Dziś bardzo krótko. Mamy rocznicę przyjęcia Konstytucji 3 Maja. Trzeciej na świecie, a drugiej w Europie. Poprzedzała ją konstytucja amerykańska z 1787 roku, ale także, co jest mało znane, korsykańska z 1755. Nie o tych konstytucjach jednak mowa, a o samej istocie konstytucji.
Z czysto technicznego punktu widzenia konstytucja to nic innego jak akt prawny, który ma priorytet przed wszelkimi innymi aktami prawnymi w państwie. W momencie, gdy się zmienia, automatycznie nieważne powinny być dotychczas wydane akty prawne sprzeczne z nowym brzmieniem tzw. ustawy zasadniczej. Tak się często nie dzieje, co prowadzi później do zawiłych sytuacji.
Warto więc nie przyjmować bezkrytycznie tezy, że konstytucja to coś dobrego. Być może lepiej jeśli może istnieć dużo aktów prawnych, które są najwyższe rangą i równe sobie, a rolą ustawodawcy jest unikanie wewnętrznych sprzeczności w tych aktach.
Pozostawiam to Państwu do przemyślenia.
Bóg zmieścił się w dziesięciu.
O wiele wygodniej mieć jeden punkt odniesienia niż kilkadziesiąt.
A poza tym - ustawy, niższe oczywiście rangą od konstytucji, są wzajemnie równorzędne. Powinny być ze sobą wzajemnie zgodne zaś niższe akty prawne (rozporządzenia etc.) powinny być zgodne z nim wszystkimi.
Tymczasem burdel w ustawach jest gorszy niż na rufie Titanica. Nie tylko, że wzajemnie, ale potrafią być sprzeczne same ze sobą. O aktach niższego rzędu nie wspomnę, gdyż praktycznie wszystkie nadają się tylko na przemiał. Jeśli nawet trafiłby się przypadkowo rodzynek bez zarzutów, to i tak będzie bezużyteczny.
Wniosek? Nie jest istotne czy istnieje konstytucja, lecz czy prawo jest stanowione systemowo przez ludzi świadomych jego roli czy też jest to radosna twórczość durniów z IQ chomika.
Jak na razie mamy ten drugi przypadek. Przynajmniej w naszym pięknym kraju.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą