Moją ciekawość sprzed tygodnia zaspokoił
salival umieszczając 128. komentarz przed 2048. odwiedzinami w historii bloga. Przy okazji spytał, czy notka o nieracjonalnych ksywkach była z przymrużeniem oka. I tak, i nie.
"Przymrużenie oka" mogło polegać na lekkości tematu. Cała notka była jednak poważna, bo okazuje się, iż ludzie podający swój wiek w momencie rejestracji, jeśli nie robią tego po to, żeby za dwa lata ksywa niosła informację "miałem 16 lat podczas rejestracji", co zasugerował
Zink, tylko po prostu nie zauważają, że to się przeterminuje, mają podobne problemy przy myśleniu na przyszłość w istotniejszych kwestiach.
Odnośnie kompromisu w sprawie kary śmierci
zajac skomentował:
"
Owszem "obywatel potencjalna ofiara" jest pewien reguł gry, ale "obywatel potencjalny sprawca" już nie. No, chyba, że spisy deklaracji kar prywatnych byłyby jawne, ale wtedy marny los abolicjonistów."
Nie, nie chcę ujawniać spisów kar. Twierdzę tylko, że "obywatel potencjalny sprawca" może mieć wiedzę typu: "jeśli napadnę kogoś z nożem, to grozi mi strata co najwyżej 25 lat życia w więzieniu" - i mimo występowania zwrotu "co najwyżej" to
są reguły gry. Takie same jak w totku, gdzie strata gracza najprawdopodobniej wynosi tyle, ile zapłacił za kupon, ale
sensu stricte jest to strata
maksymalna, a nie
pewna - a czy gracz w totka
nie zna reguł gry? Tutaj stawką nie są pieniądze, ale cała reszta nie ulega zmianom.
"
i co do żoninych argumentów: pierwszy jest paskudną sztuczką erystyczną. KAŻDA kara jest zemstą, i nie świadczy to o zawiści, lecz o zapobiegliwości. Kara ma odstraszać (i w przeciwieństwie do moich PT Wykładowców.
wierzę TYLKO w tę funkcję kary). Ot, po prostu jest bezpieczniej, kiedy państwo, które czuwa nad nami nie przebacza, a nasze krzywdy mści srogo. Państwo nie jest od przebaczania, bo kłóci się to z jego naturą aparatu przemocy."
Nie, to nie jest sztuczka erystyczna - to jest po prostu wyjście z założenia, że odstraszanie nie jest najważniejszą funkcją kary (z którym
zajac się nie zgadza). Swoją drogą chętnie poznałbym zdanie
zajaca na temat dobrowolnego poddania się karze, bo jakoś trudno mi przypuszczać, żeby ze strony oskarżonego kara, którą sam dla siebie proponuje, była zemstą i miała funkcję odstraszającą.
"
Poza tym, popełniliście byk z prawoznawczego punktu widzenia: wg. koncepcji norm sprzężonych przepis karny składa się z normy sankcjonowanej (np. "obywatelu nie zabijaj") i sankcjonującej (w tym wypadku "sędzio, jeśli kto zabije, temu zasądż czapę"). Obywatel jest adresatem tylko tej pierwszej normy i treść normy sankcjonującej. I jeśli jej nie szanuje (bez względu na to z jakich powodów) to jego problem, bo to on dostanie czapę. Norma sankcjonująca nie ma z "szacunkiem dla prawa" nic wspólnego."
Jeśli jeden człowiek nie szanuje prawa, to zagryza zęby, ale go przestrzega. Jeśli grupa ludzi - to przestaje przestrzegać prawa, natomiast nadal jest to ich problem. Jeśli natomiast jest to przytłaczająca większość, przynajmniej na danym terenie, to jest to nie tylko ich problem, ale również państwa i władzy. Zwłaszcza, gdy większość poczuje się pewnie i metodami siłowymi będzie bronić swojego stanowiska. Władza ma wówczas cztery wyjścia.
Pierwsze, to przymknąć oko na łamanie prawa. Tego oczekuje w tej chwili wielu ludzi od władz chińskich w Lhasie. Drugie, to zmienić prawo tak, by działania większości przestały je łamać. To samo w sobie nie jest ani dobre, ani złe - jakość tego kroku zależy wyłącznie od tego, czy poprawia on, czy pogarsza prawo. Trzecie to znaleźć złoty środek, kompromis, czy jak kto to nazwie. To znaczy: zmienić prawo trochę i przekonać sporą część owej większości, żeby zrezygnowała z reszty zmian. Czwarte, to użyć aparatu przymusu i wyegzekwować prawo od większości, która nie chce go przestrzegać. Zastosowane środki zależą od liczebności obu stron, w ekstremalnym przypadku najpewniej oznacza to puszczenie w ruch przynajmniej armii lub policji z ostrą amunicją.
Siły rządowe mogą takie starcie przegrać. Wówczas nie da się przewidzieć efektów. Mogą je również wygrać. Wtedy triumfuje prawo, ale kosztem, powiedzmy, 90% narodu, co musi odbić się czkawką przynajmniej na ekonomii. Osobiście wolałbym, żeby władza decydowała się na wyjście trzecie. Nie uważam demokracji za dobrą, ale niezależnie od ustroju uważam, że jeśli 90% ludzi czegoś nie popiera, to coś jest na rzeczy i warto przynajmniej głęboko to przemyśleć. Uprzedzam, że pytania typu: "czemu 90%, a nie 89% lub 91%" raczej zignoruję.
Nie wiem też, czy dobrze rozumuję, ale z tego, co
zajac napisał, wynika, że norma sankcjonująca nie ma z szacunkiem dla prawa nic wspólnego, bo jeśli np. za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym (zakazane prawnie) grozi grzywna w wysokości do 100 zł, to obywatel może pić piwo na ławce traktując to jako przywilej, który sobie kupuje za 100 zł i kpiąc z prawa - czy tak?
"
1) Dziadek Darwin uśmiecha się z Nieba. Prosta selekcja wskazuje, że zwolennicy są lepiej przystosowani.
2) Tylko dla postępowca lubiącego zmiany dla samych zmian krok w tył nie może być plusem. Podejście równie głupie jak kamienny konserwatyzm, który nie chce zmieniać niczego.
3) A dlaczego nie może? Jest to kompromis, ponieważ przeciwnicy kary śmierci sami wybierają słabszą ochronę. Gdyby po ich totalnym w jakimś kraju wytrzebieniu, jakimś cudem taki znów się narodził, mógłby po prostu wskrzesić chwalebne tradycje wypnijpupstwa."
Pierwszy zarzut jest dziwny. Dziadek Darwin zapewne uśmiecha się również dlatego, że ludzie nie "eliminują" słabszych jednostek z puli genów, a w każdym razie nie zawsze. I akurat naszemu gatunkowi przynosi to korzyści, na przykład w postaci niewyeliminowania z powodu nieprzystosowania do samodzielnego życia Stephena Hawkinga.
Drugiego zarzutu nie rozumiem. Dla mnie zmiana
in minus to synonim kroku wstecz. Może zostałem źle zrozumiany: krok wstecz nie ma w moim rozumieniu nic wspólnego z chronologią historyczną i nie musi koniecznie kończyć się w miejscu, w którym ktoś już kiedyś był. W szczególności zakładam, że jeśli ktoś od urodzenia jest ideałem, to każda zmiana na gorsze jest krokiem wstecz - choć może rzeczywiście "zmiana na minus" brzmi lepiej i to właśnie miałem na myśli.
Natomiast jeśli chodzi o komplet zarzutów to powiem tylko, że gdyby karać dożywociem za zabicie zwolennika kary śmierci, a śmiercią za zabicie jej przeciwnika, to w niedługim czasie doszłoby się do społeczeństwa złożonego z samych zadeklarowanych przeciwników kary śmierci i wszystkie te argumenty po przeróbce na dualne zaczęłyby być równie mocne. Na przykład równie dobry byłby wysnuty na tej podstawie wniosek, że przeciwnicy kary śmierci są lepiej przystosowani. Owszem - do takich przepisów tak. Do przepisów, o których napisałem - nie. Moje subiektywne odczucie nakazuje mi uznać cokolwiek, do czego zwolennicy kary śmierci są lepiej przystosowani, niż jej przeciwnicy, za złe
a priori.
"
A drugiego argumentu, szczerze mówiąc, nie rozumiem. Jeśli ma to takiego przeciwnika do obłędu przywodzić, to niech do takiego notariusza pójdzie i pozostanie w zgodzie ze swoimi ideami. Cóż prostszego?"
Zapewne niedokładnie napisałem. Zresztą moja Żona również zwróciła mi uwagę, że sporo odjąłem z jej argumentacji.
J'adoube. Do obłędu może doprowadzić świadomość niepostąpienia w zgodzie z ideami. Ale również obłędem może skończyć się dyktowanie notariuszowi, co należy zrobić, jeśli Iksiński mnie udusi, co jeśli Igrekowski zadźga, a co jeżeli Zetowski zagłodzi lub założy garrotę.
Natomiast co do samego kompromisu, to sam znalazłem kontrargument, który kompromituje ideę w moich oczach. Brzmi on następująco: przychodzi mafioso do Kowalskiego i mówi: "Facet, mam na ciebie zlecenie. Nie próbuj sztuczek, i tak już nie żyjesz. Idź do notariusza i uniewinnij mnie, to przeżyje twoja żona i dzieci". Dopóki ktoś tego nie obali, dyskusję o "kompromisie" można chyba na tym zakończyć.
I jeszcze jedno: bardzo proszę nie tylko
zajaca, ale i wszystkich innych Komentatorów, aby umieszczając część komentarza w cudzysłowie w sposób sugerujący cytowanie mnie nie wygwiazdkowywali rzeczy, których ja nie wygwiazdkowałem, a przede wszystkim nie zmieniali ortografii na błędną. Ja wiem, jak się pisze "abstra
hując" i proszę mi nie wkładać w klawiaturę czegoś, czego nie napisałem.
W kwestii chińskiej
LordKaftan stawia parę pytań i parę zarzutów.
"
Czy prawo do wolności słowa jest prawem socjalistycznym?" - Nie. Ale niektórzy uważają, że prawo do wolności słowa jest siłą sprawczą demokracji, a demokracja jest siłą sprawczą socjalizmu. Ja w to nie wierzę, ale jeśli wierzą w to władze chińskie, to na coś muszą się zdecydować.
"
Czy prawo do uczciwego procesu też powoduje spowolnienie wzrostu gospodarczego?" - To zależy. Jeśli uczciwy proces więcej kosztuje państwo, niż nieuczciwy, to tak. Natomiast pytanie, kiedy proces jest "uczciwy", jest filozoficzne.
Proszę pamiętać, że kultura europejska wyrosła między innymi z prawa rzymskiego. Kultura azjatycka jednak w większości nie. Zwłaszcza chińska, bo Chiny nigdy nie były pod wpływami Rzymu (zdaje się, że są jedynym tak długo istniejącym państwem, które nigdy w ogóle nie było pod niczyimi wpływami). Niektóre paremie rzymskie są dla nas tak oczywiste, że przyjmujemy je za pewnik - zupełnie tak, jak to, iż słońce świeci. Na przykład "każdy ma prawo do obrony", "nikogo nie można skazać, jeśli nie udowodni mu się winy", "nikt nie jest sędzią we własnej sprawie".
Nie ma żadnego historycznego ani kulturowego powodu, żeby to wszystko było równie oczywiste dla Chińczyków.
Gospodarce chińskiej byłoby na dłuższą metę z grubsza wszystko jedno, czy oskarżeni będą mieli prawo do uczciwego procesu, natomiast mentalność chińska nakazywałaby przyjąć taką propozycję jako rodzaj dziwoląga. Mniej więcej podobnie moglibyśmy zareagować, gdyby ktoś w imię jakiejś idei chciał przekonać Polskę do przejścia na ruch lewostronny.
"
I właśnie tu leży pies pogrzebany-Chiny zawdzięczają swój wzrost gospodarczy niskim płacom (...) i nieprzebranym zastępom siły roboczej." [poprawiono gramatykę oryginału - przyp. pietshaq] - Śmiem twierdzić, że nie tylko - inaczej prawie równie szybko rozwijałby się Pakistan, a jakoś o tym nie słychać.
"
Prawa człowieka nie mają tutaj za dużo do powiedzenia." - Właśnie taka była jedna z moich tez: że nie da się pogodzić respektowania praw człowieka z wysokim tempem rozwoju gospodarczego kraju. Albo inaczej: jeśli kraj X respektuje prawa człowieka w rozumieniu europejskim, to niezależnie od tempa jego rozwoju gospodarczego istnieje możliwość przyspieszenia tego rozwoju kosztem niektórych praw człowieka. Wydaje mi się, że ta zasada działa zawsze, z wyjątkiem może bardzo małych państw oraz takich, które ze względu na uwarunkowania polityczne (Watykan) lub geograficzne (Islandia) wymykają się ogólnym prawidłom.
"
Co do ekologii-słusznie zauważyłeś, że Chiny mają prawo do "dominacji" (jakoś zabrakło mi słowa) na ziemi." - Nie, ja wcale tak nie twierdzę. Ja tylko twierdzę, że władze chińskie mają prawo (a wg europejskiego pojmowania roli państwa w życiu obywatela - obowiązek) robić, co w ich mocy, aby możliwie dużo Chińczyków miało dostęp do zdobyczy techniki i cywilizacji. Nie powinny tego robić kosztem globalnej ekologii, ale nie ma powodu, żeby tego nie robiły kosztem nie-Chińczyków. Obrazowo: gdyby wszyscy na świecie się zgodzili, że samochodów ma być najwyżej półtora miliarda, bo więcej Ziemia nie wytrzyma, to władze chińskie powinny próbować doprowadzić do sytuacji, w której każdy Chińczyk ma samochód, nawet jeśli w wyniku tego nikt inny na świecie by go nie miał.
"
Poza tym-jakie prawo mają Chiny do interferowania w zdrowie mieszkańców innych państw??" - dokładnie takie samo, jak do wystrzeliwania w kosmos satelit, które później krążą nad obszarami innych państw. Chiny mogą produkować smog lecący nad Los Angeles, Amerykanie mogą wyprodukować i postawić w Los Angeles ogromne wiatraki, które wywieją ten smog nad Kanadę, Kanadyjczycy mogą próbować podrzucić to zgniłe jajo Rosji, a Rosjanie wystrzelić w kosmos. Albo zawrócić nad Chiny. To jest globalny wyścig szczurów i zachód powinien działać, a nie tylko wołać, żeby najszybsze szczury zwolniły.
"
Dlaczego inne państwa starają się narzucić Chinom prawa człowieka??" - Z dwóch powodów. Po pierwsze: uznają za pewnik, że prawa człowieka są najważniejsze i że Chińczycy sami nie wiedzą, co tracą, odrzucając je. W tym sensie można porównać te państwa do świadków Jehowy. Po drugie: chcą, żeby w Chinach było tak samo, jak u nich, bo chwilowo w Chinach jest lepiej niż u nich z punktu widzenia rozwoju państwa. Więc jeśli się uda wyrównać, to relatywnie poprawią swoją pozycję w wyścigu gospodarczym, nawet jeśli byłoby to równanie w dół.
Oczywiście pierwszy powód może występować bez drugiego. Nie tylko przodującym Chinom, ale też wlokącym się w ogonie Białorusi, Wenezueli, czy Zimbabwe inne państwa próbują narzucić prawa człowieka - tyle, że robią to jakby nieco ciszej.
"
Jest jednak różnica-Chiny praw człowieka nie przyjmują (notabene również zgodnie z prawem człowieka do samostanowienia), a zanieczyszczenia emitują. Czyli narzucają swoją wolę innym państwom.
Polityka mocarstwowa-na pewno, ale inni moga sie przed tym bronić."
Oczywiście, że mogą,
a nawet powinni! Przy czym z punktu widzenia zwykłej skuteczności bardziej wierzę w to, że Polska wpłynie na Polskę, a nie na Chiny. Apelowanie, by Chińczycy przyjęli nasze reguły gry, to absurd, skoro chińscy decydenci widzą, że oni i ich państwo ma się znacznie lepiej bez przyjmowania tych reguł, zaś los jednostki traktują jako nieważny. Można natomiast wewnątrz naszego kraju ograniczyć
część praw człowieka - i na przykład nałożyć embargo na tanie, chińskie towary. Tylko, że ludzie są zbyt biedni, żeby to się udało. Efektem byłoby zacofanie technologiczne, chyba że udałoby się ten efekt jakoś zniwelować. Jak? Przyspieszając wzrost gospodarczy. Jak? Hm... Kolejne "prawa człowieka"? Niestety: "bezpłatna" edukacja czy służba zdrowia to elementy niewydajne, przesycone biurokratami, a z powodu braku konkurencji na równych prawach kiepskie jakościowo, których istnienie ciągnie gospodarkę państwa jako całości w dół. Można się z nich wycofać, tylko trzeba mieć świadomość, że jeśli kogoś nie będzie stać na naukę dziecka, to dziecka nie nauczy, a jeśli nie będzie go stać na leczenie, to umrze - chyba że zdoła wymaganą sumę użebrać. Nie mówię, że nie można zdecydować się na pierwsze z tych rozwiązań - tylko że wtedy wyprzedzenie nas przez Chiny jest
nieuchronne.
"
Na koniec warto powiedzieć, że to nie socjalizm sprawił, że Ciny są silne. To kapitalizm-redukcja kosztów, walka o konsumenta, etc. sprawił że tyle rzeczy produkuje się w Państwie Środka. Gdyby na zachodzie dominował socjalizm (czyli poniekąd zatrzymanie zakładów pracy w kraju) to by Chiny nie rozwijały sie tak szybko."
Nieprawda! Gdyby na zachodzie panował kapitalizm, to koszty pracy byłyby znacznie niższe, niż są. Nie opłacałoby się wówczas wynosić produkcji do Chin, a potem jeszcze płacić za import gotowych wyrobów. Po zrównaniu praw pracowniczych na zachodzie do chińskich szybko zrównałyby się zarobki i koszty zatrudnienia. No, może nie do końca, bo wówczas zachodnie firmy pracowałyby na własną gospodarkę, a nie na chińską, co prędzej czy później odczuliby robotnicy.
Socjalizm to nie tylko zatrzymywanie zakładów pracy w kraju. To także zmuszanie pracodawcy do rozmaitych osłon na rzecz pracowników, składek, etc. Pracodawca chcący płacić tyle samo na rękę pracownikowi w Polsce, co w Chinach, musi znacznie więcej wyłożyć z własnej kieszeni u nas. To chyba jasne, że pracodawca pójdzie tam, gdzie mu w kieszeni zostanie więcej, a kosztem pensji pracownika się tego nie zrobi - bo wówczas on wyjedzie do Wielkiej Brytanii. Albo nawet do Chin, jak pracodawca przesadzi.
Owszem, zachód mógłby umocnić socjalizm i zawrócić produkcję z powrotem do kraju (albo do Unii) i tu ją zatrzymać. Nie robi tego - z identycznych powodów, dla których nie nakłada embarga na tanie, chińskie produkty. A także dlatego, że teraz grzmi się o chińskich robotnikach
zmuszanych do pracy za miskę ryżu dziennie, a gdy pracodawca dający tę miskę ryżu dziennie zamyka podwoje, to są lamenty na temat
bezrobocia. Tymczasem Chińczycy to nie kretyni. Jestem przekonany, że jeśli któryś dochodzi do wniosku, że brak pracy i brak miski ryżu opłaca mu się
bardziej, niż miska ryżu dziennie - to po prostu
nie pracuje. Nakazu pracy, o ile wiem, w Państwie Środka nie ma.
Bajeczka w wykonaniu
Lorda
Kaftana spodobała mi się, choć brakło mi odniesienia do czasu i warunków treningu.
Netzach pisze:
"
Kiedys ktos chcial byc bardzo politycznie poprawny i napisal: "The person who's done it should have his/her penis cut off" Co podsumowuja cala ta durna gadke na temat rownouprawnienie, przez wprowadzanie jezykowych dziwolagow."
Nie zawsze jest to takie durne. W sytuacji, kiedy taki napis przychodzi do głowy jako sformułowanie "poprawne politycznie" warto pomyśleć, czy jest ono poprawne logicznie. Gdy chcemy zrobić podział na kobiety i mężczyzn, to warto zadać sobie następujące pytanie: a jeśli przyjdzie ktoś, kto ma część cech męskich, a część żeńskich, to która cecha zdecyduje, do której grupy go przydzielimy? Konkretne zdanie ma rzeczywiście mały sens - niewiele jest kobiet z penisami - ale mężczyzn bez penisów jest więcej i warto przy podziale na płci rozważyć, co istotniejsze: płeć czy obecność penisa?
Jak słusznie zauważył
Richiter, samo propagowanie komunizmu nie jest karane (przynajmniej nie znalazłem odnośnych przepisów w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej ani w kodeksie karnym). "
Art. 13. Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa." - cytuję ustawę zasadniczą za
Richiterem.
W tej sytuacji rzeczywiście: gdyby Autor listu, o którym pisałem, był zwolennikiem nakazu pracy, to nie łamałby prawa. Jednakże nakaz pracy jest "totalitarną metodą" działania komunizmu - a w takim razie może go uchwalić jedynie partia, której istnienie jest nielegalne, albo taka, która oszukuje wyborców. Do której z nich może chcieć przemówić zwolennik nakazu pracy, pozostaje dla mnie tajemnicą.
"
(...) ktoś, kto mówiłby "za PRLu zelektryfikowano cały kraj" również wychwalałby komunizm." - twierdzi
LordKaftan. Nie, ponieważ w założeniach komunizmu są nakazy pracy, a nie elektryfikacja kraju. Elektryfikacja jest skutkiem ubocznym, możliwym również w innych ustrojach. Po raz pierwszy komunizm zyskał na znaczeniu w latach 1789-99 przy okazji zawirowań rewolucji francuskiej (podaję za encyklopedią PWN) - czy to doprowadziło do elektryfikacji Francji pod koniec XVIII wieku? A jaki ustrój zelektryfikował Stany Zjednoczone?
"
"Nakazy pracy" istniały tylko w komunizmie. Co by było gdyby powstał inny system rządzenia państwa, również z nakazem pracy??" - mógłby różnić się od komunizmu w detalach i nazywać się choćby foobaryzm - niemniej nadal byłby to ustrój wysoce komunistyczny. Przypominam, że u podstaw komunizmu leży założenie, iż wszystko jest wspólne - a zatem również praca ludzi, więc należy planować i kontrolować to, czy i jak mają się nią ze społeczeństwem dzielić. Ponadto nakaz pracy dla wszystkich oznacza brak firm prywatnych (które mogą co prawda być "prywatne" z nazwy czy źródła finansowania, ale zachowują się jak państwowe, bo to państwo decyduje, kto tam pracuje). A w jakim ustroju nie ma prywatnych firm i wszystko jest wspólne, hę?
Ustrój z nakazem pracy nie może być niekomunistyczny.
"
(...) co by było gdyby nakaz pracy był formą zasiłku dla bezrobotnych? Już tłumaczę-jeżeli dana osoba nie znalazłaby pracy to zamiast iśc na zasiłek zostałaby zatrudniona w państwowej firmie. Przy czym owe firmy byłyby zarządzane jak firmy prywatne-przez osoby kompetentne (haha, utopia :/). Pracownicy dostawaliby pensje w zależności od swojej wydajności, jednak nie mogłby być wyższe niż pensje w sektorze prywatnym."
Po pierwsze: firma może być dobrze zarządzana, gdy zajmują się tym osoby nie tylko kompetentne, ale również takie, których stan portfela zależy bezpośrednio od wyników tej firmy. Dlatego między innymi firma państwowa taka być nie może - chyba że państwo byłoby jedynie jej fundatorem w zamian za dożywotni udział w zyskach.
Po drugie: w tym rozwiązaniu trafialiby tam pracownicy najgorszego sortu, więc firma i tak wlokłaby się w ogonie i bez dotacyj państwowych (świadczących o tym, że w warunkach wolnej konkurencji zarządzanie było złe) wypadłaby z rynku. Szkoda osób kompetentnych do zarządzania taką niezorganizowaną kupą.
Po trzecie: gdyby pensje nie mogły być wyższe, niż w sektorze prywatnym, to byłaby to kolejna legitymizacja takiego szkodliwego moim zdaniem wynalazku, jak ustawowa płaca minimalna.
Po czwarte: gdyby pensje nie mogły być wyższe, niż w sektorze prywatnym, to obecność najgorszych pracowników w tych firmach byłaby niezmiennikiem, nawet gdyby udawało się ich wyszkolić na lepszych pracowników - bo wówczas zostaliby podkupieni przez płacących więcej prywaciarzy, którzy z kolei woleliby mieć za tę samą cenę lepszych pracowników.
Po piąte: nadal nie podoba mi się system nakazowy. Jeśli bezrobotny nie chce iść do pracy i świadomie zrzeka się zasiłku za swoje lenistwo, to należy to uszanować (może akurat wygrał w totka i korzysta z zasiłku, bo takie jego prawo, natomiast pracować nie idzie, bo ani mu się nie chce, ani nie musi?)
Mistrzyni_Gry do kilku spraw ma kilka uwag:
"
* "Nakazy pracy istniały tylko w jednym znanym mi ustroju: komunizmie. Propagowanie ich jest więc propagowaniem ustroju komunistycznego - a to jest w Polsce karalne."
Po pierwsze: jest to argument demagogiczny - równie dobrze można by stwierdzić, że nadając dziecku imię Stalin, gloryfikuje się komunizm - a przyczyny mogą być przecież zupełnie inne (http://imdb.com/title/tt0366180/). Nie należy nikomu wciskać w usta tego, czego nie powiedział, bazując tylko na pewnych zbieżnościach. Zresztą niezgodnie ze stanem faktycznym - praca przymusowa była i w komuniżmie, i w faszyżmie, ale przecież też stanowiła podstawę feudalizmu! Faktycznie, jest wspólny mianownik - władza niekontrolowana przez "lud", chociażby w tak niedoskonały sposób, jak poprzez wybory."
Niezupełnie, bo dziecko o imieniu Stalin może być w dowolnym ustroju, natomiast nakazu pracy nie da się wprowadzić w ustroju niekomunistycznym - przynajmniej nie w takim kształcie, jaki Autor listu proponował. Faszystowskie nakazy pracy przypominały raczej bardzo szeroko zakrojony obowiązek służby wojskowej na rzecz państwa, ale przyjmijmy, że w tym punkcie Bojowniczka ma rację - i tak nie zmienia to faktu, że propagowano ustrój, którego propagować partie polityczne (co zauważył
Richiter) nie mogą. Feudalizm zaś to zupełnie inna para kaloszy. Tam pracy nie nakazywało państwo i nie ono decydowało, kto będzie u kogo pracował. To był po prostu jeden z wielu ustrojów niewolniczych. Nie mówię, że lepszy - ale to zupełnie nie to.
"
* Po drugie przysłowiowe primo: szufladkowanie.
Wg. pietshaqa skoro ktoś jest zwolennikiem bezpłatnej edukacji, jest także socjalistą, a jako taki, musi także być zwolennikiem szeregu innych poglądów, jeżeli "chce być konsekwentny". Tymczasem bycie socjalistą to nie jest wartość binarna, taki checkbox, który każdy człowiek jest w stanie pewną ręką zaznaczyć lub zostawić pustym na formularzu poglądów o życiu, wszechświecie i całej reszcie. Jak w każdym aspekcie życia, jest cała paleta barw pomiędzy socjalizmem a kapitalizmem, już nawet pomijając te, które całkiem nie mieszczą się na tym wykresie. Każdy ma pełne prawo nie dać się zaszufladkować i w niektórych sprawach być zwolennikiem podejścia socjalnego, a w niektórych myśleć bardziej wolnorynkowo. "Prawdziwych socjalistów" i "prawdziwych kapitalistów" jest niewielu i bardzo dobrze, bo naprawdę prawda zazwyczaj leży pośrodku i każdy z nas ma prawo jej szukać. Konsekwentnie."
Tutaj
Mistrzyni_Gry ma słuszność. Zapędziłem się trochę - a przecież można być "trochę" socjalistą żądając np. bezpłatnej edukacji i jednocześnie optując przeciwko służbie wojskowej. Powinienem więc był napisać: czy jeśli Autor listu rzeczywiście popiera bezpłatną edukację i nakazy pracy dla tych, którzy z niej korzystali, to jednocześnie akceptuje zwiększenie rozwarstwienia, jakie implikuje to rozwiązanie?
Natomiast nie rozumiem pytania,
jakim socjalistą jest osoba, która popiera bezpłatną edukację - chyba że
Mistrzyni_Gry oczekuje ode mnie, iż policzę, że na przykład "dziesięcioprocentowym".
"
(...) powiedzieć o kimś "Jesteś zwolennikiem bezpłatnej edukacji, więc jesteś socjalistą" znaczy tylko niewiele więcej, niż "Jesteś zwolennikiem bezpłatnej edukacji, więc jesteś człowiekiem"."
Nie, to znaczy sporo więcej. Pierwsze zdanie w jakimś stopniu definiuje socjalistę, a drugie jest truizmem, przynajmniej dopóki ktoś nie pokaże obiektu, który optuje za bezpłatną edukacją i jednocześnie
nie jest człowiekiem.
LordKaftan zarzuca:
"
Natomiast jeden akapit wzbudził we mnie ambiwalentne uczucia:"dlatego, że jego stryj zginął w Powstaniu Warszawskim, gdy próbował tę flagę podnieść i uratować.(...) tylko znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie."
Sam argument jest słabiutki, ale twoje cyniczne podejście do człowieka, który bądż co bądż oddał życie za swoje przekonania i wolność-także twoją, mocno mnie odrzuciło."
Nie, do człowieka, który ginie za swoje przekonania nie mam cynicznego podejścia - tylko do takiego, który używa owego człowieka jako argumentu za prawnym nakazywaniem mi szacunku, bo mnóstwo ludzi oddało życie za przekonania, które nie są ustawowo szanowane - na przykład za wymienione przeze mnie przekonanie, że warto wrócić się do płonącego domu po telewizor.
Natomiast gdybym usłyszał, że stryj zginął nie podnosząc flagę, tylko strzelając do najeźdźcy - to wówczas rzeczywiście uznałbym, że ten człowiek zginął za wolność, między innymi moją. Natomiast fakty są następujące.
Mam bardzo dużo szacunku dla tego człowieka, który zginął, niezależnie od tego, za co zginął tak naprawdę. Zresztą w ogóle mam bardzo dużo szacunku dla ludzi gotowych zginąć za idee, w które wierzą, nawet jeśli z tymi ideami się nie zgadzam lub jeśli są szkodliwe.
Nie mam za grosz szacunku do używania tego faktu jako argumentu za prawnym nakazem szacunku dla flagi.
"
(...) dlatego, że jego stryj zginął w Powstaniu Warszawskim, gdy próbował tę flagę podnieść i uratować. Głęboko współczuję, natomiast tam, gdzie szaleje żywioł - np. wojna - ludzie giną, o ile nie znajdą schronienia, a kule nie wybierają, kto podnosi portfel, kto flagę ze względu na polskie barwy, kto flagę ze względu na jedwab, z którego została wykonana, a kto niczego nie podnosi, tylko znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie." - tak brzmi pełniejszy cytat z notki i mam nadzieję, że on wyjaśnia trochę więcej. Pisałem, że ten, kto znajdzie się w środku wojennej zawieruchy, musi się liczyć z tym, że zginie - oraz o tym, że pewne działania zwiększają to ryzyko.
Nie ma to nic wspólnego z moralną oceną tych działań!
Z
Lordem
Kaftanem zgodził(o?) się
robadlo, a także w części
mmbad, który napisał:
"
Obywatel filmowego wolnego kraju prócz prawa do zniszczenia symboli narodowych musiałby także mieć prawo do niszczenia/profanacji innych symboli np. religijnych aby być w 100% wolnym. A to jest możliwe tylko w społeczeństwie ludzi inteligentnych i posiadających dystans do życia i samego siebie."
Śmiem twierdzić, że nie tylko. Po pierwsze, w społeczeństwie polskim dozwolone jest w pewnym zakresie niszczenie symboli religijnych, a nawet bywa nakazane - z kolei epatowanie nimi bywa zakazane. Przykładem może być godło religijne dżinizmu, czyli swastyka.
Po drugie: w państwie, w którym panuje ustrój niedemokratyczny, społeczeństwo może być dowolnie durne i bez dystansu, a wolność, o której wspomniał
mmbad nadal mogłaby istnieć. Wystarczyłoby, żeby inteligentna była ta część społeczeństwa, która ma prawo głosu. Co jest kolejnym argumentem za jakąś formą merytokracji.
Zgodnie z przewidywaniami na sondę sprzed tygodnia nadeszło 0 głosów (wynik z dzisiaj z godziny 16 z minutami). Jest to jakaś odpowiedź - najpewniej negatywna. Proszę już nie głosować, ostatecznie zamknę sondę dziś wieczorem.
"Nie, ponieważ w założeniach komunizmu są nakazy pracy, a nie elektryfikacja kraju."
Na co Lenin:
"Komunizm - to władza radziecka plus elektryfikacja całego kraju." Jak widać, elektryfikacja zajmowała bardzo istotne miejsce w założeniach komunizmu, tak więc porównanie LordaKaftana było całkowicie uprawnione.
"Zwłaszcza chińska, bo Chiny nigdy nie były pod wpływami Rzymu (zdaje się, że są jedynym tak długo istniejącym państwem, które nigdy w ogóle nie było pod niczyimi wpływami)."
Please... Nie wiem, jak pietshaq rozumie termin "wpływ", ale moim zdaniem podbicie przez wroga może całkiem mocno wpłynąć na dane państwo.
- XIII w. - podbój przez Mongołów. Kulturowo ustępowali oni Chiżczykom i założona przez Kubilaj-Chana dynastia Yuan niedługo przetrwała, tym niemniej trzeba było aż powstania (wysoce nielegalnego, nawiasem mówiąc), żeby Chinami rządzili znowu Chińczycy, a konkretnie założona przez przywódcę powstania dynastia Ming.
- 1644 - po podboju przez Mandżurów władzę obejmuje nowa dynastia - Qing. I owszem, Mandżurowie nie są Chińczykami.
- Wspomniany już etap dominacji państw europejskich, zdarzały się przecież nawet interwencje militarne w granicach teoretycznie suwerennych Chin
- Także wspomniana próba reform demokratycznych na wzór także wspomnianych państw europejskich - utworzenie Zgromadzenia Narodowego
- Pominięta z niezrozumiałych powodów wojna domowa, w której jedna strona była wspierana, inspirowana, zaopatrywana i w pewnym zakresie kierowana przez ZSRR, a druga strona przez USA (w znacznie węższym zakresie, za co pewnie w USA do dziś plują sobie w brodę)
Chiny przetrwały chińskie ale bardzo proszę, abyś nie twierdził, że nigdy nie były pod niczyimi wpływami, skoro teraz są państwem komunistycznym, a wieści o chińskich korzeniach Marksa, Engelsa, Lenina bądż Stalina jakoś nie obiły mi się o uszy, a to przecież oni utorowali drogę Mao.
"Apelowanie, by Chińczycy przyjęli nasze reguły gry, to absurd, skoro chińscy decydenci widzą, że oni i ich pażstwo ma się znacznie lepiej bez przyjmowania tych reguł, zaś los jednostki traktują jako nieważny."
Wskutek inności tych âreguł gryâ śmierć poniosły miliony Chińczyków, dlatego uszanuj proszę ludzkie uczucia i nie nazywaj tego grą. Ale że wątpię, żeby tego rodzaju argument nie odbił się jak od ściany â zapraszam poniżej.
Apelowanie do dobrej woli chińskich decydentów faktycznie na niewiele się zda, bo im zależy na sile państwa, a nie na dobrobycie obywateli. Ale ja, jako obywatel i człowiek wrażliwy, współczuję obywatelom Chin i chciażbym coś zrobić dla poprawienia ich kiepskiego losu. Tak samo, jak idąc ulicą i widząc krzywdę ludzką uważam za słuszne zareagować, chociażby w postaci telefonu pod 997. I to nie dlatego, że łamane jest prawo, ale dlatego, że dzieje się Zło. Skoro na chińskich decydentów dobre słowo nie podziała, należy ich przekonać że szanować prawa człowieka się opłaca. Że jeżeli ich szanować nie zaczną, wielu ludzi przestanie kupować chińskie produkty i nie będzie już za co kupować nowych technologii militarnych ani surowców. Dlatego wszystkich, którzy to czytają, nawołuję do bojkotu chińskich towarów i usług, a także do rozważenia wprowadzenia analogicznej formy nacisku na sponsorów olimpiady w Chinach (wykaz sponsorów - http://www.miafarrow.org/sponsors_genocide_olympics.html).
Mam nadzieję, że pietshaq nie posunie się do cenzury tej wypowiedzi ze względu na jej polityczną treść. Ma do tego oczywiście prawo, ale takie samo prawo ma chociażby Empik do usuniżcia ero-pisemek z oferty, a jednak pietshaq uważa to za niesłuszne i zamierza Empik bojkotować. A przecież jest człowiekiem konskekwentnym.
"Można natomiast wewnątrz naszego kraju ograniczyć część praw człowieka - i na przykład nałożyć embargo na tanie, chińskie towary. Tylko, że ludzie są zbyt biedni, żeby to się udało. Efektem byłoby zacofanie technologiczne, chyba że udałoby się ten efekt jakoż zniwelować."
Czy aby na pewno?. Efektem wprowadzenia ceł na tanie produkty z Chin, byłoby kupowanie przez ludzi droższych produktów z innych krajów. W tym z Polski, skoro polskie produkty stałyby się konkurencyjne cenowo - czyli nastąpiłby rozwój krajowych manufaktur i fabryk - wzrost gospodarczy. Faktycznie, ludzie tych towarów kupowaliby mniej i staliby się trochę biedniejsi, ale skoro pietshaq zawsze troszczy się bardziej o dobro państwa, niż o dobro ludzi, to czemu miałby się tym przejmować? Oczywiście w rewanżu Chiny także wprowadziłyby zapewne cła na produkty z Polski, ale nasz eksport do Chin jest niewielki w porównaniu z importem. Zapewne wystąpi wiele innych skutków, ale nieuczciwe jest pomijanie tych pozytywnych â weżmy pod uwagę, jak pozytywny wpływ na rozwój manufaktur we Francji miała blokada kontynentalna Napoleona wobec Wielkiej Brytanii. Inna sprawa, że zapewne UE miałoby coś do powiedzenia w kwestii tych ceł.
"Tymczasem Chińczycy to nie kretyni. Jestem przekonany, że jeśli któryś dochodzi do wniosku, że brak pracy i brak miski ryżu opłaca mu się bardziej, niż miska ryżu dziennie - to po prostu nie pracuje. Nakazu pracy, o ile wiem, w Państwie Środka nie ma."
Masz na myśli prawny nakaz pracy, czy przymus ekonomiczny, który sprawia, że ludzie de facto pracoważ muszą, i to za tyle, ile pracodawca jest łaskaw zapłacić?
Prawne nakazy także oczywiście istnieją - niesławne obozy reedukacyjne, gdzie zamiast jak to w demokracji bloga na joemonster pisać, byś jako zbuntowany przeciwko panującemu ustrojowi intelektualista kopał pola i gnój rozsiewał od rana do wieczora. Z przerwą na obowiązkową naukę mądrości Mao czy innej mendy. Naprawdę wolałbyś żyć pod chińską władzą zamiast polskiej? Nie sądzę.
Ale najgorszy jest oczywiście ekonomiczny przymus pracy - ogół obywateli jest skazanych na harówkę od rana do wieczora, tylko po to. żeby przeżyć. I żebyśmy my między jednym kufelkiem a drugim mogli kupić sobie tańsze buty. Jaką przyszłość ma przed sobą córka rolnikaż Jeżeli jest genialna, może się przebije, ale w większości przypadków skończy jako żona rolnika, a przy odrobinie pecha jego wół pociągowy.
Proponuję mały eksperyment myślowy. Jesteś obywatelem. Oceniasz z punktu widzenia obywatela. Chcesz oczywiście, żeby Twoje państwo było wystarczająco silne, aby Cię ochronić, ale jednocześnie chcesz mieć prawo do swojego zdania. Chcesz mieć szansę na osiągnięcie sukcesu, nawet jeśli czasami los spłata Ci psikusa (złamana ręka, ciężka choroba w rodzinie, zostałeś okradziony, itp.) W którym kraju chciałbyś mieszkać? A jeżeli na starcie nie miałbyś nic? Jeżeli byłbyś sierotą z domu dziecka, bez pieniędzy na edukację, bez mieszkania w prezencie - w jakim kraju w tym przypadku chciałbyś mieszkać? Jak dużo byłbyś w stanie osiągnąć?
"Po pierwsze: firma może być dobrze zarządzana, gdy zajmują się tym osoby nie tylko kompetentne, ale również takie, których stan portfela zależy bezpośrednio od wyników tej firmy."
Enron? Bez kontroli ze strony organów, których wyniki nie zależą bezpośrednio od wyników tej firmy takie właśnie są skutki. Prezesi chcą dostawać megapremie, więc stosują kreatywną księgowość. Logiczne. Poszli do więzienia, ale następców nie bardzo to powstrzymało. Powstrzymać to zjawisko może tylko jakiś mechanizm nadzoru. A jeżeli trudno o nadzór wewnętrzny (dyrektorzy mają sami sobie taki kaganiec zakładać???), musi to byż nadzór zewnętrzny. Spróbuj się postawić w sytuacji pracownika tej firmy, którego akcje i opcje bez żadnej winy z jego strony stały się bezwartościowe.
"...nakazu pracy nie da się wprowadzić w ustroju niekomunistycznym - przynajmniej nie w takim kształcie, jaki Autor listu proponował"
Proszę Bojownika pietshaq, aby korzystając ze żródeł je zacytować, dając szansę dyskutantom na podjęcie polemiki, zamiast używać argumentów rodzaju "W tamtym liście, który czytałem, a którego fragment zacytowałem, zupełnie nie o to chodziło".
"Feudalizm zaś to zupeżnie inna para kaloszy. Tam pracy nie nakazywało państwo i nie ono decydowało, kto będzie u kogo pracować."
Owszem, decydowało. Chłop u swojego pana. Niewolnikiem chłop nie był - nawet na mocy przywileju piotrkowskiego nadal jeden chłop w ciągu roku mógł ze wsi odejść(z pewnymi ograniczeniami). Tym niemniej chłop musiał obrabiać ziemię swojego pana, a za nieposłuszeństwo pan miał prawo chłopa nawet zabić. Oczywiście bardzo się to różniło od nakazu pracy obecnego w komuniżmie, tym niemniej nadal nakazem pracy było.
"Natomiast nie rozumiem pytania,jakim socjalistą jest osoba, która popiera bezpłatną edukację..."
- mowa oczywiżcie o wymienionych w oryginalnym tekście poniżej rodzajach socjalizmu - czy taka osoba jest socjalistą agrarnym, czy może utopijnym, itd. Natomiast skoro pietshaq przyznał się do błędu w kwestii szufladkowania, odpowiedż na to pytanie nie jest już celowa.
I na koniec - porównanie tego, co legalne, a tego, co słuszne.
Pietshaq bardzo szanuje prawo. Uważa, że nawet przepisów niesprawiedliwych i bzdurnych należy przestrzegać. Mam w związku z tym jedno proste pytanie, natury oczywiście czysto akademickiej. Czy gdyby w Polsce wprowadzono przepis, nakazujący każdemu mężowi codziennie bić swoją żonę, czy Bojownik pietshaq by się temu zakazowi podporządkował i żonę codziennie prał, czy też jednak uznałby przepis za niesłuszny, niemoralny i po prostu zły - i by prawo złamał? Przy czym bardzo proszę o niewymigiwanie się od odpowiedzi argumentami rodzaju wyjazd z kraju, rozwód lub bicie lekkie - skoro sytuacja jest hipotetyczna, zawsze mogę dodać stosowne zastrzeżenia, aby trzeba było podjąć jedną z dwóch decyzji. I owszem, wiem, że Żony byś się uderzyć nie ośmielił, ale nie o śmiałości teraz mowa, a o przestrzeganiu Prawa.
Więc?
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą