Przecież postuluję znieść podatek dochodowy i zastąpić go pogłównym. To jest właśnie równość: każdemu zabieramy po tyle samo! Socjaliści konstruują zaś systemy podatkowe dążące do tego, żeby każdemu zostawić mniej więcej tyle samo. Podatek dochodowy jest takim systemem. Wydawać by się mogło, że skoro stawki są 19, 30 i 40%, to jednak większość zostaje w kieszeni podatnika i nie mam racji, bo można byłoby dyskutować, gdyby zostawała tam mniejszość. Tyle, że w kieszeni podatnika zostaje mniejszość. Z każdej złotówki jakieś 17 groszy idzie na mnie, a 83 na różne podatki. Wynika to z faktu, że w podatku dochodowym ta sama złotówka jest opodatkowana wielokrotnie. Dyskutować można byłoby z podatkiem, który gwarantowałby, że z każdej złotówki do budżetu państwa trafi mniej niż 50 groszy po uwzględnieniu wielokrotnego opodatkowania, akcyzy, VAT-u, etc. Również w sytuacji, gdy wydam milion razy tę samą złotówkę u kumpla, który - naprzemiennie - milion razy wyda ją u mnie.
Oczywiście równość, którą ja proponuję, jest zupełnie inna od tej proponowanej przez socjalistów, ale przecież "inny nie znaczy gorszy" - nieprawdaż, Towarzysze herbu "zakaz dyskryminacji"? (Tego argumentu nie da się wykorzystać w drugą stronę przeciwko mnie - przypominam, że jestem przeciwnikiem zakazu dyskryminacji).
O ile się nie mylę, Autor twierdzi, że właściciel powinien mieć możliwie najszersze (jeśli nie pełne) prawa do swojej własności.
Rozumiem, że właścicielem nie musi być koniecznie osoba fizyczna, ale także osoba prawna. Na przykład... państwo.
Moim zdaniem określenie "właściciel" w codziennym rozumieniu tego słowa stanowi pewien skrót myślowy, a tak naprawdę jest fikcją. Cokolwiek posiadam, państwo może mi to w majestacie prawa zabrać. Wystarczy, że stosowne prawo zostanie uchwalone. Odszkodowanie? To tylko dobra wolna państwa, które uchwaliło prawa regulujące tę kwestię. Ale każde prawo może zostać zmienione.
Twierdzę, że wszystko, co "posiadam", tak naprawdę jest własnością państwa, które tylko pozwala mi tego używać, aczkolwiek w bardzo szerokim zakresie. Mój zegarek mogę zniszczyć, mogę przerobić na odważnik do wagi szalkowej, mogę nawet sprzedać innemu państwu, ale to wszystko tylko dlatego, że faktyczny jego właściciel, państwo polskie, mi na to pozwala. Gdyby pozwalać przestało i stwierdziło, że muszę ten zegarek oddać, zgodnie z prawem(stosownie zmienionym) musiałbym to zrobić lub opuścić (szybko i ukradkiem) obszar pod jurysdykcją państwa polskiego.
W świetle tego poglądu wszelkie protesty Autora co do różnych regulacji, jakie państwo polskie wprowadza dla swoich ruchomości i nieruchomości, stoją w sprzeczności z poglądami Autora na temat własności. Chyba że państwo wg Autora nie ma prawa dowolnego dysponowania swoją własnością?
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą