< >  wszystkie blogi

Bloga rytm naturalny...

"Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku" - N. Davila

A co jeśli...

21 maj 2008 ·
Niektórzy nawet życzliwie nastawieni do pomysłów zdesocjalizowania państwa pytają często: a co jeśli ludzie, którym pozostawi się ich zarobione pieniądze w kieszeniach, nie zechcą z własnej woli wspomóc biednych?

Po pierwsze, warto zauważyć, iż u większości ludzi wraz ze wzrostem zamożności rośnie standard życia. Ludzie nie zarabiają pieniędzy po to, żeby je mieć, tylko po to, żeby je wydawać. Załóżmy, że w chwili obecnej dwóch dobrze jak na swój fach zarabiających programistów z pieniędzy odprowadzanych do budżetu opłaca zasiłek jednego bezrobotnego. Gdyby tego mechanizmu nie było, programiści mieliby więcej pieniędzy, a bezrobotny nie miałby ich wcale. Chyba że by je jakoś zdobył. Na przykład sprzątając domy i robiąc zakupy tym programistom. Którzy dzięki temu za te same pieniądze, które mają obecnie, mieliby dodatkowe dwie godziny dziennie wolne. Mogliby je przeznaczyć na pracę, podczas której zarobiliby dodatkowo (i zatrudnili drugiego bezrobotnego do robienia im posiłków, bo ileż można żyć o pizzy i coli), albo na odpoczynek, dzięki czemu w pracy byliby wydajniejsi i ich pobory z czasem by wzrosły. Z tym samym efektem.

Często pada również pytanie: no dobrze, ale przecież może się raz na ileś zdarzyć przypadek bezrobotnego, którego nikt nie zatrudni (bo odpowiadający mu programiści wolą odłożyć pieniądze niż teraz żyć w luksusie). A co jeśli taki człowiek umrze z głodu?

Można na to pytanie odpowiedzieć pytaniem: a co jeśli mimo wprowadzania kolejnych obostrzeń, crash-testów i zabezpieczeń nadal będą ginąć ludzie w wypadkach samochodowych? Bez przerwy redukować prędkość? Można, tylko informuję niewiedzących tego, że najniższa prędkość samochodu, pod którego kołami w wypadku zginęła piesza osoba, to 6 km/h (słownie: sześć kilometrów na godzinę). Mamy jeździć jeszcze wolniej? To już szybciej będzie chodzić.

No i nie zagwarantuje to, że nikt nie straci życia w procesie produkcji samochodu. Można, oczywiście, całkowicie zrezygnować z samochodów. Jeśli ktoś rzeczywiście uważa, że to byłoby najlepsze, to wówczas jestem w stanie zrozumieć zamiłowanie tego kogoś do socjalu w imię zapewnienia, żeby nikt nie umarł z głodu.

W chwili obecnej mamy sytuację, w której państwo, nie pytając żadnego z płatników o zgodę, zabiera pieniądze kilkunastu płatnikom żeby zapobiec tragedii jednego. Niekoniecznie utracie życia, ale na przykład bankructwu (po to przecież jest obowiązek ubezpieczeń OC). Bez tego obowiązku gdyby kilkunastu kierowców się nie ubezpieczyło, jeden bankrutuje, a reszta zyskuje - tyle, ile wynoszą ich składki. W sumie per saldo też zyskują, bo przecież ubezpieczyciel na czymś zarabia. Oczywiście można woleć widzieć tragedię jednego, niż zysk kilkunastu - tylko niech ktoś, kto tak rozumuje, nie nazywa siebie demokratą!

Wracając do demokracji. W kraju, którego 95% mieszkańców deklaruje się jako katolicy, nie do pomyślenia jest, aby ktoś umarł z głodu nie doczekawszy pomocy. Nawet bez socjalu, i nawet w skrajnym przypadku, że pozostałe 5% to ateiści nastawieni wyłącznie na własny zysk, antyfilantropijni, a do tego jest to 5% najbogatszych Polaków. Oni w sumie mają znacznie mniej, niż socjal w naszym państwie marnuje!

Oczywiście zaraz pojawia się pytanie: a co jeśli okaże się, że ci ludzie naprawdę nie zachowują się jak katolicy i nie pomagają biedniejszym? Takie ryzyko oczywiście istnieje. Różne badania pokazują zresztą, że jest spore, bo o ile większość Polaków jest za tym, żeby biednym pomagać, to bardzo mało jest za tym, żeby to im zabierać na tę pomoc. Niech będzie, że jest to 20% gotowych na niesienie pomocy z własnego majątku. To rzeczywiście raczej nie wystarczy, jeśli tylko 20% Polaków jest prawdziwymi chrześcijanami.

Ale wiedzą Państwo, co? Ja jestem w stanie przełknąć nawet działanie demokratyczne (a więc na pewno nie zgodnie z tym, co postuluje mniejszość!) oraz socjal dla biednych w imię powyższego zagrożenia. Pod jednym wszakże warunkiem: że politycy głośno powiedzą, jakie założenie im przyświeca przy tworzeniu prawa, i będą konsekwentnie go przestrzegać. A jest ono oczywiste: prawo tworzymy z założeniem, że prawdziwi chrześcijanie w Polsce stanowią nie więcej niż 20%. Jeśli w zgodzie z tym rozpatrzy się sprawę np. religii w szkołach, opodatkowania księży, dotacji na kościoły, etc. - a zwłaszcza nieopierania zakazów obyczajowych o prawo naturalne (oczywiście z zachowaniem standardów demokratycznych!) - to ja w imię tego przełknę socjal.

Jeśli mam wybierać tylko jeden rodzaj wolności, preferuję obyczajową przed ekonomiczną.
 

Skomentuj

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi