W "Polityce" nr 13(2647) z 29 marca 2008 tematem tygodnia jest misja telewizji publicznej. Tematu dotknął Jacek Żakowski. Ponieważ sam nie uważam telewizji publicznej za potrzebną, a Jacka Żakowskiego cenię za warsztat, tym chętniej i z większym zaciekawieniem przeczytałem artykuł pt. "Mission possible?".
Jacek Żakowski ma na temat potrzeby istnienia telewizji publicznej zdanie odmienne od mojego, co naturalnie mnie nie dziwi. Bardziej natomiast zastanawiają powody, dla których chce on bronić nie tylko jej, ale również jej misyjnego charakteru. Przytoczę jeden akapit z artykułu:
"
Można, oczywiście, powiedzieć, że każdy ma takie media, na jakie sobie zasłużył. Radio Maryja na przykład ma Jerzego Roberta Nowaka i ojca Rydzyka, bo słuchaczom RM ten intelektualny model przeżywania świata najbardziej odpowiada. O to nie można mieć do ludzi żalu. Ale trudno nie stawiać pytania, czy ludzie mający głowy umeblowane przez taką ambonę są w stanie podejmować sensowne decyzje. Warto też jednak postawić pytanie, czy sensowne decyzje polityczne są w stanie podejmować ludzie, których głowy mebluje błyskawicznie rozszerzający się przeciwny biegun medialnego spektrum. Inaczej mówiąc, czy ludzie, którzy z programów informacyjnych typowej stacji komercyjnej dowiadują się, że w Indiach wykoleił się pociąg, w Zabrzu matka porzuciła dziecko, w wiosce na Kurpiach mały Jaś znalazł ogromnego grzyba, a marszałek Sejmu stwierdził, że wicemarszałek to kretyn (lub na odwrót), jako zbiorowość wiedzą o świecie to, co powinni wiedzieć, by być obywatelami sensownej demokracji?"
Dalej następują wnioski, że media kształtują postawę obywateli, nie tylko rozrywkową, ale także kulturalną i polityczną. Dlatego też zdaniem Autora należy pozostawić media publiczne, a wypowiadać się w nich powinny elity - bo co prawda na wolnym rynku media te są bez szans, jednak jest potrzeba, żeby to elity intelektualne kształtowały myślenie mas. W przeciwnym wypadku może dojść do tego, że masy zagłosują zgodnie z tym, jaką mączką karmione są przez komerchę, a przeciwnie do tego, czym karmią elity intelektualne - a to byłaby katastrofa.
Szczerze powiedziawszy mam Jacka Żakowskiego za rzetelnego i wnikliwego dziennikarza (zgadzanie się z nim to osobna kwestia). Tymczasem w artykule brakuje mi paru obserwacji, które dla mnie są oczywiste, a które zaraz przedstawię. Jedną z możliwości jest naturalnie to, że mogą być błędne - jeśli tak, bardzo proszę Komentatorów o wskazanie mi tego. Drugą możliwością jest fakt, że Autor artykułu je przeoczył, co nie najlepiej świadczy o rzetelności i wnikliwości. Trzecią zaś - że celowo przemilczał, a to wystawiałoby już bardzo złe świadectwo.
Pierwsza obserwacja jest taka, że telewizje publiczne "misyjne" rzeczywiście przegrałyby walkę wolnorynkową na równych prawach z komercyjnymi. Wcale jednak nie przegrałyby dlatego, że w odróżnieniu od komercyjnych nie podają wiadomości, z których dowiadujemy się, jak marszałek Sejmu nazwał wicemarszałka - bo to robią. Nie przegrałyby też w wyniku jakiegoś spisku, ani dlatego, że oferowałyby gorszy jakościowo program. Przegrałyby dlatego, że program, który serwują (a właściwie: który powinny serwować, jeśli mają mieć jakąś "misję", bo to, co robią, ma się do niej nijak) jest trudniejszy w odbiorze niż np. długie nogi Dody. Co przełożyłoby się na mniejszą oglądalność.
Od samego dotowania programów o wysokim poziomie intelektualnym odbiorców telewizji publicznej nie przybędzie - a to za ilością
odbiorców, a nie za ilością
pieniędzy pójdzie ilość głosów, które wynikają z myślenia uformowanego przynajmniej w jakiejś części przez elity.
Istnieje oczywiście możliwość, że telewizja publiczna, gdyby przestała być publiczna, nie przegrałaby walki wolnorynkowej. Osobiście w nią nie wierzę, natomiast gdyby tak się stało, tym lepiej: wówczas nie ma już żadnego powodu, żeby ją dotować.
Autor stawia również tezę, że głos ludu niezgodny z głosem elit jest katastrofą. Bardzo możliwe, że jest to słuszne spostrzeżenie, natomiast w takim wypadku dużo prostszym i tańszym rozwiązaniem jest po prostu odebranie głosu ludowi, a pozostawienie go jedynie elitom, i zamiana demokracji w merytokrację. To jest znacznie pewniejszy gwarant wyniku głosowania zgodnego z głosem elit! Oczywiście nie trzeba od razu wówczas likwidować elitarnej telewizji. Być może ludzie będą chcieli ją oglądać, choćby po to, żeby do elit z prawem głosu dołączyć.
Natomiast trzeba się na coś zdecydować. Jeśli głos ludu niezgodny z głosem elit byłby tragedią dla państwa, to rolą państwa jest tej tragedii zapobiec, a nie jedynie wprowadzać półśrodki ograniczające takie niebezpieczeństwo. Jeśli zaś nie jest aż taką tragedią, to nie widzę celu w tak uporczywym dążeniu do tego, żeby jednak był zgodny.
Media publiczne i prywatne zresztą bardzo często mówią o sobie nawzajem. Mnie osobiście nie odpowiada intelektualny model przeżywania i postrzegania świata taki, jak model przedstawionego przez Autora słuchacza Radia Maryja. Nie zmienia to faktu, że oglądając wiadomości wyłącznie w telewizji publicznej i tak dowiem się, co powiedzieli panowie Nowak i Rydzyk. To co za różnica,
skąd się tego dowiem? TVP1, TVP2, TVN i Polsat podają w większości te same informacje, tylko w trochę różny sposób. Pierwszego kwietnia można się przekonać, że znalezienie fałszywej wiadomości jest banalnie proste nawet dla kogoś, kto w ogóle nie orientuje się w świecie współczesnym - wystarczy obejrzeć serwisy informacyjne czterech dużych stacji i znaleźć informacje podane przez co najwyżej dwie z nich - trafność będzie oscylować w granicach co najmniej 80%. Dopiero w tym roku to zaobserwowałem, ale proszę sprawdzić za rok!
W tym momencie należałoby zaprzestać dotowania TVP przynajmniej do czasu, aż różnice w treści, a nie tylko w formie przekazu, staną się istotnie duże.
Osobiście jestem zdania, że głos ludu wbrew głosowi elit intelektualnych wcale nie byłby aż tak wielką tragedią, żeby państwo tego nie udźwignęło. Nie chodzi nawet o to, że to się dzieje prawie bez przerwy (chyba tylko w ostatnich wyborach parlamentarnych w Polsce wygrała ta sama partia, która wygrałaby wybory również wtedy, gdyby cenzusem zamiast wieku było przekroczenie jakiegoś progu IQ, obojętnie jak wysoko postawionego). Chodzi natomiast o to, że elity intelektualne niekoniecznie najlepiej sobie radzą w sprawach państwowych. Bodajże założyciel UPR-u Stefan Kisielewski (ale głowy za to nie daję) powiedział, że demokracja to taki ustrój, w którym na ulicy zamieszkałej przez dziesięciu alfonsów i dwóch profesorów rządzą alfonsi. To jest prawda, ale nie widzę w tym nic złego. Na dwóch profesorów statystycznie co najmniej jeden jest profesorem z dziedziny niezwiązanej z rządzeniem czy zarządzaniem, a drugi - nawet jeśli dla odmiany ma przydatną w tym zakresie wiedzę, najczęściej więcej wie z teorii niż z praktyki. Dla alfonsa zaś rządzenie to chleb powszedni, więc siłą rzeczy statystyczny alfons lepiej zna się na rządzeniu niż statystyczny profesor.
Jednakże nawet jeśli nie mam racji i przesadzam z optymizmem - tym bardziej należy zamienić demokrację na merytokrację - a wtedy już telewizja publiczna nie musi spełniać żadnej ratującej kraj misji.
Z edycją przedwczorajszej notki o epatowaniu odmiennością miałem problemy techniczne (serwer nie zawsze chodził). W efekcie ukazała się nie ta wersja, którą zatwierdziłem jako ostateczną. Programy porównujące mogłyby stwierdzić, że różnica jest niewielka (w granicach 1%), ale merytorycznie bardzo istotna, ponieważ pominąłem rolę mojej Żony w kreowaniu argumentacji. Niniejszym
bardzo przepraszam moją Żonę i Czytelników i wyjaśniam.
Przykłady i argumenty dotyczące sytuacji, w której dwie osoby robią to samo i tylko jedna z nich - przedstawiciel mniejszości - jest oskarżana o epatowanie, pochodzą od mojej Żony. Argumentacja, dlaczego epatowanie przez przedstawiciela mniejszości w sytuacji nierówności jest uzasadnione, choć przedstawiciel większości nie ma żadnego powodu, by w analogicznej sytuacji się ze swoją większościowością obnosić, jest moja.
Media państwowe, które pokazywałyby elitarne gadające głowy, rzeczywiście nie miałyby szansy na wolnym rynku, bo nikt (no, prawie nikt) by ich nie oglądał. Nie mniej, są potrzebne, by zgrywały opinie widza z opiniami elit. Przepraszam, jakiego widza? Tego, co go nie ma?! Lub jest jak na lekarstwo?
I na tym można by polemikę z artykułem zakończyć.
Żle bym się jednak czuł, gdybym nie wyraził szacunku dla p. Żakowskiego. Mianowicie napisał wprost, że chodzi po prostu o prymitywną indoktrynację. Ot, chce, by on, i jego koledzy mieli do dyspozycji tubę propagandową za państwowe pieniądze. Bo na własną ich nie stać, albo nie chce im się wyłożyć.
Co zaś się tyczy "elit": kto decyduje do przynależności do takowych? Poza tym zdania intelektualistów na różne kwestie są, i to zawsze, podzielone. W którym więc kierunku należy indoktrynować te biedne masy?
Kołakowski? A dlaczego nie Davila?
Allende? Ale dlaczego nie Pinochet?
Marx? co nie tak z Friedmanem?
Michnik, Geremek, Bartoszewski? A dlaczego nie Chodakiewicz, Trznadel i Krasnodębski?
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą