< >  wszystkie blogi

Bloga rytm naturalny...

"Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku" - N. Davila

Szantaż, seks i ciasta

20 maj 2008 ·
Zapędziłem się nieco porównując seks do robienia ciasta. Przepraszam wszystkie osoby, które poczuły się tym urażone. Oczywiście między jednym i drugim są różnice, nawet spore. Najbardziej fundamentalne wydają mi się następujące:

1. Małżonkowie przysięgając sobie wierność zawierają dożywotnią umowę lojalnościową, teoretycznie bez możliwości wypowiedzenia. Odpowiednika takiej umowy na kupowanie ciastek nawet nie można zawrzeć.

2. Seks może pociągać za sobą zobowiązania nawet na 25 lat.

3. W przypadku kupowania ciasta najczęściej wiem, jaki rodzaj mnie interesuje, natomiast drugorzędną sprawą jest, gdzie je kupię.

4. W przypadku usługi polegającej na seksie wielokrotnie byłby duży problem z określeniem jednoznacznie, kto jest odbiorcą usługi, a kto ją świadczy.

Twierdzę natomiast, że istnieją osoby (ja się do nich nie zaliczam), które nie są uwikłane w punkt 1. ani 2., w punkcie 4. jednoznacznie określają się jako świadczące, natomiast jest im z grubsza wszystko jedno, komu świadczą. Nie jest wszystko jedno, za ile. Takie osoby nazywamy prostytutkami i nie widzę powodu, żeby zabraniać im oferowania takich usług w warunkach rynkowych.

Twierdzę również, że istnieją osoby (do nich się również nie zaliczam!), które z usług prostytutek chcą korzystać na zasadach rynkowych. Jeśli one same nie mają z nikim zawartej umowy lojalnościowej, też nie widzę powodu, żeby takim osobom zabraniać kupowania usług prostytutek. Lub składania ofert kupna.

Natomiast cała dyskusja wzięła się z dyskusji, czym jest szantaż. Kodeks karny przewiduje zań masę sankcji, ale tak naprawdę nie definiuje go dobrze. LordKaftan, który najmocniej ze mną polemizował, sam przyznał, iż pojęcie jest dość nieostre. Niekiedy ta sama treść w zależności od formy może brzmieć jak szantaż lub jak zwykła oferta.

"Najtańsze u mnie są bułki po 20 groszy sztuka."
"Jeśli nie zapłacisz mi minimum 20 groszy, nie zaspokoję twojego głodu."

Pokusiłem się więc o w miarę precyzyjną definicję zgodną z moim rozumieniem tego pojęcia, i wygląda ona mniej więcej tak:

Z szantażem mamy do czynienia wówczas, gdy szantażysta uzależnia jakieś działanie bądź zaniechanie, do którego jest zobowiązany z innych powodów, od spełnienia pewnych warunków przez szantażowanego. Szantaż działa na tych płaszczyznach, na których działa zobowiązanie.

Kowalski jest zobowiązany do tego, by mnie nie zabijać. Oczywiście, między uzależnieniem tego od seksu z nim, a uzależnieniem tego od zrobienia mu ciasta, jest ogromna różnica. Jednakże różnica dotyczy jedynie kalibru szantażu, natomiast szantażowany jestem w obu przypadkach.

W ogólności: kaliber szantażu zależy (a zatem i wymiar kary powinien zależeć) od warunku stawianego przez szantażystę oraz od rodzaju działania bądź zaniechania, które jest od tego uzależnione. Natomiast odpowiedź na pytanie, czy w ogóle mamy do czynienia z szantażem zależy jedynie od tego, czy istnieje zobowiązanie.

Pisałem o różnych płaszczyznach. Przykład: rodzic jest zobowiązany kochać dziecko. Jest to zobowiązanie moralne, ale nie prawne. Nie ma paragrafu na rodzica niekochającego dzieci (jeśli wywiązuje się ze wszystkich obowiązków rodzicielskich). Jeśli więc matka mówi synowi: "jeżeli nie zjesz zupy, nie będę cię kochała", to jest to szantaż moralny, a nie jest to szantaż prawny. Prawo nie powinno w żaden sposób oceniać tego działania, natomiast moralnie obrzydliwe jest to, co robi matka w tej sytuacji.

W szczególności najpopularniejsze rodzaje szantażów działają właśnie na tych dwóch płaszczyznach, przy czym nie potrafię sobie wyobrazić przykładu szantażu prawnego niebędącego szantażem moralnym.

Natomiast sklepikarz, który nie chce biedakowi dać bułki, jeśli biedak mu za nią nie zapłaci, to nie jest żaden szantażysta! Sklepikarz nie jest zobowiązany do dawania bułek, jest zobowiązany do sprzedawania ich temu, kto za nie płaci. Szantażystą jest dopiero wówczas, gdy biedak płaci za bułkę, a sprzedawca każe mu jeszcze zaśpiewać "Wlazł kotek na płotek" pod groźbą niesprzedania bułki. Nie jest też szantażystą pracodawca, który nie chce podpisać umowy o pracę bez spełnienia jakiegoś warunku, bo nie jest zobowiązany do tego podpisania z innych powodów. Oczywiście w obu przypadkach mówiłem o stanie prawnym. O szantażu moralnym w tych sytuacjach można pogadać.

Nie ma też szantażu, jeśli warunek stawiany przez szantażystę jest niemożliwy do spełnienia przez szantażowanego. Na przykład gdyby Kowalski mi powiedział: "jeśli jutro będzie padać śnieg, to cię zabiję" - to jest to potężna groźba karalna, ale nie szantaż.

Naturalnie moja definicja ma pewną wadę. Nawet dwie. Po pierwsze, nie wiadomo, co w sytuacji, gdy na zajście warunku szantażowany ma tylko częściowy wpływ. Jeśli Kowalski powie Nowakowi: "zabiję cię, jeśli twoja żona się ze mną nie prześpi", to moja definicja nie bardzo mówi, kto tak właściwie jest tu szantażowany. Druga wada: a co w sytuacji, gdy szantażowany może spełnić warunek, ale szantażysta o tym nie wie? Dlatego definicja jest zapewne do dopracowania.

Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli ktoś nie musi mi czegoś dawać, to stawianie mi warunków, które muszę spełnić, żeby jednak mi to dał, nie jest żadnym szantażem. Przynajmniej dla mnie.



Jeszcze słowo o sprawie Anety K. Z różnych zeznań wynika, że możliwy był następujący scenariusz. Aneta K. miała podpisaną umowę o pracę, a mimo wszystko żądano od niej seksu w zamian za trzymanie się przez drugą stronę postanowień tej umowy. Jeśli tak rzeczywiście było, to oczywiście Aneta K. była szantażowana.
 

Skomentuj

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi