Pisałem jakiś czas temu o szantażu. Pod wpisem w ostatniej "Skrzynce kontaktowej" znalazł się między innymi komentarz
Peppone, który mnie mocno zaskoczył. A przynajmniej jego część, którą cytuję poniżej:
"
Czy Kowalska była świadoma całości tych uwarunkowań [tzn. że umowa po trzech miesiącach będzie dla niej bardziej wymagająca niż ta na okres próbny - przyp. pietshaq]
, zanim podpisała pierwszą umowę? Jeżeli tak, to wpadła w grę negocjacyjną, mówi się trudno. Jeżeli nie - jest to nie w porządku. Podpisując pierwszą umowę mogła liczyć, że skoro ugrała odstąpienie od tego warunku, to firma zachowuje się racjonalnie, a taka zmiana podejścia jest nieracjonalna. A ona zainwestowała swój czas, może zrezygnowała z innej oferty pracy, tu się doszkalała pod kątem potrzeb firmy, a tu zonk! Innymi słowy: tak często w swoim rozumowaniu wychodzisz ze skądinąd słusznego założenia, że firmy optymalnie zarządzane wyprą firmy badziewne, że powinieneś trzymać się tego przy konstruowaniu innych założeń. Innymi słowy, ta firma zachowuje się nieracjonalnie, a Kowalska miała prawo oczekiwać racjonalnego zachowania po firmie. Moim zdaniem rozwiązaniem problemu jest wywalenie z roboty upartego negocjatora, o ile wszystkie inne okoliczności z punktu widzenia firmy przemawiają za zatrudnieniem Kowalskiej, bowiem seksualne zachcianki szefów, których tutaj ten negocjator broni, są sprzeczne z interesem firmy. A w razie potrzeby właściciel powinien wywalić i szefów. A jeżeli to szefowie są właścicielami i decydują się nie postępować racjonalnie, to Kowalska może przecież na forum publicznym opisać, co ją spotkało i poddać to osądowi publicznemu. Czy potencjalni klienci zechcą nabywać dobra od firmy, która przyjęła takie zasady postępowania? Można bowiem z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że za dupcenie pracowników trzeba im więcej zapłacić, niż konkurencja płaci za samą tylko pracę - czyli konkurencja może oferować analogiczne dobra taniej. Jeżeli zakładamy racjonalność nabywców, przeprowadzą podobny tok rozumowania, porównają dobra, ceny i dokonają optymalnego wyboru - zainspirowani do myślenia przez Kowalską."
Rzeczywiście, wychodzę z założenia, że firmy dobrze zarządzane w warunkach wolnego rynku wyprą te źle zarządzane. Nie oznacza to, iż uważam, że
wszystkie firmy na rynku mają być dobrze zarządzane. To jest raczej niemożliwe.
Najważniejsze jest jednak to, że za złe zarządzanie wystarczającą karę wymierzy Wolny Rynek, jeśli pozwoli mu się działać! Nie ma potrzeby zaprzęgania instrumentów prawnych do karania właścicieli firm za złe nimi zarządzanie (wyjąwszy sytuację, w której napychają sobie oni kieszenie powodując "sterowane straty" innych podmiotów; jeśli np. spółka z o.o. ma majątek 100.000 złotych, to celowe złe zarządzanie narażające ją na straty przekraczające 100.000 złotych powinno być karane, bo zakłada niezaspokojenie roszczeń przynajmniej części kontrahentów).
Pracownik nie jest od rozliczania pracodawcy z tego, czy firma jest dobrze zarządzana, tylko z tego, czy pracodawca trzyma się ustaleń umownych z pracownikiem. Jeśli jest umówiony na dwa tysiące miesięcznie, to ma dostać dwa tysiące miesięcznie. To w interesie pracodawcy jest, żeby ponad te dwa tysiące mnożone przez liczbę pracowników pozostało sto tysięcy do jego kieszeni zamiast dziesięciu tysięcy. A jak się nie da, to żeby chociaż na te dwa tysiące starczyło, bo inaczej będzie trzeba dołożyć z własnej kieszeni.
Mało tego: nie od tego jest nawet akcjonariusz! Przecież to też właściciel! I też ma wpływ na rządzenie firmą! A jak ma za mały wpływ, żeby przeforsować swoje rozwiązania, a inne uważa za nieracjonalne, to niech sprzeda akcje! To jest dużo łatwiejsze, niż obrót na przykład głosami wyborców, a czy ktoś postuluje karanie posłów za nieefektywne zarządzanie majątkiem Rzeczypospolitej? To znaczy: ja postuluję, ale żaden socjalista się ze mną nie zgadza, bo oznaczałoby to np. karanie rozdawania zasiłków dla bezrobotnych. Zaręczam, że z przyjemnością sprzedałbym akcję państwa polskiego, jaka mi przysługuje, a kupił jakieś akcje na przykład arabskie, albo akcje Liechtensteinu. Tyle tylko, że wówczas ktoś mógłby kazać mi się stąd wynosić.
Oczywiście: szef powinien wywalić z roboty negocjatora. A właściciel szefa. Ale jeśli tego nie zrobią, powinni po prostu, zwyczajnie, bez niczyjej ingerencji pójść z torbami.
Ale nie za kratki!
"
A jeżeli to szefowie są właścicielami i decydują się nie postępować racjonalnie, to Kowalska może przecież na forum publicznym opisać, co ją spotkało i poddać to osądowi publicznemu."
Właśnie! Dokładnie tak powinien zadziałać Wolny Rynek na niekorzyść firmy!
Argument, że Kowalska miała prawo podpisując pierwszą umowę liczyć na racjonalność firmy, nie przekonuje mnie. A co jeśli firma oferuje pracownikowi pierwszą umowę, po czym za trzy miesiące zmienia jej warunki na niekorzyść pracownika, i argumentuje to tak: "Na pierwszy rzut oka pierwsza umowa była racjonalna, ale po przemyśleniach doszliśmy do wniosku, że nie jest. Racjonalna dla nas jest druga. Pomyliliśmy się, zdarza się, nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, a wygrywa nie ten, co się nie myli, lecz ten, co się z błędów wycofuje i ich nie powtarza." Hę?
I powtarzam: nie pracownik jest od tego, żeby to jemu się tłumaczono, dlaczego taka akurat zmiana jest racjonalna. Poza tym Kowalska rzeczywiście mogła była wykorzystać czas lepiej, gdyby o tym wiedziała. Jednakże na wolnym rynku pracownik i jego pracodawca nie są współpracownikami, lecz rywalami. Zysk jednego to strata drugiego. A jeden z kluczy do sukcesu na wolnym rynku to utrzymywanie strategicznych posunięć w jak największej tajemnicy przed rywalem, i liczenie na to, iż z powodu niedoinformowania podejmie on błędne decyzje.
I to jest normalne! Oczywiście firma mogłaby powiedzieć pracownikowi, któremu kończy się umowa za miesiąc, że nie opłaca się on firmie i w związku z tym nie przedłużą mu jej - chyba że zamiast dwóch tysięcy zgodzi się pracować za półtora. Nie robi tego - bo wówczas prawdopodobnie za miesiąc musiałaby szukać nowego pracownika i zapłacić mu dwa tysiące, jeśli będzie porównywalny z pierwszym, a jeśli tego nie zrobi, ma większą szansę, że będzie miała takiego samego pracownika za półtora.
Powiedzenie o tym z wyprzedzeniem - to dopiero byłoby nieracjonalne!
Na zakończenie: pracownik nie powinien zakładać, że firma, w której pracuje, jest w pełni racjonalna, bo elementem tego założenia jest przesłanka, iż pensja owego pracownika jest minimalną możliwą, a warunki umowy najgorszymi możliwymi dla pracownika. Być może on wie, że na nic gorszego by się nie zgodził, ale firma działająca nie w pełni racjonalnie może swoją nieracjonalność objawić na przykład tak, że zaproponuje mu warunki lepsze.
Co do asumptu racjonalnego działania - tu się nie mogę całkowicie z Tobą zgodzić. Człowiek działa w tak złożonej informacyjnie rzeczywistości, że musi przyjąć pewne uproszczenia. Racjonalność nie jest binarna, zerojedynkowa, ale przyjmuje się najczęściej, że dany podmiot działa przeważnie racjonalnie. Kowalska takie uproszczenie przyjęła, tj. założyła, że firma działa racjonalnie, a ona ugrała to, co jest do ugrania, czyli przecięcie krzywych podaży pracy i popytu na pracę. Opisane przez Ciebie zachowanie firmy działającej w otoczeniu konkurencyjnym jest nieracjonalne i Kowalska ma prawo to rozegrać na forum publicznym - innymi słowy, nie oczekuję sankcji karnych wobec firmy, ale i firma nie może ciągać Kowalskiej po sądach za zszarganą reputację, jeżeli Kowalska opisze publicznie, jak ta firma działa.
A, i jeszcze jedno: czy pracownik postępuje racjonalnie, jeżeli wiąże się z firmą działającą nie w pełni racjonalnie? Problem z logiką liberalizmu czy libertarianizmu polega na dwóch potężnych założeniach upraszczających: równym, terminowym i pełnym dostępie do informacji, posiadanie których warunkuje podejmowanie optymalnych decyzji oraz posiadaniu umiejętności pełnego i prawidłowego ich przetworzenia na czas. Ale, nie ma ustroju bez wad :)
:peppone
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą