Powiem wprost: jestem za prawem wyboru kobiety, czy chce urodzić dziecko, czy nie. W sensownych granicach, które dla mnie wynoszą ok. 8 tygodni. Problem dopuszczalności aborcji lub nie nie jest jednak wbrew pozorom aż tak palący jak wiele innych problemów. Na przykład uratować co się da z tonącego okrętu pod tytułem "system emerytalny", zanim osiądzie na dnie. Oczekiwałbym jednak od ustawodawcy logicznej konsekwencji.
Logiczna konsekwencja potrzebna jest mi ze względu na mój ścisły styl myślenia. Jeśli coś nie będzie uregulowane literą prawa, ale będzie można domniemywać tę regulację przez analogię z istniejącymi, wszystko będzie w porządku. Jeszcze lepiej, gdyby wszystko było uregulowane, ale tak się nie da. Najgorzej jest wtedy, kiedy nie wiem, czego się spodziewać. I jedną z takich kwestii jest kwestia aborcji.
Gdy w zeszłym roku w Warszawie manifestowali zwolennicy prawa wyboru kobiety, a parę ulic dalej prawa płodu do życia, ważyła się kwestia zmiany konstytucji. Trudno się dziwić, że wielu polityków się wypowiadało w tej kwestii. Było to co prawda w 90% zupełnie niepotrzebne, bo co najmniej taki odsetek polityków nie powiedział w tej kwestii niczego, czego by się po nich obeznany z tematem człowiek nie spodziewał. Słuchałem jednak wszystkiego starając się wyszukać jakieś nowe argumenty za i przeciw.
Z argumentów przeciwko prawu wyboru, ale i przeciwko zmianom prawa, najbardziej zapadł mi w pamięć jeden wysunięty przez Sz. P. Barbarę Giertychową. Mówił on mniej więcej tyle, że zmiana prawa nie jest potrzebna, ponieważ prawo już pozwala skazać na dożywocie za morderstwo z premedytacją, a czymże innym jest aborcja?
Tutaj uwaga. To, czy aborcja jest morderstwem z premedytacją w myśl kodeksu kanonicznego, wisi mi. To, czy kodeks kanoniczny jest wewnętrznie spójny, też mi wisi. Bo nikt nie jest w stanie zmusić mnie do przestrzegania kodeksu kanonicznego. Inaczej jest z kodeksem karnym, którego przestrzeganie jest mi narzucone z góry. I bardzo dobrze, że tak jest - tylko że tutaj domagam się właśnie konsekwencji. Nie zgadzam się podlegać wewnętrznie sprzecznemu prawu.
Załóżmy teraz, że Barbara Giertychowa ma słuszność. Należałoby dopowiedzieć, że aborcja jest wówczas morderstwem człowieka, ponieważ za żadne inne pozbawienie życia kodeks karny dożywocia nie przewiduje. Z założenia tego wynika, iż płód w ciele matki jest żywym człowiekiem w świetle prawa. Logika nakazywałaby stosowanie na przykład następujących zapisów kodeksu karnego w następujących sytuacjach:
1. W przypadku poronienia (samoistnego lub w wyniku niedbalstwa): nieumyślne spowodowanie śmierci (od 3 miesięcy do 5 lat więzienia, o ile wiem). Oczywiście pozostaje pytanie, dla kogo, jeśli np. poronienie nastąpi w wyniku wdychania przez matkę dymu tytoniowego ze stu papierosów palonych przez stu palaczy na stu przystankach.
2. W przypadku uprawiania seksu przez członków grupy wspinaczkowej na wysokości 8 tysięcy metrów: narażenie człowieka na niebezpieczeństwo utraty życia. Co prawda "człowieka" jeszcze nie ma, ale przecież mógł się pojawić i z dużym prawdopodobieństwem nie przeżyć trudów dalszej maminej wspinaczki (przypominam: do wywołania poronienia metodami domowymi wystarczy wieszanie firanek przez ciężarną).
To tylko dwa przykłady, prawdopodobnie można znaleźć ich więcej. Wystarczą jednak do pokazania, iż traktowanie płodu jak człowieka z pełnią praw jest absurdem.
Czytając blog Janusza Korwina-Mikke natknąłem się na jego argument przeciwko aborcji, również opierający się o konsekwencję. Mówi on, iż nie można uzależniać praw tego "czegoś" (JKM celem zadowolenia wszystkich stron nie nazywa płodu człowiekiem ani nieczłowiekiem) od tego, czy "coś" siedzi w łonie matki, czy w inkubatorze. Na początku wydało mi się to dobrym argumentem za, który prowadziłby do konkluzji, że logicznie spójne prawo jest tu niemożliwe (chyba, że zakażemy stosowania inkubatorów). Ale później przyszło mi do głowy, że to nie jest argument przeciwko aborcji. Jest to tylko argument za tym, żeby prawo wyboru kobiety było ograniczone w czasie. Jak bardzo?
Tak, żeby uniemożliwić wyskrobanie dziecka dostatecznie dużego, by mogło przeżyć w inkubatorze - co wystarcza. Można zresztą wprowadzić restrykcję, że aborcji można dokonać tylko w szpitalu, oraz że lekarz ma obowiązek próbować ratować płód w inkubatorze. Przypominam: optuję za 8 tygodniem, ponieważ wówczas człowiek nie ma jeszcze wykształconego mózgu.
Przy czym zaznaczam: nie sądzę, żeby akurat kwestia aborcji była najważniejszą kwestią, jaką należy się teraz zajmować. Z całą stanowczością jednak sądzę, że prawo musi być konsekwentne. Prawo absurdalne jest gorsze, niż tego prawa brak. Bliski jestem stwierdzeniu, że to właśnie nic innego, jak
wewnętrznie niespójne prawo jest w obecnym świecie główną siłą sprawczą socjalizmu. Ale tę tezę muszę jeszcze przemyśleć i to temat na inny wątek.
Dlatego bez sensu jest myślenie w stylu: "nie wprowadzajmy jakiegoś prawa, bo a nuż za pół wieku bedzie bezużyteczne". Prawo trzeba zmieniać gdy jest taka (rozsądna) potrzeba i kierować się stanem aktualnym, z rozważeniem przyszłości. Korzystanie z argumentów rodem z sci-fi nie jest dobrym pomysłem.
A co do samej aborcji-ja jestem za tym, żeby była dozwolona do 3 miesiąca życia.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą