Stało się już niemal tradycją skrzynek kontaktowych, że
LordKaftan pisze bardzo interesujące komentarze, z którymi co prawda często się nie zgadzam, ale dają mi zawsze dużo do myślenia.
Tym razem napisał:
"
Kazirodztwo powinno byc zakazane, tak jak jest teraz.
Nie jestem w stanie przytoczyć tak sensownych argumentów jak :pietshaq, ale na samą myśl o czymś podobnym mój umysł się buntuje. Związek kazirodczy może powstac tylko i wyłącznie w patologicznych rodzinach z zaburzeniami psychicznymi.
Dodam cytat z wikipedii: "Zakaz kazirodztwa należy do najbardziej powszechnych zakazów, istniał najprawdopodobniej we wszystkich kulturach. Antropologia strukturalna Claude'a Lévi-Straussa uznaje go wręcz za swego rodzaju początek kultury, punkt graniczny między naturą a kulturą, w którym jedna się kończy, a druga zaczyna, przynależny do obydwu tych sfer (które poza tym są w opozycji).""
Warto ten wpis przeanalizować po kolei. Na początek zdanie o tym, że "na samą myśl (...) umysł się buntuje". To zdanie bardzo mi się spodobało, ponieważ jest praktycznym przykładem
aspektu kulturowego zakazu kazirodztwa. Pisałem o tym aspekcie, natomiast nie podałem równie dobrego przykładu. Mój umysł również się buntuje przeciwko czemuś takiemu, jak kazirodztwo. Buntuje się również przeciwko zasiłkom dla bezrobotnych i mnóstwu innych rzeczy. Ale sam bunt to
za mało, żeby to sankcjonować prawnie. Napisałem, dlaczego sam aspekt kulturowy nie wystarcza mi do zakazu - oczywiście
Lordowi
Kaftanowi ma pełne prawo wystarczać. Ponawiam jednak pytanie: jeśli samotny facet z szesnastoletnim synem żeni się z niespokrewnioną z nimi dwudziestolatką, to ona może formalnie szesnastolatka usynowić, a może tego nie zrobić. Dlaczego prawo ma
akurat od tego uzależniać, czy wolno im się ze sobą przespać?
Pragnę wyjaśnić natomiast, że związek kazirodczy może powstać w zupełnie niepatologicznych rodzinach, a na pewno nie są warunkiem koniecznym zaburzenia psychiczne. Była nie tak dawno głośna sprawa małżeństwa w Wielkiej Brytanii zawartego przez osoby wychowywane w domach dziecka, które
post factum dowiedziały się, że są biologicznym rodzeństwem. Bez wątpienia mieliśmy tu do czynienia z kazirodztwem. Być może i z patologią, skoro dzieci były w domach dziecka, a być może ze zwykłą, ludzką tragedią. Trudno jednak mówić o patologii w kontekście zawieranego małżeństwa. I nie widać, gdzie miałyby wystąpić problemy psychiczne. To oczywiście bardzo rzadki przypadek, nawet jak na kazirodztwo. Niemniej prawo traktuje go identycznie co każdy inny seks brata z siostrą.
Gdyby jednak
LordKaftan miał rację, że dojść do kazirodztwa może tylko w rodzinach patologicznych i z zaburzeniami psychologicznymi, to byłby to z punktu widzenia społeczeństwa argument
za kazirodztwem. Z seksu kazirodczego nie tylko ma szansę się urodzić bardziej chore dziecko - dość istotny jest fakt, że jest dużo mniejsza szansa w ogóle na urodzenie się dziecka, niż z innego związku. Choćby dlatego, że powyżej pewnego stopnia schorzenia genetycznego czy innych komplikacji natura najczęściej nie pozwala płodowi nawet na dożycie kwartału. Ponieważ patologiczne rodziny mają równie często problem z powstrzymaniem chuci seksualnej, a także ze stosowaniem antykoncepcji, kazirodztwo jest metodą na to, żeby w takich rodzinach rodziło się mniej dzieci - a chyba
zmniejszenie dzietności rodzin patologicznych jest korzystne?!
Cytat z wikipedii jest znakomity. Pokazuje przy okazji, że zakaz kazirodztwa jest
nienaturalny. Być może nie wszyscy z Państwa wiedzą, że ze stosunków kazirodczych zwierzęta nic sobie nie robią. Dla nieco zaznajomionych z teorią grafów mogę dodać, że na przeciętnym podwórku z kotami drzewo genealogiczne dowolnego kota na cztery pokolenia wstecz ma prawie zerową szansę być grafem planarnym, a kot, którego ojciec i dziadek są jego braćmi przyrodnimi, to żadna rzadkość. I wcale mnie te ludzkie normy kulturowe nie dziwią, a nawet jestem skłonny się z nimi zgodzić.
To, z czym się nie zgadzam, to uznawanie norm czysto kulturowych za podstawę aktów prawnych. Jestem przede wszystkim wolnościowcem. Jeśli dwaj dorośli mężczyźni chcą uprawiać seks ze sobą, a przy tym nie czynią nikomu żadnej krzywdy, to może mi się to nie podobać, ale nie widzę powodu, żeby im tego zabraniać.
Również wtedy, gdy są braćmi!
Moja Żona zwróciła mi uwagę, że impotent to człowiek niezdolny do uprawiania seksu, a nie do rozmnażania się, wbrew temu, co napisałem w notce o kazirodztwie. Ma oczywiście rację, a ja popełniłem gruby błąd, za który przepraszam. Nie zmienia on jednak całego toku rozumowania, które powstaje po zastąpieniu impotenta człowiekiem bezpłodnym.
Ale_Xandra napisała: "
Nie nazwałabym tego myślenia "socjalistycznym". Tak samo przecież argumentują się dzieci, które próbują wymusić coś na rodzicach. "XXX może wracać o 24 a ja muszę o 22 być w łóżku!" itp. I dziecka nie interesuje np, że XXX lepiej się uczy, odrabia prace domowe czy może ma rodziców alkoholików XXX się nie interesujących.". Dzieci rzeczywiście argumentują na zasadzie, że wszystkie powinny mieć takie same prawa, niezależnie od obowiązków, zdolności, włożonej pracy, czy szczęścia w życiu.
Dokładnie tak samo argumentują socjaliści! Co przy okazji pokazuje, że socjaliści to po prostu duże dzieci - za co serdecznie Bojowniczce dziękuję.
Uwaga. Termin "duże dziecko" jest opisowy -
w żadnym razie pejoratywny. W jednych sytuacjach ta cecha jest wadą, w innych zaletą. Duże dzieci mogą na przykład nadawać się znakomicie do stanowienia praw dla innych dużych dzieci i dla małych dzieci, a także do rządzenia nimi. Nie nadają się natomiast do stanowienia praw dla dorosłych.
Przy okazji mam nadzieję, że nazwanie hipotetycznego dziecka "XXX" nie było celowym sabotażem mającym za zadanie zasugerować jakimś "Beniaminom", że mój blog zawiera treści nieodpowiednie dla uczniów ;-)
"
A jeśli czujesz się krzywdzony przez szefa, to i zapał do pracy spada." to kolejne zdanie tej samej Bojowniczki. Oczywiście jest ono prawdziwe. Natomiast zupełnie inną sprawą jest, czy spadek mojego zapału jest wynikiem socjalistycznego myślenia (należy mi się tyle, co mojemu współpracownikowi), czy kapitalistycznego (należy mi się tyle, na ile umówiłem się z szefem, tylko, cholera, byłem frajerem, bo współpracownik dostaje za taką samą pracę więcej).
W tej samej notce
Nathell odwołuje się do mojej empatii: "
A teraz wyobraż sobie, że przeczytałeś dokładnie takiego samego posta napisanego przez Twojego współpracownika -- takiego samego modulo zastąpienie wszystkich wystąpień "gry w szachy" podśpiewywaniem Jożina z Bażin. I powiedz szczerze, czy w pełni podzielasz jego punkt widzenia." W pełni nie mogę podzielać tego punktu widzenia, ponieważ podśpiewywanie Jożina z Bażin
słyszę, nawet jeśli nie mam zamiaru odrywać się od pracy. Byłbym więc ciekawy, czy ma to w obowiązkach, ale jedynie dlatego, że odpowiedź twierdząca oznacza, iż wykonywanie przez niego jego obowiązków utrudnia mi wykonywanie moich. Natomiast gdy nie jest to podśpiewywanie Jożina z Bażin, tylko np. czytanie, to tak! I nie muszę gdybać, bo mój kolega z pracy naprawdę miewa przestoje i wówczas czyta. Mogę być zazdrosny, że on może więcej, ale szef może jeszcze więcej, i prawdopodobnie zarabia jeszcze lepiej! Godzę się z tym, bo
jest to elementarz kapitalizmu! Być może dochodzę do wniosku, że warto pójść do szefa i poprosić o podwyżkę, natomiast zachowanie współpracownika może być dla mnie
podpowiedzią, że szefa być może na to stać. Ale nigdy argumentem, dlaczego podwyżka mi się należy! A
tym bardziej argumentem, dla którego mam pracować gorzej, niż się umówiłem, za płacę, na którą się umówiłem!
Richiter prosi: "
a ja proszę o jedno - definicja słów "socjalizm", "socjalistyczny' etc. bo czytając Twoje i kilku innych bojowników przemyślenia dochodzę do wniosku, że to nic innego jak wszystko co najgorsze" Rzeczywiście, uważam, że socjalizm to zło, przy czym jest to cecha, a nie definicja. Definiować go można rozmaicie. Proponuję na przykład tak:
Socjalizm jest to ideologia zakładająca, że pewne ilości pewnych dóbr (towarów, usług) należą się każdemu człowiekowi za sam fakt istnienia, nawet jeśli celem zapewnienia mu ich należy ich pozbawić innego człowieka, który zdobył je własnym sumptem w legalny sposób. Takimi dobrami może być na przykład dach nad głową, wyżywienie w zakresie biologicznego przetrwania, czy dostęp do służby zdrowotnej. Mami się przy tym ludzi stwierdzeniami, że np. służba zdrowia jest bezpłatna. Tymczasem, ponieważ nie jest samowystarczalna, ktoś
musi na nią łożyć. Najczęściej jest tak, że pod przymusem łożą na nią ci, których stać, żeby zapewnić tym, których nie stać, dostęp do niej bez konieczności łożenia.
Jest to o tyle ciekawe, że socjalista dosyć często utożsamia również sprawiedliwość z równością. Domaga się równej płacy za jednakową pracę. To implikuje liniowość. Bo skoro A wykonał pracę X i dostał za to Y, to jeśli B wykonał pracę X, to powinien dostać Y, i jeśli C wykonał pracę X, to powinien dostać Y. Tak? A teraz
bardzo ważne: rozumowanie nie ulega zmianie, gdy A i C to ta sama osoba, tylko dwie różne instancje wykonania pracy X. I na to socjalista często jest się w stanie zgodzić (chyba, że skrajny: taki mógłby mi
zakazywać wykonywania dwa razy większej pracy). Natomiast żaden nie zgodzi się na oczywistą konsekwencję tego faktu: taką mianowicie, że
za zerową pracę należy się zerowa płaca. I nie ma tu nic do rzeczy, ani dlaczego praca nie była wykonana, ani jak drastyczne mogą być konsekwencje zerowej płacy. Ta niezgoda na równość zer stanowi wewnętrzną sprzeczność, której się o tyle boję, że z takiego czegoś da się już wyprowadzić i udowodnić
dowolne wnioski.
Główną wadą takiego podejścia nie jest oczywiście to, że wszyscy ludzie mają co jeść, tylko to, że jeśli ktoś jest w stanie zarobić maksymalnie tyle, ile potrzebuje do przeżycia, to
z tym samym efektem może nie pracować - a to w efekcie promuje sytuację, w której łączna sumaryczna praca jest mniejsza. Przy okazji: na to, że ktoś jest niezaradny życiowo, nie ma się wpływu. Niestety, socjalizm w polskim wydaniu promuje
udawanie niezaradności.
Wadą socjalizmu jest też to, że wymusza albo zamordyzm, albo socjalizm wszędzie. Wyobraźmy sobie, że powstaje nowy kraj, w którym panuje pełen kapitalizm. I wyobraźmy sobie, że ludzie zaczynają liczyć - beneficjenci systemu socjalistycznego rzecz jasna zostają, bo im z kapitalizmem nie po drodze, ale
płatnicy wyjeżdżają pracować w kapitalizmie. Zostało mnóstwo ludzi, którym może i "się należy" więcej dóbr, niż produkują, tylko
skąd je wziąć? A może ktoś uważa, że jeśli płatnik systemu socjalistycznego wyjeżdża do kraju kapitalistycznego właśnie dlatego, że w socjalizmie jest płatnikiem, to
okrada beneficjenta socjalizmu? Jeśli tak, to mamy ów zamordyzm - czyli zakaz używania zagranicznego kapitalizmu.
"
Jeszcze jedno - Twój szef dąży do maksymalizacji zysków, a Twoje zachowanie może powodować ich obniżenie (obniżone morale to mniejsze zyski). Ja tu widzę w pełni kapitalistyczne myślenie." - pisze dalej
Richiter. Moim zdaniem trzeba rozróżnić dwie rzeczy. Pierwsza to
oczekiwany efekt końcowy. Są nim większe zyski i oczywiście jest to podejście kapitalisty. Druga to
metoda. Wygląda mi ona na socjalistyczną, ponieważ polega na pozbawianiu jednego człowieka czegoś
tylko dlatego, że drugi chwilowo tego czegoś nie ma (czyli możliwości skorzystania z przestoju). Dla odmiany: metoda
kapitalistyczna mogłaby polegać na uzależnianiu wypłaty każdego pracownika od jego pracy i wydajności, a
bez uwzględnienia przyczyn tej wydajności (wyjąwszy przypadki, kiedy jeden pracownik ewidentnie drugiemu przeszkadza, w sposób mechaniczny uniemożliwiając wykonywanie zadań, np. hałasuje, "wali po oczach", albo odłącza monitory).
Dał mi do myślenia
AdlerPL pisząc: "
Wg mnie twój szef nie ma racji. Załóżmy taki przypadek. Każdy z was wykonuje tyle samo pracy za te same pieniądze. Jeżeli swój przydział wyrobisz prędzej od innych to czemu masz gapić się w pusty monitor i czekać, aż dostaniesz jakieś nowe zadanie? Jeżeli współpracownik skończył by pracę przede mną, to nie uważam tego za demoralizujące, chyba nawet wprost przeciwnie. Zmobilizowało by mnie: jeżeli ja skończę szybciej, to też będę miał chwilę wolnego:>" (zachowano ortografię oryginału). To rozumowanie może być słuszne, a może nie być, w zależności od charakteru pracy. Rzeczywiście nie napisałem tego, ale moja praca częściej sprowadza się do tego, że jedno zadanie wykonuję przez kilka dni, a nie przez kilka godzin. Załóżmy, że efektywną pracą jestem w stanie zaoszczędzić 1/8 czasu. Jeśli mam małe zadanie, na jeden dzień, to czynnik mobilizujący pozostaje: gdy zamiast 8 godzin zrobię zadanie w 7, zostanie mi godzina wolna. Mało prawdopodobne, że akurat ją mi szef czymś zajmie, chyba że klient zażąda czegoś niewielkiego. Statystyczne zadanie wykonuję jednak bliżej 8 dni roboczych - i zaoszczędzenie jednego spowodowałoby prawdopodobnie znalezienie mi zajęcia na cały zaoszczędzony dzień (choć być może będzie to stanowić argument, gdy będę rozmawiał o podwyżce). Tu spieszę dodać, że akurat moje szefostwo potrafi docenić wydajność za pomocą luźniejszego dnia czy pozwolenia na wyjście godzinę przed czasem - bez przesady naturalnie.
Pytanie Bojownika "
Jeżeli swój przydział wyrobisz prędzej od innych to czemu masz gapić się w pusty monitor i czekać, aż dostaniesz jakieś nowe zadanie?" jest naturalnie zasadne, niemniej odpowiedź "bo szef tak powiedział" uznałbym za wystarczającą.
zajac wrócił jeszcze do bojkotu konsumenckiego salonów "EMPIK"-u.
"
Ot, policzyli, wyszło, że lepiej będzie. Chwacit." - pisze Bojownik.
Ależ tak! I sam już o tym pisałem! I to, co próbuję zrobić i do czego namawiam, to doprowadzenie, aby okazało się
post factum, że
źle policzyli! Na mnie stracą swoją decyzją i mam nadzieję, że nie tylko na mnie!
A teraz wszyscy Państwo, z ręką na sercu: Kto z Państwa zgadza się z przytoczoną powyżej argumentacją i w związku z tym uważa, że szefostwo TESCO postąpiło słusznie odmawiając pracownikom podwyżek, bo "policzyli, wyszło, że lepiej będzie"?
"
Ze wszystkich salonów i kiosków pornosy znikną dopiero, gdy nie będzie popytu." - twierdzi również
zajac. A ja mam następujące pytanie: jeśli na przykładzie "EMPIK"-u i paru innych salonów się okaże, że co prawda popyt na świerszczyki jest, i to duży, ale
i tak każdy salon zwiększa zyski po ich wycofaniu, to czy zdaniem
zajaca świerszczyki w salonach zostaną, czy nie?
A jeśli kogoś krępuje kupowanie takich pism, natomiast koniecznie chce je mieć, to rozsądny człowiek powinien to zrobić właśnie w kiosku czy w salonie za gotówkę, a nie przez Internet, gdzie stopień anonimowości nabywcy jest znacznie mniejszy. Co rzeczywiście jest argumentem za nieopłacalnością ekonomiczną kiosków - ale
tylko dlatego, że rozsądnych ludzi jest mało.
Smacznego jajka!
Ale nie musiałeś pisać "zachowano ortografię oryginału". Wiem że czasem u mnie ze stylistyką żle i nie raztrudno zrozumieć moje myśli i póżniej muszę dziesiątki razy poprawiać co napisałem(chociaż może przesadzam w tym momencie, bo czytam swój fragment i nie mogę wykryć błędu. A może go nie ma i automatycznie założyłem, że gdzieś musi być?:D).
Spodobało mi się przyrównanie socjalistów do dużych dzieci:D
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą