< >  wszystkie blogi

Bloga rytm naturalny...

"Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku" - N. Davila

Zadania domowe

24 marzec 2008 ·
Niedługo koniec świątecznej laby. Od jutra sporo z nas uda się do pracy. Po czym za osiem godzin z niej wyjdzie i będą wolni do następnego poranka. Jeśli dobrze pójdzie.

Jeśli pójdzie gorzej, pracownik zostanie w pracy dłużej, niż umowne osiem godzin, niekoniecznie odnotowując to w książce nadgodzin. Czasem dostanie jakieś zadanie od szefa do wykonania w domu. Niekiedy zaś obie te rzeczy naraz.

Paru moich znajomych ma coś takiego co jakiś czas. Przychodzą później, niż wynikałoby z oficjalnych godzin pracy, biorąc część roboty do domu. Oficjalnie nie są to nadgodziny i nie ma wyznaczonych dodatkowych pieniędzy. W praktyce w większości przypadków można zobaczyć efekty w premii uznaniowej - przy czym uznaniowość jest tutaj kluczowa; premii może zabraknąć, jeśli pracownik w tym samym miesiącu przyniesie L4.

Wielokrotnie rozmawiałem z nimi, dlaczego się na to godzą. I tutaj mnie zaskoczyli. Nie chodzi bowiem głównie o strach przed utratą pracy. Są to ludzie rozsądni i zdają sobie sprawę, że przy ostatniej koniunkturze strach ten nie jest aż tak uzasadniony. Chodzi o bliżej nieokreślone "coś", co nie pozwala odmówić szefowi, gdy ten zadaje zadanie domowe.

I wtedy mnie olśniło: gdy w ten sposób to nazwałem. Wszystko jasne: zadanie domowe! Od małego jesteśmy indoktrynowani, że jest to normalne, iż - nie bacząc na oficjalny grafik zwany planem lekcji - nauczyciel ma prawo autorytarnie nakazać nam pozostanie w szkole przez dodatkowy czas (z czego na szczęście korzysta nieczęsto), względnie zagospodarować nam ten czas zadając nam zadanie domowe (z czego niestety korzysta bardzo często). Wpaja się nam, że to dla naszego dobra, że nam posłuży, i że absolutnie nie ma mowy o proteście. I kółko się zamyka: zadania domowe są dla naszego dobra, bo przygotowują nas na analogiczne sytuacje w dorosłym życiu w pracy, a w pracy dostajemy zadania domowe, bo nikt w dzieciństwie nas nie nauczył, żeby się stawiać i bronić własnego oficjalnie wolnego czasu! A jaka analogia z premiami: czasami wpadnie dobra (uznaniowa!) ocena za zadanie, czasami nie, za to prawie zawsze jego brak kończy się przykro.

Nikomu nie zależy, żeby uczciwie powiedzieć, że sama instytucja zadania domowego robi z nas kupę niewolników przyjmujących to jako coś naturalnego później, w dorosłym życiu. Z oczywistych względów nie zależy na tym pracodawcom, którzy po prostu to wykorzystują dla własnych celów. Nie zależy na tym dyrektorom szkół, którzy tylko dlatego mogą trzymać w ryzach nauczycieli, że nikt im nie powie, do czego sprowadzają się takie zadania domowe. Nauczyciele są tak przesiąknięci ideologią, że nawet tego nie zauważają (proszę mi znaleźć drugą grupę zawodową, w której z założenia tak duży odsetek pracy wykonuje się w domu!). Uczniowie też tego nie widzą, a nawet jeśli widzą, to nie mają siły przebicia. Nie zależy też na tym rodzicom. Pojedynczy rodzic nie chce się angażować w spór ze szkołą w obawie o los dziecka, ale nawet gdyby się zorganizowali, to i tak dojdą do wniosku, że na skalę kraju niewiele zmienią. I potem myślą, że zaszkodzą dziecku, bo pracodawca za lat naście, zamiast tego dziecka, weźmie takie, które nauczono bezwarunkowego wykonywania zadań domowych. Jeśli w ogóle przyjdzie im to do głowy.

Potem, oczywiście, ci sami ludzie, którzy przyczynili się do wychowania takich pokoleń, będą biadolić, że ludzie pracy są wykorzystywani i wyzyskiwani. Tymczasem prawda jest taka, że nawet jeśli będziemy konsekwentnie socjalizować kraj (co dzieje się w zastraszającym tempie), to i tak nikt nigdy nie będzie w stanie tak dobrze stanąć w obronie praw i interesów pracownika, jak sam pracownik. Wszelkie związki zawodowe wymuszające korzystne dla pracowników zmiany w przepisach działają tak naprawdę na niekorzyść tych najbardziej zagrożonych bezrobociem, a dla reszty ich działania nie mają praktycznego znaczenia. Natomiast pracownik domagający się poprawy warunków płacowych, godzinowych, czy jakichkolwiek innych własnej pracy we własnym imieniu działa na własne ryzyko i we własnym interesie. Rolą społeczeństwa nie jest więc na pewno stawanie murem za nim, jeśli on sam tego nie robi. Rolą społeczeństwa, jeśli już musimy w nim mieć przymusową edukację, jest nauczenie go, jak ma to robić. A już na pewno - tym razem niezależnie od przymusu edukacji - społeczeństwo nie powinno uczyć ludzi, jak źle dbać o własne interesy - a potem bronić pokrzywdzonych, którzy sami siebie nie umieją bronić.

To, że los niektórych pracowników jest pożałowania godny, niekoniecznie jest winą pracodawców! Pracodawca przychodzi tylko na rynek pracy i bierze tylu i takich pracowników, ilu i jakich potrzebuje, patrząc po relacji cena-jakość! Jest takim samym wyzyskiwaczem, jakim jestem ja, kupując jajka od babiny po 45 groszy, a nie od faceta stojącego obok i sprzedającego identyczne po 50 groszy - i zmuszając go, żeby albo obniżył cenę, albo przekonał mnie, że warto jednak kupić u niego drożej! W głównej mierze jest to wina systemu edukacji z zadaniami domowymi, z którymi usiłował ostatnio - co prawda z niego innych powodów - walczyć minister.

Skończmy z zadaniami domowymi! Przestańmy się godzić na biednych, wyzyskiwanych uczniów, a za 20-30 lat przestaniemy narzekać na biednych, wyzyskiwanych pracowników!
 

2 komentarze
margot
margot - Superbojowniczka   |  rok i 11 miesięcy temu  |  
Ciekawe, nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób, może dlatego, że sama jestem wyhodowana na niewolnika? Ale wydaje mi się, że nie taka jest przyczyna wydłużonego czasu pracy i zadań domowych. Prawda jest taka, że niektórzy mają słabszą percepcję i pracują wolniej, co jest zauważalne szczególnie w pracy umysłowej, i potrzebują więcej czasu, czasami skupienia w domowych warunkach, żeby doprowadzić do końca pewne sprawy. Nie mam więc żalu do moich nauczycieli o żadne zadania domowe, bo tłumaczeń na lekcji prawie nigdy nie mogłam pojąć od razu, a właśnie zadanie domowe, chwila skupienia w bardziej przyjaznym środowisku, dłuższa niż 10 minut lekcji, tak naprawdę pomagała mi w nauce. Podobnie z pracą: wolę posiedzieć godzinę dłużej w biurze, ale nie zapieprzać cały dzień jak motorek, ale co jakiś czas włączyć na 5 minut joemonstera albo zamyślić się nad kubkiem kawy. Tempo pracy i nauki to kwestia bardzo indywidualna. Acha, a co do pracy do domu: z moich obserwacji wynika, że rzadko to szef każe wziąć robotę do domu, to sam pracownik chce sobie dać więcej czasu na swoje zadania, a normy produkcyjne są zbyt ciasne.
salival
salival - Little Princess   |  rok i 11 miesięcy temu  |  
Myślę, że wysuwasz trochę za daleko idące wnioski w tej kwestii. Generalnie faktycznie zadawanie prac domowych to zabieranie czasu wolnego. Człowiek chodzi do szkoły po to by tam zdobywać wiedzę, a w domu zrelaksować się po niejednokrotnie ciężkim dniu w szkole. Prace domowe akceptowane przez rodziców powodują niepotrzebny stres, bo jak nie zrobi się, to zapewne dostanie się pałę w szkole. Rodzice też często uzależniają dostęp do "przyjemności czasu wolnego" od tego czy ktoś wykonał pracę domową czy nie. Nie uważam więc prac domowych za coś pozytywnego, bo dodatkowo zniechęca do szkoły. Ja również nie jestem za wszelkimi sprawdzianami. Byłbym raczej za wprowadzeniem czegoś takiego jak sesja również w szkołach, czyli po prostu czas wszelkich egzaminów i "mobilizacji". Natomiast nie mogę się ot tak zgodzić z bezpośrednim związkiem relacji uczeń-nauczyciel z pracownik-pracodawca. "Praca domowa" w dorosłym życiu niestety w wielu zawodach jest normą. Jeśli pracownik dostaje deadline, to wie, że ma się wyrobić i już. Jeśli ma z czymś problem i nie jest to spowodowane czynnikami zewnętrznymi, ale np. tym, że 50% czasu po prostu się obijam mówiąc sobie "eee... mam tyle czasu, na pewno zdążę.", to taka praca domowa, wręcz na całe noce jest nieunikniona. Również w przypadku za małych umiejętności do wykonania pracy w terminie. Im mniejsze umiejętności tym więcej czasu będzie potrzebne by coś wykonać - czasu-extra. I to nie ma absolutnie związku z wyzyskiem czy też pracami domowymi w szkole. Jednak przyszły pracownik musi mieć jakąś świadomość tego, że takie sytuacje ( choć tu zależnie od zawodu ) mogą mieć miejsce i po prostu trzeba im sprostać. Również nie wyobrażam sobie powiedzieć "P**le, nie robię!", w momencie, gdy nagle z jakiegoś zewnętrznego powodu skraca deadline i mówi, że nie można go złamać. Choć może moje podejście jest takie a nie inne, bo nie mam problemu np. za to że pracowałem 1-2 godziny w sobotę dostać cały poniedziałek wolny.

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi