Niedawno media podały, że w związku z aferą korupcyjną w piłce nożnej zatrzymany został Andrzej W., były bramkarz reprezentacji Polski - po czym na wszelki wypadek pokazano moment, w którym Alan Shearer strzela główką rzeczonemu Andrzejowi W. bramkę i na drugi wszelki wypadek podpisano zdjęcie pełnym nazwiskiem bramkarza. Oświadczam w imieniu Wojciecha P., mało znanego polskiego blogera, że są to kpiny.
Wszyscy chyba pamiętamy Przemysława W., syna byłego prezydenta, Mirosława H., syna polskiego kosmonauty, a nawet Andrzeja J., męża posłanki Jakubowskiej. Nasuwa się pytanie, po jaką cholerę media stosują w takiej sytuacji podobne skrótowce?
O ile znam się na tej materii, nie po to, żeby być zgodne z prawem. Mówi ono co prawda, że nie wolno publikować w prasie danych osobowych i wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe (Prawo prasowe, art. 13 ust. 2). Trudno jednak bronić tezy, że postępowanie prasy nie wyczerpuje znamion złamania tego zakazu. Po pierwsze, jak wszędzie i w tym wypadku obowiązuje tzw. klauzula generalna mówiąca, że nie wolno używać prawa wbrew intencji ustawodawcy - a tutaj nie ulega wątpliwości, iż intencją ustawodawcy była niemożność identyfikacji osoby. Na gruncie czysto literalnym też jednak można się przyczepić. Przecież to, czyim ktoś jest synem lub mężem,
jest daną osobową, podobnie jak np. imię.
Łatwiej tutaj obronić już polskiego bramkarza Andrzeja W., bo nie jest wymieniany ani z nazwiska, ani z koligacji rodzinnych, tylko z zawodu. Mimo wszystko wolałbym, żeby to był A.W. - a jeszcze lepiej Ń.Ń., skoro Szymon M. zachachmęcił niezwykle użyteczne w charakterze fikcyjnych inicjałów litery Ą i Ę.
Zastanawiałem się natomiast, co może być powodem, iż media tak otwarcie kpią sobie z prawa, i nikt nie idzie się z nimi sądzić, łącznie z samymi zainteresowanymi. Domniemywam, że proceder odbywa się bez ich zgody (artykuł ustawy "prawo prasowe", na który się powołałem, pozwala na podanie pełnych danych za zgodą zainteresowanej osoby). Przyszło mi do głowy dość fantastyczne wytłumaczenie - i będę wdzięczny za opinię, na ile może ono być prawdziwe.
Przyszło mi do głowy, że jakiś sprytny prawnik podsunął prasie następujący scenariusz. Oto Andrzej J., mąż posłanki Jakubowskiej, wytacza sprawę gazecie o opisanie go w ten sposób. Gazeta uparcie twierdzi, że miała na myśli nie jego, dopóki nie usłyszy oficjalnego potwierdzenia, iż zdaniem zainteresowanego owszem, właśnie jego miała na myśli. Po czym gazeta publikuje owo oficjalne potwierdzenie, że oto jakiś człowiek stwierdził, iż gazeta pisząc o oskarżonym miała na myśli jego, nie zarzucił jednocześnie gazecie, iż nie jest to prawdą - i gazeta podpisuje to imieniem i pełnym nazwiskiem autora zapewnienia. Innymi słowy, taka utarczka legitymizuje wcześniejsze poczynania gazety, bo powoduje, że podejrzany sam pod swoim nazwiskiem oficjalnie przyznaje, iż uważa, że artykuł był o nim. Nie może zaś jednocześnie zarzucić artykułowi kłamstwa.
Zawikłane? Być może, ale to najprostsze, co przyszło mi do głowy. Chyba, że jak zwykle: gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kasę...
1. Gdyby artykuł zawierał nieprawdziwe informacje, to dlaczego właściwie zainteresowana osoba nie mogłaby mu zarzucić kłamstwa? Z resztą, gdyby nawet nie zarzucił, to przecież nie oznaczałoby to automatycznie potwierdzenia prawdziwości informacji w artykule. Oznaczałoby to tylko to, że artykuł dotyczy jego osoby bez zajmowania stanowiska na temat prawdziwości zawartych w nim informacji. W końcu jego przekonanie o tym, ze artykuł był o nim nie wynika z podanych w artykule zarzutów, tylko z wyrażnego zaznaczenia, że dotyczy on (ten artykuł) męża posłanki Jakubowskiej. Jeśli redakcja nie potrafi wskazać więcej niż jednej posłanki o nazwisku Jakubowska, ani nie potrafi dowieść, że p. Jakubowska ma więcej niż jednego męża, to, moim zdaniem, nie ma przesłanek aby z przeświadczenia samego zainteresowanego, że artykuł jest o nim wyciągać wniosek, że potwierdza prawdziwość całej jego treści.
2. Jeśli natomiast artykuł zawiera tylko prawdę, np. że zainteresowany został zatrzymany przez Policję, to pomimo potwierdzenia tego faktu przez zainteresowanego gazeta i tak nie nabyłaby prawa do publikacji tego potwierdzenia wraz z pełnymi imieniem i nazwiskiem. Chociaż tutaj mam wątpliwości, czy się nie mylę.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą