Ale_Xandra przysłała mi miły list, w którym prosi: "
Chciałabym żebyś napisał o Twoim stosunku do związków kazirodczych. Uważam, że to trochę niesprawiedliwe, że ludzie którzy się kochają i pożądają nie mogą być razem, tylko dlatego, że są rodzeństwem. Rozumiem, że narażają dzieci, na wady genetyczne, ale przecież ryzyko takich wad istnieje zawsze, mniejsze lub większe. No i czy sytuacja zmieniłaby się, gdyby kobiecie np podwiązać jajniki?" (cytat za zgodą Autorki). Postaram się niniejszym spełnić prośbę Bojowniczki.
Na początek parę faktów. Kazirodztwo to chyba jedyna rzecz uznawana za naganną przez każdą możliwą kulturę, czego nie można powiedzieć nawet o morderstwie. Niekiedy czyniono wyjątki, na przykład faraonowie sypiali głównie z siostrami, by nie pospolitować się z nieboskimi kobietami, ale już zwykli Egipcjanie nie. Podobnie rzecz się miała u Inków. Faktem też jest, że dziecko ze związku blisko spokrewnionych osób ma większe szanse na wady genetyczne niż dziecko ze związku niespokrewnionych osób. Polski kodeks karny jako kazirodztwo traktuje współżycie seksualne z wstępnym, zstępnym, przysposobionym, przysposabiającym, bratem lub siostrą, i zakazuje takiego procederu. Kazirodztwo jest też potępiane przez większość dużych religii, w tym islam, judaizm i chrześcijaństwo. Tyle faktów.
Muszę od razu powiedzieć, że pytanie na początku było dla mnie trudne, bo nigdy nie myślałem na ten temat i nie mam ugruntowanej opinii - tym chętniej czekam na kontrargumenty. Z ogólnych przesłanek udało mi się jednak stosunkowo szybko wyrobić sobie własne zdanie.
Argumenty przeciwko kazirodztwu mogą być trojakiego rodzaju (przynajmniej ja tak to widzę). Pierwszy to religijny. Ten w ogóle nie powinien prawa obchodzić (szanuję fakt, że Twój Bóg zakazuje kazirodztwa, ale być może mój je nakazuje - czy potrafisz to uszanować?). Drugi to kulturowy. Polega na tym, że większość osób w miejscu, w którym żyjemy, nie akceptuje takich zachowań, nawet jeśli nie potrafi podać przyczyny. Po prostu: nie robią tego, a niekiedy nie życzą sobie, by robił to sąsiad. To również nie powinno prawa interesować. Kto nie chce - przymusu nie ma. A co do sąsiadów, to sporo ludzi również nie życzy sobie, by sąsiad był od nich bogatszy - i co z tego?
Pozostaje trzeci: społeczny. Kazirodztwo może przyczyniać się do ludzkiej krzywdy, w dodatku krzywdy człowieka, który sam nie jest niczemu winien. W tym przypadku mowa o mającym się narodzić dzieku. Moja Żona zwróciła mi uwagę na jeszcze jeden aspekt społeczny, mianowicie na możliwość występowania silnych stosunków zależności w rodzinie, powodujących, że na przykład dochodzi do seksu ojca z córką, bo on chce, a ona nie potrafi mu się sprzeciwić, mimo braku środków przymusu. Zgadzam się, że seks powinien być uprawiany tylko przez dorosłych i za obopólną zgodą. (Nawiasem: jeśli sprawny, dorosły człowiek
nie umie powiedzieć, że czegoś nie chce, to za to bym już nie obwiniał drugiej strony. Drugim nawiasem: zauważyli Państwo, że jeśli 15-latek i 14-latek mają ochotę na seks i spotkają chętną kobietę, to prawo
dyskryminuje tego, którego chroni, w dodatku właśnie dlatego, że go chroni?). Na wykorzystanie stosunku zależności, upośledzenia umysłowego jednej ze stron, czy wręcz przemocy, są paragrafy - i słusznie. Po namyśle stwierdziłem jednak, że nie powinny one być przedmiotem zainteresowania paragrafu o kazirodztwie, bo stopień pokrewieństwa czy powinowactwa nie ma tu nic do rzeczy. A już zupełnym absurdem jest, jeśli druga żona ojca może się przespać z jego synem lub nie w zależności od tego, czy go formalnie usynowiła - choć stosunek zależności raczej niewiele się ma do papierów.
A taki jest aktualny stan prawny w Polsce!
Po tych wszystkich namysłach doszedłem do pierwszej konkluzji:
jeżeli prawo w ogóle powinno się interesować kazirodztwem, to tylko w kontekście zwiększonych szans na wady genetyczne urodzonych w ten sposób dzieci. Od razu powoduje to, że aktualne przepisy powinny zostać okrojone. Seks między niespokrewnionymi nie powinien być zakazany (np. z przysposobionym, albo z dzieckiem z pierwszego małżeństwa ojczyma niespokrewnionego z ojcem). Nie powinien być zakazany również wtedy, gdy którakolwiek ze stron jest impotentem - na przykład, co słusznie zauważa
Ale_Xandra, gdy kobieta ma podwiązane jajniki. Wreszcie - o czym łatwo zapomnieć i o czym ustawodawca mniej lub bardziej celowo zapomniał - nie powinno być zakazu uprawiania homoseksualnego seksu kazirodczego.
Zostaje problem kazirodztwa, z którego może narodzić się dziecko. Podstawową sprawą, jaką należy rozstrzygnąć, jest tutaj kwestia następująca: w jakim stopniu prawo dotyczące rodzicielstwa budujemy w oparciu o prewencję, a w jakim o interwencję? Na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, podaję rozróżnienie.
Interwencja jest wtedy, gdy karzemy za czyny bezpośrednio szkodliwe (na przykład za potrącenie pieszego przez kierowcę).
Prewencja jest wtedy, gdy karzemy za czyny, które same w sobie szkodliwe nie są, ale zwiększają szansę na popełnienie czynów bezpośrednio szkodliwych. Przykładem może być karanie za jazdę po pijanemu oparte o statystyki i badania medyczne, a niebiorące pod uwagę faktu, że jakieś indywiduum może przypadkiem jeździć po pijanemu lepiej niż na trzeźwo.
Jak to się ma do omawianej kwestii? Gdybyśmy chcieli zbudować prawo skrajnie
interwencyjne, to kazirodztwo samo w sobie nie byłoby karane w ogóle. Karane za to byłoby urodzenie dziecka z wadami genetycznymi (a być może również w inny sposób niepełnosprawnego), i to niezależnie od tego, czy była w tym wina rodziców, czy nie (choć, oczywiście, wymiar kary może zależeć od stopnia umyślności winy). Z kolei prawo skrajnie
prewencyjne karałoby każdy seks, w wyniku którego istnieje ryzyko urodzenia dziecka chorego - a w istocie każdy, z którego w ogóle może dojść do poczęcia, bo jakieś ryzyko jest zawsze. Widać (a przynajmniej ja widzę), że trzeba poszukać jakiegoś złotego środka, bo oba skrajne rozwiązania ocierają się o kompletny absurd.
Podejście mogłoby być moim zdaniem następujące. Jakiś zespół biegłych medyków szacuje, w jakich sytuacjach jakie jest ryzyko urodzenia się dziecka z wadami i jak poważne mogą być to wady (lub inne choroby). Brutalnie rzecz ujmując, klasyfikuje się ciężar poszczególnych schorzeń wrodzonych i szanse na ich wystąpienie, a następnie liczy się wartość oczekiwaną ciężaru schorzenia dziecka urodzonego z danego związku. Po czym ustala się jakąś wartość graniczną i
jeśli wartość oczekiwana jest wyższa od wartości granicznej dla jakiejś pary, to takiej parze zakazuje się seksu.
Jak to może wyglądać w przełożeniu na język ludzki? Przypuśćmy, że biegli doszli do wniosku, że w przypadku współżycia krewnych pierwszego lub drugiego stopnia ryzyko schorzeń dziecka oraz ich potencjalny ciężar jest nieakceptowalnie duży. Zakazuje się więc seksu między krewnymi pierwszego i drugiego stopnia wyjąwszy przypadki, w których do zapłodnienia dojść nie może. Praca biegłych jednak się nie kończy na tym, bo muszą oni sprawdzić, w jakich innych warunkach szansa na schorzenie i jego ciężar daje razem co najmniej tak samo wysoki wskaźnik. Okazuje się, że - na przykład - dzieje się tak w przypadku, gdy oboje rodzice są nosicielami wirusa HIV, a także wtedy, gdy oboje mają jakąkolwiek wadę genetyczną - tę samą.
W tym momencie, aby zachować konsekwencje, należy równie surowo, co kazirodztwo, karać współżycie dwojga ludzi zarażonych wirusem HIV, a także dwojga daltonistów. Oczywiście cały czas w obrębie możliwości zapłodnienia.
A co jeśli biegli są zwolennikami jak najmniejszej prewencji? Ostatnia możliwość - i chyba najbliższa temu, do czego ja bym się przychylał - polega na tym, że zamiast zakazywać biegli jedynie
tworzą listę sytuacji, w których istnieje podwyższone ryzyko. Do rodziców należy decyzja, czy je podejmują. Jeśli tak i się uda (tj. dziecko się nie rodzi albo rodzi się zdrowe) - ich zysk. Jeśli nie - są surowo karani, przy czym tylko wówczas, gdy dziecko urodzi się chore, a rodzice należeli do grupy podwyższonego ryzyka -
muszą być spełnione oba warunki naraz. Karą może być na przykład obowiązek dożywotniego świadczenia renty na rzecz rehabilitacji takiego dziecka, a dodatkowo przymusowa sterylizacja obojga rodziców.
Jest tu jeszcze możliwy łagodniejszy przypadek. Rodzice z grupy podwyższonego ryzyka rodzą dziecko zdrowe z silną wadą utajoną. Badania genetyczne wykazują, że dziecku co prawda nic nie jest, ale jego dziecko ma dużo większe szanse na wady genetyczne, niż w przypadku średnim. Wówczas widziałbym coś na kształt powództwa cywilnego za doznane krzywdy mniej więcej na zasadach spowodowania czyjegoś kalectwa z zamiarem ewentualnym.
Oczywiście zwolennikiem tak prowolnościowych rozwiązań nie jestem w obecnej rzeczywistości. Chwilowo jestem za obostrzeniami i prewencją nawet ponad minimalną konieczność -
ale tylko dlatego, że jeśli już dziecko urodzi się chore, to koszty tego poniosą nie tylko rodzice, ale również prawdopodobnie państwo, a więc i ja - czy chcę, czy nie! Natomiast w kraju, w którym nie byłoby tzw. "opieki społecznej" gotów jestem zaakceptować liberalniejsze rozwiązanie. Zanim zostanę posądzony o bezduszność jeszcze jedno wyjaśnienie. Jeśli kiedyś podejdzie do mnie człowiek i powie, że nie stać go na chleb, bo nie nadaje się do żadnej pracy, bo rodziców miał dwoje, dziadków dwoje i pradziadków dwoje - to dostanie ode mnie na chleb, jeśli tylko będę miał z czego. Ale chciałbym bardzo, by był to gest mojej dobrej woli. I bym miał prawo jej nie wykazać.
Warto może jeszcze podlinkować
artykuł, który podobno natchnął Bojowniczkę do zadania mi pytania, za które bardzo dziękuję.
Na zakończenie, dla rozluźnienia atmosfery, proponuję zapoznanie się ze
znakomitym repostem bbirdy'ego (pominąwszy nieaktualność ikonki).
Nie jestem w stanie przytoczyć tak sensownych argumentów jak :pietshaq, ale na samą myśl o czymś podobnym mój umysł się buntuje. Związek kazirodczy może powstac tylko i wyłącznie w patologicznych rodzinach z zaburzeniami psychicznymi.
Dodam cytat z wikipedii: "Zakaz kazirodztwa należy do najbardziej powszechnych zakazów, istniał najprawdopodobniej we wszystkich kulturach. Antropologia strukturalna Claude'a LĂŠvi-Straussa uznaje go wręcz za swego rodzaju początek kultury, punkt graniczny między naturą a kulturą, w którym jedna się kończy, a druga zaczyna, przynależny do obydwu tych sfer (które poza tym są w opozycji)."
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą