Niedługo koniec świątecznej laby. Od jutra sporo z nas uda się do pracy. Po czym za osiem godzin z niej wyjdzie i będą wolni do następnego poranka. Jeśli dobrze pójdzie.
Jeśli pójdzie gorzej, pracownik zostanie w pracy dłużej, niż umowne osiem godzin, niekoniecznie odnotowując to w książce nadgodzin. Czasem dostanie jakieś zadanie od szefa do wykonania w domu. Niekiedy zaś obie te rzeczy naraz.
Paru moich znajomych ma coś takiego co jakiś czas. Przychodzą później, niż wynikałoby z oficjalnych godzin pracy, biorąc część roboty do domu. Oficjalnie nie są to nadgodziny i nie ma wyznaczonych dodatkowych pieniędzy. W praktyce w większości przypadków można zobaczyć efekty w premii uznaniowej - przy czym uznaniowość jest tutaj kluczowa; premii może zabraknąć, jeśli pracownik w tym samym miesiącu przyniesie L4.
Wielokrotnie rozmawiałem z nimi, dlaczego się na to godzą. I tutaj mnie zaskoczyli. Nie chodzi bowiem głównie o strach przed utratą pracy. Są to ludzie rozsądni i zdają sobie sprawę, że przy ostatniej koniunkturze strach ten nie jest aż tak uzasadniony. Chodzi o bliżej nieokreślone "coś", co nie pozwala odmówić szefowi, gdy ten zadaje zadanie domowe.
I wtedy mnie olśniło: gdy w ten sposób to nazwałem. Wszystko jasne:
zadanie domowe! Od małego jesteśmy indoktrynowani, że jest to normalne, iż - nie bacząc na oficjalny grafik zwany planem lekcji - nauczyciel ma prawo autorytarnie nakazać nam pozostanie w szkole przez dodatkowy czas (z czego na szczęście korzysta nieczęsto), względnie zagospodarować nam ten czas zadając nam
zadanie domowe (z czego niestety korzysta bardzo często). Wpaja się nam, że to dla naszego dobra, że nam posłuży, i że absolutnie nie ma mowy o proteście. I kółko się zamyka: zadania domowe są dla naszego dobra, bo przygotowują nas na analogiczne sytuacje w dorosłym życiu w pracy, a w pracy dostajemy zadania domowe, bo nikt w dzieciństwie nas nie nauczył, żeby się stawiać i bronić własnego oficjalnie wolnego czasu! A jaka analogia z premiami: czasami wpadnie dobra (
uznaniowa!) ocena za zadanie, czasami nie, za to prawie zawsze jego brak kończy się przykro.
Nikomu nie zależy, żeby uczciwie powiedzieć, że sama instytucja zadania domowego robi z nas kupę niewolników przyjmujących to jako coś naturalnego później, w dorosłym życiu. Z oczywistych względów nie zależy na tym pracodawcom, którzy po prostu to wykorzystują dla własnych celów. Nie zależy na tym dyrektorom szkół, którzy tylko dlatego mogą trzymać w ryzach nauczycieli, że nikt im nie powie, do czego sprowadzają się takie zadania domowe. Nauczyciele są tak przesiąknięci ideologią, że nawet tego nie zauważają (proszę mi znaleźć drugą grupę zawodową, w której z założenia tak duży odsetek pracy wykonuje się w domu!). Uczniowie też tego nie widzą, a nawet jeśli widzą, to nie mają siły przebicia. Nie zależy też na tym rodzicom. Pojedynczy rodzic nie chce się angażować w spór ze szkołą w obawie o los dziecka, ale nawet gdyby się zorganizowali, to i tak dojdą do wniosku, że na skalę kraju niewiele zmienią. I potem myślą, że zaszkodzą dziecku, bo pracodawca za lat naście, zamiast tego dziecka, weźmie takie, które nauczono bezwarunkowego wykonywania zadań domowych. Jeśli w ogóle przyjdzie im to do głowy.
Potem, oczywiście, ci sami ludzie, którzy przyczynili się do wychowania takich pokoleń, będą biadolić, że ludzie pracy są wykorzystywani i wyzyskiwani. Tymczasem prawda jest taka, że nawet jeśli będziemy konsekwentnie socjalizować kraj (co dzieje się w zastraszającym tempie), to i tak nikt nigdy nie będzie w stanie tak dobrze stanąć w obronie praw i interesów pracownika, jak sam pracownik. Wszelkie związki zawodowe wymuszające korzystne dla pracowników zmiany w przepisach działają tak naprawdę na niekorzyść tych najbardziej zagrożonych bezrobociem, a dla reszty ich działania nie mają praktycznego znaczenia. Natomiast pracownik domagający się poprawy warunków płacowych, godzinowych, czy jakichkolwiek innych własnej pracy
we własnym imieniu działa
na własne ryzyko i we własnym interesie. Rolą społeczeństwa nie jest więc na pewno stawanie murem za nim, jeśli on sam tego nie robi. Rolą społeczeństwa, jeśli już musimy w nim mieć przymusową edukację, jest nauczenie go, jak ma to robić. A już na pewno - tym razem niezależnie od przymusu edukacji - społeczeństwo nie powinno uczyć ludzi, jak
źle dbać o własne interesy - a potem bronić pokrzywdzonych, którzy sami siebie nie umieją bronić.
To, że los niektórych pracowników jest pożałowania godny, niekoniecznie jest winą pracodawców! Pracodawca przychodzi tylko na rynek pracy i bierze tylu i takich pracowników, ilu i jakich potrzebuje, patrząc po relacji cena-jakość! Jest takim samym wyzyskiwaczem, jakim jestem ja, kupując jajka od babiny po 45 groszy, a nie od faceta stojącego obok i sprzedającego identyczne po 50 groszy - i zmuszając go, żeby albo obniżył cenę, albo przekonał mnie, że warto jednak kupić u niego drożej! W głównej mierze jest to wina systemu edukacji z zadaniami domowymi, z którymi usiłował ostatnio - co prawda z niego innych powodów - walczyć minister.
Skończmy z zadaniami domowymi! Przestańmy się godzić na biednych, wyzyskiwanych uczniów, a za 20-30 lat przestaniemy narzekać na biednych, wyzyskiwanych pracowników!
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą