Na temat sposobu traktowania prawa dostałem następujące pytanie od
Mistrzyni_Gry:
"
Pietshaq bardzo szanuje prawo. Uważa, że nawet przepisów niesprawiedliwych i bzdurnych należy przestrzegać. Mam w związku z tym jedno proste pytanie, natury oczywiście czysto akademickiej. Czy gdyby w Polsce wprowadzono przepis, nakazujący każdemu mężowi codziennie bić swoją żonę, czy Bojownik pietshaq by się temu zakazowi podporządkował i żonę codziennie prał, czy też jednak uznałby przepis za niesłuszny, niemoralny i po prostu zły - i by prawo złamał? Przy czym bardzo proszę o niewymigiwanie się od odpowiedzi argumentami rodzaju wyjazd z kraju, rozwód lub bicie lekkie - skoro sytuacja jest hipotetyczna, zawsze mogę dodać stosowne zastrzeżenia, aby trzeba było podjąć jedną z dwóch decyzji."
Jest to problem absurdalny nawet na gruncie czysto akademickim, bo dowolnie zamordystyczny ustrój dąży jednak mimo wszystko do wyciśnięcia z obywateli jak najwięcej dla "państwa", czyli dla odpowiednio ustawionych na wierzchu władzy ludzi, a powyższy przepis z wielu powodów generowałby sytuację odwrotną - i początkowo na tym zamierzałem zakończyć polemikę z nim. Później jednak przyszło mi do głowy, że na podstawie tego przypadku można pokazać, co sądzę o prawie - a przy okazji o paru gorących ostatnio "chińskich" kwestiach. Załóżmy więc, że państwem rządzą kretyni, którzy dla czystego sadyzmu wprowadzają przepisy niekorzystne dla nikogo. Wyjaśniam:
1.
Nemo iudex in causa sua - zatem cokolwiek napiszę, mogę być nieobiektywny, ale byłbym dużo bardziej obiektywny, gdyby chodziło nie o mnie i nie o moją Żonę. Wypowiedź może więc być pozbawiona obiektywizmu, ale na wyraźnie życzenie Autorki pytania.
2. Najpierw spróbowałbym zaskarżyć sam przepis odwołując się do paremii
lex retro non agit - bo gdy zawierałem związek małżeński, takiej restrykcji nie było, zatem aby nie łamał on tej zasady, musiałby dotyczyć wyłącznie małżeństw zawartych po jego uprawomocnieniu. Państwo polskie stosuje jednak paremię
lex retro non agit po uważaniu, na przykład łamie ją za każdym razem majstrując przy emeryturach, więc można założyć, że podobnie byłoby i w tym przypadku. Zresztą nie wiem, czy paremia ta jest gdziekolwiek w polskim prawie zapisana.
3. Między uchwaleniem takiego przepisu a jego uprawomocnieniem musiałoby upłynąć odpowiednie
vacatio legis, a ten czas wykorzystałbym na wyniesienie się z Polski. Podobnie bym postąpił przy wprowadzaniu przepisu o zakazie wynoszenia się z Polski albo o skróceniu
vacatio legis - tyle tytułem wyjaśnienia, dlaczego nie zawsze można "dodać stosowne zastrzeżenia". Wybierając oczywiście kraj, w którym przepisy bardziej mi odpowiadają. Uwaga ogólna:
państwa są po to, żeby ze sobą konkurować między innymi prawodawstwem o płatnika podatków. A ja jestem kosmopolitą, więc nie bolałoby mnie to aż tak bardzo. Oczywiście, wszystko musiałbym zrobić w porozumieniu z Żoną.
4.
Obywatel musi wiedzieć, na czym stoi. W związku z tym uważam, że wszystko, co nie jest zabronione literą prawa, jest dozwolone. W tym rozwód i lekkie bicie. Bez "stosownych zastrzeżeń" takie ograniczenia nie mają racji bytu. Gdy ktoś próbuje omijać prawo w zgodzie z jego literą, trzeba się zdecydować, czy o to ustawodawcy chodziło, czy nie. Jeśli nie - doprecyzować prawo, ale owego "ktosia" nie karać -
lex retro non agit!. Chociaż w Polsce kto wie...
5. Gdyby przepis wprowadzono z ominięciem
vacatio legis, trudno byłoby go uznać za obowiązujący, ponieważ ustanowienie tego prawa odbyłoby się z naruszeniem innego i przez to byłoby nieważne.
6. Załóżmy jednak, że jestem pierdołą albo mam inne powody, z których budzę się z ręką w nocniku w kraju, w którym można ogłosić taki przepis z działaniem natychmiastowym. Wówczas moja odpowiedź brzmi: nie, nie respektowałbym go. Wolność polega między innymi na możliwości złamania prawa z pełną świadomością konsekwencji.
7. Gdyby państwo nie użyło aparatu przymusu do ukarania mnie za złamanie prawa, oznaczałoby to słabość prawa albo słabość państwa. Zależałoby to od okoliczności. Mogłoby uznać, że przepis jest martwy, z dowolnego powodu (bo trudno wyegzekwować, bo mało ludzi przestrzega, etc.) Wtedy należy go znieść. Mogłoby uznać, że ma za małe siły, by go wyegzekwować, zwłaszcza ze względu na duży opór społeczny. Mogłoby po prostu nie dać rady, albo nie chcieć. W każdej sytuacji świadczy to źle o państwie, albo o prawie.
8. Gdybym już został ukarany, zażądałbym od razu identycznego ukarania np. wszystkich sparaliżowanych mężów, a także takich, którzy z innych niezależnych od siebie powodów nie przestrzegają tego przepisu.
9. Apelowałbym cały czas o zmianę tego przepisu, popierałbym i rozumiał każdego, kto by to robił ze mną. Niezależnie od tego, czy byłby to jakiś rząd, organizacja, czy pojedynczy człowiek, i niezależnie od jego narodowości i obywatelstwa.
10. Gdyby państwo celowo odstąpiło od ukarania mnie, albo ukarało policjanta, który by mnie ukarał, uznałbym, że państwo postępuje absurdalnie, a rządzą nim kretyni. Jednak koncepcja istnienia takiego przepisu broni się dla mnie tylko przy tym założeniu.
To jest zasadnicza uwaga, bo odróżnia ten przypadek od przypadku uciskania Chińczyków!
11. Wszelkie działania z zewnątrz mojego państwa apelujące nie o zmianę prawa, ale o nieprzestrzeganie tego istniejącego, uznałbym więc tym razem za równie sensowne, co apelowanie o zmianę prawa - ale tylko dlatego, że wierzyłbym w idiotyzm rządzących mną do tego stopnia, że mogliby posunąć się nawet do autodestrukcji państwa, jaką jest przyzwolenie na anarchię.
12. Nie wierzę dla odmiany w idiotyzm rządzących Chinami, ponieważ ich działania kosztem praw człowieka przynoszą wymierne korzyści ludziom u władzy. Dlatego apelowanie do Chińczyków, aby rozmontowali własny kraj przyzwoleniem na anarchię, jest pozbawione sensu, w odróżnieniu od apelowania do władców mojego hipotetycznego kraju o to samo. Apelowanie o
zmianę prawa ma zaś taki sam sens w obu przypadkach.
13. Człowiek musi mieć choćby czysto fizyczną możliwość postępowania niezgodnie z prawem, jeśli sam uzna to za niesłuszne, i jednocześnie przekonanie graniczące z pewnością, że państwo spróbuje to prawo od niego wyegzekwować. Inaczej trzeba byłoby wszystkich pozamykać w klatkach.
Jasne?
Następnym razem tego typu polemikę podejmę z kazusem tylko jeśli Autor(ka) takiego pytania spełni przynajmniej jeden z dwóch warunków:
a) udowodni, powołując się na dowolne wiarygodne dla mnie źródło, że jest to kazus "życiowy" - to znaczy, że przepis, do którego mam się odnieść, albo kiedyś gdzieś obowiązywał, albo przynajmniej ktokolwiek piastujący władzę ustawodawczą publicznie postulował jego wprowadzenie, lub
b) odpowie na następujące pytanie. Wyobraź sobie, że wprowadzono jednocześnie przepis nakazujący Ci zabicie Twojej najbardziej ukochanej osoby oraz przepis zakazujący Twojemu śmiertelnemu wrogowi zabicie Ciebie. Możesz respektować swój nakaz lub go odrzucić jako zły, niemoralny, niesłuszny, etc., natomiast Twój wróg potraktuje nałożony na niego zakaz
dokładnie tak samo, jak Ty potraktujesz nałożony na Ciebie nakaz. Co wybierzesz?
Może w tym momencie stanie się jasne, że
dobre prawo to proste prawo. Abstrahując od sposobów egzekwowania prawa oraz od wysokości kar za jego łamanie dobre prawo powinno nakazywać i zakazywać czegokolwiek tylko gdy zachodzi jedna z dwóch sytuacyj:
1. Gdy jest to prawo rozwiązujące społeczny dylemat więźnia. Ten mechanizm jest bardzo obszerny: w zupełności wystarcza na przykład do zakazania zabijania, kradzieży, i mnóstwa innych rzeczy, których nie chcielibyśmy w kraju mieć. W przypadku kilku możliwych rozwiązań nie upieram się, żeby wybrać optymalne - nawet średnie będzie lepsze niż żadne. Przykładowo: w niektórych sytuacjach można z dylematu więźnia uzasadnić konieczność prawnego usankcjonowania ciszy nocnej, ale w rozsądnych granicach trudno znaleźć optymalny przedział czasowy jej obowiązywania i udowodnić, że lepszego nie ma.
2. Gdy prawo reguluje coś, co można równie dobrze regulować na więcej niż jeden sposób, ale nie można dopuścić do braku regulacji. Na przykład Kodeks Drogowy.
O! I gdyby się tego trzymano, to nawet jestem skłonny się zgodzić, że prawo, które się tego nie trzyma, można łamać. I nawet jestem wówczas skłonny się zgodzić na pewną dozę socjalu (ostatecznie, w zależności od przyjętych założeń natury czysto etycznej, niektóre socjale mogą - ale nie muszą - być rozwiązaniem dylematu więźnia).
Uffff... Reszta odpowiedzi w sobotę.
- pietshaq jest pierdołą i odpowiedział
- pietshaq "z innych powodów" obudziłby się z ręką w nocniku i odpowiedział
- pietshaq ani nie jest pierdołą ani nie obudziłby się z ręką w nocniku - wówczas odpowiedzi nie udzielił :-(
Gorzej, że jakkolwiek ciekawa byłaby to dyskusja, prawdopodobnie nie odbędzie się ona na tym blogu, bo inaczej pietshaq nie miałby już czasu na przedstawianie swoich innych codziennych przemyśleń. Zwłaszcza, że (przynajmniej ostatnio) nie umieszcza odpowiedzi na komentarze w formie komentarza, tylko w ramach Skrzynki Kontaktowej, a po tygodniu to już nie to...
"6. Załóżmy jednak, (...). Wówczas moja odpowiedż brzmi: nie, nie respektowałbym go. Wolność polega między innymi na możliwości złamania prawa z pełną świadomością konsekwencji."
Dziękuję za poświęcenie mi aż tyle czasu i starań, oraz obiecuję się analogicznie zrewanżować. Niestety, większa część odpowiedzi była zupełnie oderwana od tematu pytania i dotyczyła poglądów i przekonań Autora na temat Dobrego Prawa. Jakkolwiek ciekawe i pouczające mogą być to poglądy, w tym zalewie myśli rozpłynęła się gdzieś odpowiedż na zadane przeze mnie prowokacyjne pytanie.
"Załóżmy więc, że państwem rządzą kretyni, którzy dla czystego sadyzmu wprowadzają przepisy niekorzystne dla nikogo."
Jakiś cel zazwyczaj jest. Tak jak Stalin miał cel w wywołaniu Wielkiego Głodu na Ukrainie i spowodowaniu w ten sposób śmierci 20 milionów swoich poddanych. Albo rewolucja kulturalna Mao. Albo rządy Czerwonych Khmerów. Wszystkie te wydarzenia łączą tragiczne skutki dla państwa i obywateli, a jednak wszystkie one się wydarzyły. W każdym razie argument "To jest zbyt absurdalne, żeby mogło się wydarzyć" jest skrajnie nie na miejscu w odniesieniu do sytuacji czysto teoretycznej.
Zwłaszcza w ustach człowieka, który w swoim blogu prezentuje tak absurdalne hipotezy, jak
- zagłada świata, a ludzkość może z niego wywieżć tylko jedna jedyna firma (która oczywiście w obliczu stanu wyjątkowego przeszłaby pod zarządzanie wojskowe i wszystkie firmy z branży dostałyby całą dokumentację techniczną i potrzebne surowce, byle tylko jak najwięcej statków powstało
- nierealistyczny pomysł odnośnie kary śmierci - tu pozwolę sobie odwrócić pytanie a) z tekstu i poprosić o podanie jakiegokolwiek przykładu państwa, gdzie obowiązywał chociażby tylko zbliżony system uprzedniego(!) planowania kary dla winnego przez ofiarę
- cały zestaw nierealistycznych idei skrajnego kapitalizmu, z likwidacją wszystkich wywalczonych przez ostatnie 100 lat osłon socjalnych
- "Załóżmy nawet, że państwowa edukacja powszechna jest sensowna, bo obywatel wyedukowany więcej przynosi do państwowej kasy, a mniej z niej ciągnie." Moim zdaniem jest to sensowne założenie, ale czy także Twoim, pietshaqu, nie jest absurdalne?
"5. Gdyby przepis wprowadzono z ominięciem vacatio legis, trudno byłoby go uznać za obowiązujący, ponieważ ustanowienie tego prawa odbyłoby się z naruszeniem innego i przez to byłoby nieważne."
Jeden aspekt mojej hipotezy faktycznie jest problemowy, tak więc załóżmy, że krajem z przepisem nakazującym bicie żony nie jest Polska, a jakieś hipotetyczne państwo, którego jesteś wraz z żoną obywatelami.
Wówczas także "lex retro non agit", "vacatio legis" i inne łacinnizmy nie będą miały zastosowania, bo czemu niby prawo owego hipotetycznego kraju miało by się opierać na prawie rzymskim lub jego zasadach?
"Obywatel musi wiedzieć, na czym stoi"
Może raczej: "Aby prawo można było uznać za sprawiedliwe, obywatel powinien wiedzieć, na czym stoi." Nie trzeba geniusza do stwierdzenia, że omawiane w mojej hipotezie prawo raczej sprawiedliwe nie jest. Tak więc to zdanie w ogóle nie ma zastosowania.
"6. Załóżmy jednak, że jestem pierdołą albo mam inne powody, z których budzę się z ręką w nocniku w kraju, w którym można ogłosić taki przepis z działaniem natychmiastowym."
Bynajmniej aż pierdoły do tego nie trzeba. Wystarczyłoby, że urodziłbyś się jako syn względnie zamożnego ukraińskiego chłopa na początku XX wieku. Po dojściu do lat sprawnych, przetrwawszy szczęśliwie wojnę, poszedłbyś wraz z Żoną na swoje, a tu cyk myk i jesteś pod władzą Sowietów. I nagle całą żywność, którą wyprodukujesz, musisz oddać państwu. Wyjechać nie możesz - to jasne. I nagle byś się obudził z ręką w nocniku w kraju, w którym praktycznie każdy przepis można ogłosić ze skutkiem wstecznym, nie mówiąc już o natychmiastowym. Gorsze rzeczy się ludziom zdarzały niż przymus bicia żony.
"10. Gdyby państwo celowo odstąpiło od ukarania mnie, albo ukarało policjanta, który by mnie ukarał, uznałbym, że państwo postępuje absurdalnie, a rządzą nim kretyni. Jednak koncepcja istnienia takiego przepisu broni się dla mnie tylko przy tym założeniu. To jest zasadnicza uwaga, bo odróżnia ten przypadek od przypadku uciskania Chińczyków!"
Zapewniam Cię, że wiele przepisów, które z punktu obywateli wyglądają na dzieło kretyna, wcale takimi nie są. Przykładowo wspomniany już przepis o dostarczaniu olbrzymich przymusowych kontyngentów żywności przez chłopów za Stalina. Ale co taki przeciętny obywatel radziecki rozumiał z tego przepisu? Gdyby znał stan upadku ukraińskiej wsi, uznałby go za dzieło kretyna, a przecież podpisał go jeden z największych geniuszy wśród zbrodniarzy.
A skoro tak się ten przepis różni od ucisku Chińczyków, to co sądzisz o "Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej" Mao? Jedna z najgorszych w skutkach pomyłek w dziejach, a mimo to trudno nazwać Mao kretynem. Mimo wysłania elity intelektualnej kraju do wyrąbu lasów.
"13. Człowiek musi mieć choćby czysto fizyczną możliwość postępowania niezgodnie z prawem,"
Myślenie życzeniowe, czy kolejna część opisu "dobrego prawa", co całkowicie rozmija się z pytaniem?
"dobre prawo to proste prawo."
A cóż to ma do rzeczy? Nie proszę o opis dobrego prawa, tylko o odpowiedż na zadane pytanie - której w całym tym długim wywodzie explicite podanej nie ma. Jeśli można, to zamiast się jej domyślać, wolę się po prostu dowiedzieć.
"b) odpowie na następujące pytanie. Wyobraż sobie, że wprowadzono jednocześnie przepis nakazujący Ci zabicie Twojej najbardziej ukochanej osoby oraz przepis zakazujący Twojemu śmiertelnemu wrogowi zabicie Ciebie. Możesz respektować swój nakaz lub go odrzucić jako zły, niemoralny, niesłuszny, etc., natomiast Twój wróg potraktuje nałożony na niego zakaz dokładnie tak samo, jak Ty potraktujesz nałożony na Ciebie nakaz. Co wybierzesz?"
Oczywiście nie zabiję i zaryzykuję śmierć. Zwłaszcza, że zawsze jest szansa, że zdołam się obronić, zabić mojego wroga zanim on zabije mnie, wróg może się nie zdecydować mnie zabić (nie ma przecież nakazu), może też chociażby biegnąc w moją stronę z nożem w ręku i mordem w oczach wpaść pod samochód. Wolę zaryzykować własne życie, niż przerwać drogie mi cudze.
"dobre prawo powinno nakazywać i zakazywać czegokolwiek tylko gdy zachodzi jedna z dwóch sytuacyj:"
{sytuacje}
Jak się ma do tego prawo nakazujące żonie posłuszeństwo wobec męża i pozwalające mu biciem to posłuszeństwo wymusić? Dodam, że to prawo w pewnych krajach lub chociaż plemionach nadal obowiązuje.
Podsumowując - czy doczekam się jednoznacznej odpowiedzi na moje pytanie?
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą