Jak bumerang wraca sprawa bojkotu "EMPIK"-u. Odpowiadam jeszcze dzisiaj i
na tym kończę ten temat, przynajmniej jeśli chodzi o skrzynki kontaktowe. Jeśli nadal będą wątpliwości, napiszę osobną notkę - ale po otrzymaniu sensownej liczby pytań (co najmniej 5 od co najmniej 3 osób) na maila, Cześka lub na blogu -
koniecznie pod dzisiejszą notką!
Odnośnie sukcesywnego wycofywania świerszczyków z kiosków mimo istniejącego popytu
zajac twierdzi: "
Ostatni który by się z tego wycofał, przy rzeczywiście dużym popycie odrzucił by pozycję monopolisty. A takich głupich nie ma." Takich głupich
przedsiębiorców rzeczywiście nie ma - są za to takie głupie
ustawy antymonopolowe. W naszym kraju szybko ktoś by stwierdził, że należy zlikwidować stan monopolu, a nie sądzę, żeby otwierano państwowe sieci dystrybucji świerszczyków.
"
jestem pewien, że istnieje popyt na obornik. Jednak Empik nie prowadzi jego dystrybucji w swoich salonach mimo, że ten popyt jest i to nie mały. Zgadnij dlaczego?" - pyta również Bojownik. Zgaduję, że bardzo dobrym powodem jest fakt, iż
nigdy tego nie robił. Jeszcze lepszy zaś powód jest taki, że żadnemu zdrowo myślącemu człowiekowi, który chce kupić obornik, nie przychodzi do głowy szukać go w salonie z prasą.
"
Powiedz mi jednym zdaniem: dlaczego salon prasowy/księgarnia niedystrybuujący pornósów zasługuje na bojkot (to jest czy brak pornografii jest warunkiem wystarczającym do zbojkotowania)? Lwia część tego nie robi. Traffic też kopnął pornosy w tyłek, tylko bez szumu. Świetna księgarnia Tarabuk nigdy ich nie miała, bo ma inny target. Fronda z powodów pryncypialnych takoż." - prosi również
zajac. Ignorując warunek o jednym zdaniu: Traffic sprzedaje świerszczyki. W Tarabuku ani we Frondzie się nie zaopatruję - jak na razie wszystko pasuje do tezy, że brak pornografii jest warunkiem wystarczającym.
Głównie chodzi jednak o ten szum. Wycofanie świerszczyków z "EMPIK"-u odbywa się z takim hukiem, że na pewno sporo osób (choćby dziennikarzy) zainteresuje się efektem. I na pewno ci, których szefostwo będzie (ideologicznie bądź ekonomicznie) zadowolone z tegoż efektu, dopilnują rozgłosu. Nie słyszałem w dziennikach o wpływie braku pornosów na obroty Frondy, a jestem przekonany, że
usłyszę w dziennikach o wpływie braku pornosów na obroty "EMPIK"-u. A ponieważ usłyszą to również konkurenci, chciałbym się dowiedzieć o negatywnych z punktu widzenia "EMPIK"-u efektach.
AdlerPL pisze: "
Ale nie musiałeś pisać "zachowano ortografię oryginału". Wiem że czasem u mnie ze stylistyką żle i nie raztrudno zrozumieć moje myśli i póżniej muszę dziesiątki razy poprawiać co napisałem(chociaż może przesadzam w tym momencie, bo czytam swój fragment i nie mogę wykryć błędu. A może go nie ma i automatycznie założyłem, że gdzieś musi być?" Mogę nie zaznaczać, że zachowano ortografię, będę musiał wówczas napisać, że zmieniono, jeśli to zrobię :)
Na poważnie: piszę tak wówczas, gdy albo natknę się na jakieś literówki, których nie chce mi się poprawiać (bo musiałbym gwoli konsekwencji znaleźć wszystkie), albo na coś, co uważam za błąd ortograficzny, ale pewien nie jestem. W komentarzu
Adlera
PL takimi momentami było dwukrotne napisanie "by" osobno - nie jestem tego pewien w konkretnym przypadku, ja napisałbym (nie: "napisał bym") inaczej. Stąd dopiski.
Dość obszernych komentarzy doczekała się notka o zadaniach domowych.
salival pisze: "
Byłbym raczej za wprowadzeniem czegoś takiego jak sesja również w szkołach, czyli po prostu czas wszelkich egzaminów i "mobilizacji". Natomiast nie mogę się ot tak zgodzić z bezpośrednim związkiem relacji uczeń-nauczyciel z pracownik-pracodawca." - a dalej podaje przykłady z życia zawodowego, które nie mają przełożenia na szkołę. Sesji w szkołach jestem przeciwny. Bezpośredniego związku rzeczywiście nie ma - zresztą gdyby był, musiałby iść w odwrotną stronę, bo to nauczyciel ma pracę dzięki uczniowi, a nie odwrotnie. Natomiast moim zdaniem szkoła powinna uczyć umiejętności przydatnych w życiu dorosłym, w tym całego pakietu umiejętności interpersonalnych przydatnych w pracy. Weźmy taką asertywność, która pracownikowi często by się przydała wobec szefa, a okazać ją potrafi tylko wobec kogoś równego mu w hierarchii. Historia z mojego liceum.
Na jednej z godzin wychowawczych mieliśmy poznać takie pojęcia, jak asertywność i pochodne. Najpierw wychowawczyni puściła więc film obrazowo pokazujący, jak wygląda asertywność, i definiujący pojęcie. Następnie poprosiła o opisanie tego własnymi słowami. Padło na mnie. "Nie chce mi się tego tłumaczyć" - brzmiała moja odpowiedź, niewątpliwie świadcząca o poprawnym przyswojeniu sobie wiedzy z filmu. Krótka, treściwa, własnymi słowami. I, jak się okazało, również obrazowa - bo efektem była Obraza (przez duże "O") majestatu (przez małe "m"). No, to skoro tłumaczy się, że asertywność jest cacy, ale nie wobec ludzi stojących wyżej w hierarchii - to wychowujemy potulne baranki, a nie asertywnych pracowników. Potrafią co najwyżej postawić się współpracownikowi, który nie stoi ponad nimi - i to wszystko, co zresztą i tak jest korzystne, ale to dopiero jeden mały kroczek.
Tu muszę oddać mojej wychowawczyni sprawiedliwość: to nie było typowe dla niej zachowanie; zwykle nie dawała do zrozumienia, że władza nauczyciela nad uczniem jest niemal absolutna. Niestety, w tej kwestii była w gronie pedagogicznym raczej wyjątkiem.
margot bardziej skupia się na szkole, choć i o pracę zahacza: "
Prawda jest taka, że niektórzy mają słabszą percepcję i pracują wolniej, co jest zauważalne szczególnie w pracy umysłowej, i potrzebują więcej czasu, czasami skupienia w domowych warunkach, żeby doprowadzić do końca pewne sprawy. Nie mam więc żalu do moich nauczycieli o żadne zadania domowe, bo tłumaczeń na lekcji prawie nigdy nie mogłam pojąć od razu, a właśnie zadanie domowe, chwila skupienia w bardziej przyjaznym środowisku, dłuższa niż 10 minut lekcji, tak naprawdę pomagała mi w nauce. Podobnie z pracą: wolę posiedzieć godzinę dłużej w biurze, ale nie zapieprzać cały dzień jak motorek, ale co jakiś czas włączyć na 5 minut joemonstera albo zamyślić się nad kubkiem kawy. Tempo pracy i nauki to kwestia bardzo indywidualna."
Jest to
bardzo dobrze napisane! I nie miałbym nic przeciwko temu, żeby w ten sposób tłumaczono wszelkie analogie, pod jednym wszakże warunkiem: że działałyby
w obie strony! Niech uczeń, który pojmie lekcję i zrobi zadania w 15 minut może przez pozostałe 30 minut nie uczestniczyć w lekcji i nie mieć pracy domowej, to przestanę się czepiać! Tu z kolei muszę wspomnieć, że zawsze ceniłem swojego nauczyciela od matematyki z liceum, który zadawał sporo zadań domowych, natomiast
nigdy nie postawił złej oceny uczniowi, który zadań nie miał rozwiązanych w zeszycie, ale potrafił je rozwiązać samodzielnie przy tablicy. Rozwiązanie zadania w zeszycie było tylko rodzajem "ubezpieczenia" - jeśli uczeń nie umiał poradzić sobie przy tablicy, to zeszyt bywał okolicznością łagodzącą, a czasem pomocą, do której uczeń mógł zajrzeć, żeby przypomnieć sobie jakiś nieoczywisty krok.
Poza tym w przykładach
salivala oraz
margot widać wyraźnie, że w życiu dorosłym są dwa tryby pracy - i postaram się znaleźć analogię do trybu nauki.
Pierwszy to godzinowy: pracownik ma pracować na maksimum obrotów przez ustalone 8 godzin dziennie. Jeśli szef uzna, że pracownik w ciągu tych 8 godzin zrobi za mało, to powinien go wylać i zatrudnić wydajniejszego pracownika, przy czym
nie powinno go obchodzić, czy pracownik przebimbał pół dnia, czy po prostu szybciej pracować nie umie.
Nie ma natomiast prawa zmuszać pracownika do nadrabiania zaległości po godzinach, choć może próbować
obopólnej zgody. Nauczyciel oczywiście nie może wyrzucić ucznia za złe wyniki, ale może obniżyć mu "pensję" - czyli ocenę. Może też zasugerować, co uczeń powinien robić w domu, żeby ocena była wyższa. Ale
nie może a priori zakładać, że żaden uczeń nie wyrobi się w czasie, a tym bardziej, że niewyrobienie się będzie tak samo duże - i zadać wszystkim takie same zadania, niezależne od efektów pracy na lekcji.
Drugi to zadaniowy: szef nakazuje wykonanie jakiejś roboty, a nauczyciel - zadania. I wyznacza deadline. Dopóki nie upłynie, może kontrolować postępy, ale wyłącznie celem oszacowania ryzyka nieskończenia pracy w terminie. Nie może natomiast zmuszać pracownika (ucznia) do stawiania się w pracy (szkole) w określonych godzinach. Nie może ingerować w to, w jakich godzinach pracownik (uczeń) wykonuje zadanie, ile mu ono zajmuje. Jeśli pracownik jest zadowolony z zaproponowanego (
z góry!) wynagrodzenia za zadanie i wykona je ekstremalnie szybko, wypłaty
nie wolno uzależniać od zrobienia innych zadań. I najważniejsze:
szefa powinien obchodzić wyłącznie efekt, a nie metody jego uzyskania, w tym np. samodzielność. Co prawda w umowach są zapisy, że wykonawca nie może powierzyć wykonania dzieła innej osobie - ale tylko po to, żeby po spartoleniu roboty i ściganiu wykonawcy po sądach ten nie miał podkładki dla przedłużania sprawy w postaci ścigania podwykonawców.
Oczywiście i szkoła, i praca, składają się najczęściej z mieszanki tych trybów. Natomiast chodzi mi o coś innego: gdy oficjalny, umowny jest tryb
godzinowy, to zajęcie czasu poza tymi godzinami pracą do wykonania w trybie
zadaniowym powinno
każdorazowo wymagać zgodnego stanowiska
obu stron.
W odpowiedzi na moją notkę o sporcie
ryan_r zauważył, że właśnie dlatego, żeby nie podpadać pod państwowe przepisy karne, mistrzowie sztuk walki zamykają się w klasztorach. Bardzo ciekawa teoria, nigdy o tym nie myślałem. Muszę przyznać, że spodobał mi się ten pomysł.
"
Na ringu każdy zna zasady;
"Nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania"" - dopisał jeszcze
ryan_r
Wszystko się zgadza, tyle tylko, że podczas nieoficjalnych walk dosyć często wszyscy uczestnicy też znają zasady. Poza aparatem państwowym naturalnie. Ale w porządku: jeśli jedynym sposobem na zalegalizowanie nieoficjalnych walk ma być spisywanie umów zawierających szczegółowe zasady przed walką, to jestem gotów na to przystać - naturalnie jedynie przez sensowny okres przejściowy.
"
Nie przesadzaj z ta nagloscia. Prawda jest taka ze te zarowki co to oni wylacza to jest totalny pryszcz w ogolnym zuzyciu. Poniewaz akcja jest naglasniana to dystrybutorzy pradu juz sie do niej przygotowali i nikomu nic sie nie stanie" - napisał
jakubfk o dzisiejszym wyłączaniu żarówek na godzinę. Zapewne przesadzam - jednak głupoty tego typu mają tendencję do rozrastania się. Brak sprzeciwu na 10 lat może doprowadzić do tego, że będę
zmuszony wyłączyć tę żarówkę - bo zasięg akcji będzie tak szeroki, że dystrybutorzy w ogóle nie puszczą prądu w druty. Poza tym: jeśli akcja rzeczywiście jest "totalnym pryszczem", a ekologowie są półgłówkami, a nie ćwierćgłówkami, to
na pewno będą zaostrzać akcje - przecież wyciśnięcie pryszcza nie uratuje ani człowieka, ani natury.
Bardzo dziękuję wszystkim za opinie o blogu. Najbardziej spodobała mi się propozycja, abym na blogu prowadził przegląd prasy internetowej (autorem propozycji jest
ryan_r). Raczej tego nie zrobię, natomiast sama jakość pomysłu wymaga przynajmniej wytłumaczenia, dlaczego.
Przede wszystkim w domu mam powolne łącze, a w pracy ze zrozumiałych względów nie mogę robić przeglądu prasy internetowej. Moje czytanie takiej prasy ogranicza się do trzech tytułów. W kolejności alfabetycznej są to "Gazeta Wyborcza", "Najwyższy Czas" oraz "Nie". Te trzy tytuły wystarczają z reguły, żeby na każdą ważniejszą sprawę poznać diametralnie różne punkty widzenia, w dodatku wydania internetowe tych gazet są dostępne za darmo (niekiedy przez ograniczony czas), a same strony są stosunkowo mało przeładowane reklamami. Można więc w miarę szybko przegląd tej prasy robić. Zajrzałem na stronę "Przekroju" podaną przez Bojownika. Rzeczywiście, spełnia ona również powyższe założenia. Problem polega na tym, że powyżej pewnej ilości tytułów nawet przy braku reklam i łatwej dostępności artykułów czas konieczny do przejrzenia wydań diametralnie się wydłuża. Poza tym wolę prasę papierową od internetowej, zaś w internecie cenię sobie ten typ prasy, który nie ma i mieć raczej nie może papierowych odpowiedników - na przykład blogi polityczne.
Muszę powiedzieć jedną rzecz: na bloga poświęcam średnio od pół godziny do godziny dziennie. Rzetelny przegląd prasy wymagałby dodatkowych dwóch godzin, i to nie średnio, a codziennie - żeby nie dopuścić do dezaktualizacji, zaś nierzetelnego nie rozważam, bo przyniósłby więcej szkody niż pożytku. Nie mam w sobie tyle "pary intelektualnej", którą jednak przede wszystkim muszę kierować w swoją pracę zawodową. Gdybym był zawodowym blogerem i żył z tego, mógłbym sobie pozwolić na pełen przegląd prasy codziennej, cotygodniowej i comiesięcznej - być może nawet branżowej.
Zwracam uwagę, że czasami odwołuję się bezpośrednio do artykułów czy materiałów na stronach zewnętrznych, które można traktować jak prasę. Zawsze jest to jednak poruszenie konkretnego tematu, a nie przegląd prasy.
Sam pomysł mi się jednak podoba i jestem gotów udostępnić łamy swojego bloga dla jego realizacji, ale pod warunkiem, że sporą część pracy wykonają Państwo za mnie. Jeśli np.
ryan_r będzie mi podsyłał linki (wraz z krótkimi opisami) do ciekawych artykułów z "Przekroju",
zajac - z "Najwyższego Czasu", itp. - to ja mogę te artykuły czytać i w zależności od ilości artykułów "przypinać" mini-przegląd prasy do notki w jakimś dniu lub tworzyć nową notkę - nawet drugą tego samego dnia. Zresztą mogą Państwo po prostu wstawiać linki z opisami w komentarzach. Jeśli ktoś nie zauważył, to jak dotąd nie cenzuruję
żadnych komentarzy i nie zamierzam tego robić. Nie oznacza to, że nigdy tego nie zrobię - to nie jest przyzwolenie na nadużycia. Nie jestem jednak pewien, czy mój blog faktycznie byłby najlepszym miejscem do tego typu. W końcu sam z siebie z podanych powyżej powodów nie pełniłbym roli wyszukiwacza, a jedynie moderatora (lub cenzora, jak kto woli). Osobiście na miejscu
ryana
_r spróbowałbym tym zainteresować Czytelników bloga Bojownika, a może nawet dawać codzienne posty na Hyde Parku, a w blogu jedynie je podlinkowywać.
To prawda, że tempo lekcji szkolnej i jej długość jest dla niektórych niewygodna. Część uczniów załapie w 15 minut i będzie się nudzić, część po 10 minutach przestanie rozumieć cokolwiek, machnie ręką i też będzie się nudzić, a część wykorzysta ten czas w 100% na robienie zadań i myślenie - bo tak naprawdę lekcje są tak prowadzone, żeby uczniowie mieli trochę czasu na skupienie (tyle, że niektórzy nie potrafią się wyłączyć). Niestety, nie możemy dostosować trybu lekcji do każdego ucznia, w dobie tak masowego szkolnictwa to po prostu niemożliwe. Faktem jest, że dzieciaki dostają za dużo prac domowych - głównie dlatego, że nauczyciel nie wyrobił się z lekcją i uczeń musi dopowiedzieć sobie resztę. Oczywiście takie coś jest karygodne.
Muszę dodać, że wszelkie powyższe obserwacje i przemyślenia pochodzą nie tylko z moich osobistych doświadczeń szkolnych, ale też z wieloletniej pracy w charakterze korepetytora, więc mam oko na rozwój szkolnictwa w tym zakresie (a raczej jego brak) i potrzeby uczniów.
zdecydowanie moj ulubiony cykl w Twoim blogu.
wspolczuje klawiaturze :P
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą