Pracownicy hipermarketów strajkowali, strajkują, bądź zapowiadają strajki, żądając podwyżek. Nie pochwalam, ale rozumiem. Hipermarkety grożą zwolnieniami. Popieram i rozumiem. Związki zawodowe grożą sądem pracy. Nie pochwalam, ale znając nasze prawo rozumiem. Klienci stają po stronie strajkujących. Tego za cholerę nie mogę zrozumieć.
Jest rzeczą oczywistą, że wzrost płac pracowników powoduje wzrost kosztów funkcjonowania każdej firmy. Firma może machnąć na to ręką traktując to jak akceptowalny spadek zysków. Może próbować ratować się przed wzrostem redukując zatrudnienie, jednak tego właśnie wszyscy wkoło chcą zakazać. Może wreszcie - i jest to najbardziej prawdopodobne - dążyć do zrekompensowania zyskami rosnących kosztów.
Czyli podnieść ceny.
Każdy logicznie myślący człowiek wie, że to się musi tak skończyć. Najprościej byłoby założyć, że klienci po prostu nie rozumują logicznie. Zacząłem jednak podejrzewać celowy sabotaż. Wiadomo, jaka w Polsce jest sytuacja:
człowiek pracy jest świętą krową, której zrobienie czegokolwiek złego legalnie graniczy z cudem (zabawnie, że z punktu widzenia pracowników sytuacja rynku pracy jest dla nich o wiele lepsza w krajach, w których pracodawców nie obowiązują tak drakońskie restrykcje). Szefostwo hipermarketów prędzej niż przypadkową klientelę podejrzewam o logiczne myślenie. A może ono wyglądać mniej więcej tak:
Skoro i tak w sporze z pracownikami jesteśmy na straconej pozycji, to spróbujmy się odbić. Łatwo nie będzie: podwyżki pensji rzędu kilkudziesięciu procent wymuszą na nas podwyżki przynajmniej kilkunastoprocentowe, żebyśmy wyszli na swoje. Tego nam klienci nie wybaczą. Ale jeśli sami klienci staną po stronie wyzyskiwanych pracowników, to będzie można powiedzieć, że sami są sobie winni - bo
jakoś trzeba sobie zrekompensować straty. Przy czym rekompensata przyjdzie od rzeczywistych, przekonanych klientów. Ale krzyk "za pracownikami" może pochodzić równie dobrze od podstawionych ludzi.
Więc może warto podstawić swoich ludzi, którzy będą orędowali za pracownikami, a przeciw nam?
Ja jako klient zdaję sobie sprawę, że koszty funkcjonowania firmy, w tym płac, muszę w ostatecznym rozrachunku ponieść ja. Nie mam czasu sprawdzać, gdzie jest najtaniej, a logiczną heurystyką wydaje mi się, iż tam, gdzie pracownikom płacą najmniej.
I tam pójdę! Jeśli tylko będę miał odpowiednią wiedzę.
Tak, jestem za wyzyskiwaniem człowieka pracy, jeśli jest to cena za lepsze warunki dla konsumenta. Przytoczę tutaj dość powszechne w sieci wyliczenia. Załóżmy, że człowiek żyje 70 lat, z czego 40 pracuje. Niech w ciągu roku, po odliczeniu urlopów, weekendów i świąt, zostanie nawet 210 dni pracy (w praktyce zostaje trochę mniej, a i to, jak delikwent nie choruje). Niech podczas każdego z tych dni człowiek pracuje 8 godzin, czyli 1/3 doby. Wychodzi, że przez 40 lat przepracowuje 70 dób rocznie, czyli (z przemienności mnożenia) tyle, ile przepracowałby przez całe życie od kołyski do ćwierci, pracując przez 40 dób rocznie.
Zostaje ponad 8 razy tyle! Jestem człowiekiem pracy w jednej części, a konsumentem w ośmiu. Ty też, Czytelniku!
Więc komu, do licha, ma zależeć na poprawie warunków tej jednej dziewiątej życia bardziej niż na poprawie warunków pozostałych ośmiu dziewiątych?
Nie ma sie co oszukiwac. Zycie jest niesprawiedliwe. Za najciezsza robote dostaje sie najmniej pieniedzy, ale z drugiej strony kto tym ludziom kazal byc na samym dole drabinki zatrudnienia? Dla spoleczenstwa, jako ogolu, znacznie lepsze jest to by tym na samym dole nie bylo zbyt pieknie. To motywuje do tego by zrobic cos sensownego ze soba i ruszyc w gore. To z kolei powoduje powstanie realnej konkurencji u tych pieterko wyzej, wiec i im zaczyna sie zyc jakby gorzej. I tak maly drobiazg na samym dole powoduje ze wszyscy jako spoleczenstwo musimy byc coraz lepsi tylko po to by zylo nam sie mniej wiecej tak samo.
Mamy swietna koniunkture na rynku pracy, wiec zamiast bawic sie w postawe roszczeniowa lepiej na tym zyskac.
Spojrzcie np na restauracje McDonald's. Oni juz zauwazyli problem. Przez lata byly uznawane za najgorsze na liscie pracodawcow. A mimo to pracowali tam glownie studenci zaoczni itp. Teraz studenci zdolali poszukac sobie znacznie lepszych perspektyw i nagle mc musial na gwalt wyszukac inny rynek. Przestawili nieco oferte pracy i teraz spotyka sie tam licealistow. I to jest dobre, bo licealisci wreszcie maja szanse cos konkretnego robic. Maja uczciwie zarobione kieszonkowe, a jednoczesnie widza jak wyglada zycie jesli sie w tym swoim liceum jednak nie przyloza do nauki. A co by sie stalo gdyby zamiast zwiewac studenci podniesli wrzask, ze chca wiecej zarabiac w mc? Odpowiedz, jak sadze, jest oczywista.
Ten mechanizm tak o wyglada na calym swiecie czemu wiec u nas ma nie byc normalnie?
co taki wyzysk miałoby usprawiedliwiać?
Tak jak Chaosa - stać mnie na podwyzki w hipermarketach. I choć mam blisko do jednego z nich, to często robie zakupy w osiedlowych sklepikach, bo... nie musze oszczędzać.
Jesli jade do super/hipermarketu to tylko dlatego, ze mam do zrobienia zakupy duzogabarytowe, cięzkie itp.
I chciałabym wtedy zastać... pełen asortyment, miłą i kompetentna obsługę i małe kolejki przy kasach.
Jesli hipermarkety będa nadal zatrudniały za minimum pensji, albo poniżej owego minimum (to jak wiemy jest możliwe), to będa sie tam zatrudniały wyłącznie osoby, ktore nie znajdą pracy gdzie indziej, tzw. selekcja negatywna.. no i ja sie nigdy nie doczekam wymarzonej obsługi...
Jesli ktos się obija, ma robotę która nie wymaga ani wysiłku fizycznego, ani umysłowego, to nie ma prawa narzekać na niskie płace... ale te panie/panowie w marketach na prawdę ciężko harują...
I nie na państwowych posadach jak lekarze i pielęgniarki, gdzie zawsze mozna powiedzieć : "państwo jest biedne i nie ma skąd wziąć". Haruja dla prywatnej, bogatej korporacji... niech korporacja o nich zadba !
piszesz jak ktoś, komu nie brakuje pieniędzy i kto zapomniał co to znaczy chociażby bieda z czasów PRL-u. Dlatego proponuję eksperyment - przeżyj za - dajmy na to - 1300 złotych na miesiąc (albo ok. 2600 przy założeniu, że ma sie partnera. ale dodaj do tego jeszcze dwójkę dzieci, czyli podziel na 4) i podziel się wynikiem (albo daj znać, kiedy przestanie ci starczać pieniedzy).
mnie osobiscie stać na podwyżki cen w sklepach jezeli pracownicy sklepu będą przez to zapewnić w stanie byt sobie i swoim dzieciom.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą