I butelki wina.
Żeby za bardzo nie popadać w dygresję wróćmy do samej Jokohamy. Wybraliśmy się tam we troje. Tak się bowiem szczęśliwie złożyło, ze gajdzin przez dwa tygodnie gościł dwie towarzyszki z Polski, z którymi zna się ponad 7 lat już, a pewnie jeszcze wiele lat znajomości przed nim. Zanim jednak pojechaliśmy do największego portu (kierunek horyzontalny), udaliśmy się wertykalnie na dach. Pogoda była piękna, więc czas podzielić się widokami z ostatniego piętra.



Kiedy już nacieszyliśmy się widokami Tokio, ruszyliśmy do Jokohamy. Na pierwszy ogień poszły tradycyjne japońskie ogrody Sankeien. Przy okazji jest to także skansen, bo znajduje się tam szereg budowli z całej Japonii. Przyznam, że momentami czułem się jakbym znów był w Kioto, da się zauważyć sporo podobieństw. Ogrody jednak zdecydowanie warto odwiedzić. Nawet jeśli z punktu widokowego przede wszystkim widać rafinerię.




















Saneien pochłonęły nam naprawdę dużo czasu. To sprawiło, że Minato Mirai zwiedziliśmy bardzo pobieżnie. Nazwa „Minato Mirai” dosłownie oznacza „port przyszłości” - nowoczesne miejsce pracy i wypoczynku. To widać. Potężne wieżowce, park zabaw, spa, centra handlowe - wszystko zgromadzone w jednym miejscu. Największą - i to dosłownie - atrakcją jest jednak Landmark Tower z tarasem widokowym położonym 273 metry n.p.m. Jest to najwyższy wieżowiec w Japonii, wyposażony w najszybsze windy w Japonii - prędkość maksymalna 750 metrów na minutę. I tylko szkoda, że Fudżi nie chciała pozować i w swym wstydzie zasłoniła się narzutą z chmur.





Autor
O blogu
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty
Napędzana humorem dzięki
Joe Monsterowi
Skoro już same fotki powodują drżenie to przy kontakcie bezpośrednim musi mieć ono zaiste niezłą siłę! To by wyjaśniało, skąd te trzęsienia ziemi w JPN po Twoim przyjeździe :C
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą