< >  wszystkie blogi

Bloga rytm naturalny...

"Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku" - N. Davila

Ubezpieczenia w szkołach

4 wrzesień 2008 ·
Nowy rok szkolny się zaczął i przeczytałem o ubezpieczeniach w szkołach. Z grubsza: rodzice któregoś nastolatka nie chcieli wykupić szkolnego ubezpieczenia z sumą 10000 złotych, bo znaleźli niewiele droższe za 100000 złotych sumy ubezpieczenia, w dodatku oferujące zniżki. Szkoła na to odpowiedziała, że ubezpieczenie jest obowiązkowe. A dziennikarze wszczęli śledztwo.

Okazało się, że firmy ubezpieczeniowe płacą prowizje dyrektorom szkół za to, że uczniowie ubezpieczą się właśnie u nich. A dyrektorzy wybierają obowiązującą dla danej szkoły ofertę - z reguły bardzo niekorzystną, przynajmniej w porównaniu z tymi, które są na rynku bez dostających prowizję pośredników. To, oczywiście, wynika z racjonalności postępowania każdej ze stron.

Natomiast obowiązek korzystania z tej właśnie oferty jest skandalem. Nie przekonują mnie nawet tłumaczenia, że w większości przypadków takie pieniądze (za prowizję) nie idą do kieszeni dyrektora. Część tłumaczyła się, że kupuje za nie ubezpieczenie dla nauczycieli i najbiedniejszych uczniów (czemu w tej kolejności i czemu uczeń ma cokolwiek fundować pod przymusem nauczycielowi - który opłacany jest i tak z przymusowych podatków - albo biednemu uczniowi - któremu przy tak rozbuchanym socjalu państwo znacznie wcześniej powinno to zapewnić?) Inni - że to idzie na remonty szkół (a gdzie właściciele szkół, czyli najczęściej samorządy, też zdzierające podatki pod przymusem?).

Skandalem jest oczywiście też to, że uczeń w ogóle musi mieć ubezpieczenie, a w szczególności: że dziesięciolatek musi mieć wykupioną de facto polisę na życie. To, rzecz jasna, zdzierstwo, bo nie oszukujmy się: jaki procent ludzi umiera będąc ubezpieczonymi uczniami? Zwolennikom urzędowego wpieprzania się między rodzica a dziecko po to, żeby uchronić dziecko przed nieodpowiedzialnością bądź niewiedzą rodzica, pragnę tylko zwrócić uwagę, iż tutaj nawet ta argumentacja nie znajdzie zastosowania. Jeśli nieubezpieczone dziecko umrze, to szkoda dotknie rodziców, a nie je. Urzędowe wpieprzanie się dla dobra dziecka, jeśli już, mogłoby wyglądać tak, że to rodzic musi mieć wykupioną polisę na życie.

Moja Żona podała argument, że działanie szkół jest słuszne, ponieważ za ucznia odpowiada nauczyciel i szkoły nie chcą być ciągane po sądach, gdy dziecko rozbije głowę w szkole. Nie zgadzam się i z takim postawieniem sprawy. Po pierwsze: ubezpieczenie nie zwalnia z odpowiedzialności nauczyciela, tym bardziej, że obowiązuje również poza szkołą. Szkoła jest jedynie pośrednikiem w handlu polisą, a nie ograniczeniem zakresu działania ubezpieczenia. Po drugie zaś: jeśli chodzi o to, żeby szkoła nie ponosiła kosztów, to szkoła powinna się ubezpieczyć. A jeszcze lepiej: nauczyciel, o ile uzna to za stosowne. Bardzo podoba mi się tu wzór amerykański, gdzie ludzie pozywali lekarzy o milionowe odszkodowania za błędy lekarskie i teraz większość lekarzy ma wykupione ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej za te błędy. Lekarzy - bo tam nikt na szczęście nie wpadł na pomysł, żeby pacjent musiał być ubezpieczony od błędu lekarza, który się nim opiekuje.

Wykupienie ubezpieczenia nie zwalnia zresztą, jeśli chodzi o stan prawny, nauczyciela z odpowiedzialności karnej, a szkoły z cywilnej. I bardzo dobrze - nie chcemy chyba, żeby nauczyciele poczuli, że nie ciąży na nich odpowiedzialność za uczniów, a jeśli tego chcemy, to powiedzmy to wprost, a nie ukrywajmy za płaszczykiem ubezpieczeń!

Kilka odpowiedzi

Mistrzyni_Gry twierdzi, że dobrowolnie żyję w kraju, w którym mam przymusowy socjal, więc skoro uważam, że chcącemu nie dzieje się krzywda, nie powinienem narzekać. Zasada niezupełnie ma tu zastosowanie, bo ja nie do końca jestem chcącym. W ogólności: żeby zasada mogła działać, legislator musi ją szanować. Gdy jej nie szanuje, doprowadza do sytuacji, w której nie mogę być chcącym, a wówczas jak najbardziej dzieje mi się krzywda. Dotyczy to nie tylko istniejącego socjalu i opiekuńczości. Clue tkwi w tym, że istnieją jakiekolwiek ograniczenia, jakie są nakładane na mnie, gdybym chciał się zrzec swoich zobowiązań wobec Polski, a także przywilejów z nimi związanych. Te ograniczenia to na przykład: brak możliwości zrzeczenia się obywatelstwa polskiego na wniosek obywatela (wniosek musi zaaprobować prezydent, który nie ma takiego obowiązku). Brak możliwości zmiany miejsca zamieszkania bez dokumentów (co byłoby uzasadnione, gdyby np. zakaz przekraczania granicy z Polski na Litwę bez paszportu wynikał wyłącznie z uwarunkowań litewskich, bo wówczas Litwa jest stroną, która nie ma obowiązku zawierania ze mną takiej umowy, ale nie z uwarunkowań polskich). Uzależnianie możliwości podjęcia takiej decyzji od spełnienia jakichś świadczeń na rzecz państwa (w najlepszym wypadku: od wniesienia opłaty za dowód osobisty lub paszport; niestety, są pomysły, by szło to jeszcze dalej - pamiętają Państwo projekt nakazujący ludziom, którzy tuż po studiach opuszczają Polskę, zapłacenie za te studia? I to z mocą wsteczną - bo ci ludzie tego nie wiedzieli zaczynając studia?). Na koniec najgorsze: zapis mówiący, że obywatel któregokolwiek kraju unijnego nie może, korzystając z podwójnego obywatelstwa, wybrać opodatkowania w kraju pozaunijnym. Rozumieją Państwo: mogę wyjechać na przykład do Nowej Zelandii i być chcącym zerwać swoje stosunki z Polską - na przykład obywatelstwo. Prezydent nie musi jednak na to się zgodzić, a wówczas - opodatkowując się w Nowej Zelandii zamiast w Polsce - staję się w Polsce przestępcą skarbowym. Teraz ważna uwaga: mogę się na to zgodzić jako chcący, widząc na przykład status quo typu "Nowa Zelandia nie ma umowy o ekstradycję z Polską". Jeśli jednak kiedykolwiek zacznie ją mieć, to okaże się, że chcącym nigdy nie byłem - i to nie dlatego, że Nowa Zelandia podpisała nagle jakąś umowę, tylko właśnie dlatego, że mimo chcenia nie mogłem się zrzec tego cholernego obywatelstwa!

Przy okazji: od razu mówię, że jeśli uda się obalić ten chory ustrój, jaki mamy, to pozwę nasze państwo o odszkodowania - i to nie za sam socjalizm, a za wszystkie szkody, jakie poniosłem przez to, że państwo działało niezgodnie z prawem! Nic mnie nie obchodzi, że zgodnie z prawem działać nie mogło, bo prawo jest wewnętrznie sprzeczne - było robić niesprzeczne! Na przykład pozwę o oddanie składek, które pod przymusem zabrano na moją przyszłą emeryturę - bo prawo polskie zakazuje zawierania jakichkolwiek zakładów, w których wysokość wygranej zależy od długości czyjegoś życia! I na to prawo - na ten zakaz - jako "chcący" się godzę, twierdzę, że mnie on nie krzywdzi - ale to nie oznacza, że nie mogę czuć się skrzywdzony, gdy ktoś go w stosunku do mnie nie przestrzega!

KoX sugeruje, że zasada "wszystko dozwolone, co nie zabronione literą prawa" nie powinna dotyczyć urzędników. Tak, przewidziałem to, z tym że nadal oparłbym prawo na w/w zasadzie bez żadnych wyjątków! A już tworząc kodeksy administracyjne postarałbym się, aby w nich znalazł się zapis, który zakazuje urzędnikowi podejmowania w stosunku do obywatela jakiejkolwiek decyzji, której podjęcie nie wynika z żadnego konkretnego przepisu administracyjnego - i ten zapis to jest owa litera prawa, która zabrania nadmiernej ingerencji. Wówczas urzędnik nadal może postępować zgodnie z zasadą: wszystko dozwolone, czego nie zabrania litera prawa.

Wreszcie zaganiacz twierdzi, że zawsze stosuje się zasadę domniemania niewinności. Niestety, nie zawsze. W przypadku przestępstw seksualnych coraz częściej się od niej odchodzi. Gdy mężczyzna z obcą kobietą jest w amerykańskiej windzie, patrzy w podłogę, bo gdyby patrzył jej w twarz, a ona oskarżyłaby go o molestowanie spojrzeniem, to on musiałby dowodzić, że spojrzenie lubieżne nie było. Osobiście uważam penalizację lubieżnych spojrzeń za spore nadużycie, ale nie w tym rzecz.

Zwolennicy obecnych rozwiązań argumentują, że w przypadku przestępstw seksualnych ofiara ma małe szanse udowodnić sprawcy winę, a w dodatku włączają jej się silne mechanizmy powodujące, że trudno jej o tym mówić. To wszystko prawda, tyle tylko, że dowiedzenie niewinności jest równie trudne, a nieudane dowiedzenie nawet prawdziwej niewinności może być bardzo przykre. A poza tym: ofiara zabójstwa ma jeszcze mniejsze szanse udowodnić sprawcy winę i jeszcze trudniej jej o tym mówić, a jednak z jakiegoś powodu przyjmuje się, że zabójstwo trzeba sprawcy udowodnić. To tyle, jeśli chodzi o argumenty oparte na trudności dowodu.

 

4 komentarze
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
Rudamaupa - Paparazzo   |  rok i 6 miesięcy temu  |  
Z OSTATNIEJ CHWILI!!!!!

Z ciekawości - jak to jest z tymi ubezpieczeniami zrobiłam dziś (bo akurat była po temu okazja) wywiad w dwóch szkołach państwowych: zespole szkół (technikum, zawodówka, liceum) i podstawówce. W żadnej z tych szkół nie trzeba tych proponowanych przez szkołę ubezpieczeń wykupować (o!). Można samemu się ubezpieczyć gdzie się chce. W takim wypadku należy złożyć do szkoły oświadczenie o rezygnacji z tego szkolnego ubezpieczenia i dobrze byłoby na wszelki wypadek podać tego "swojego" ubezpieczyciela.
Jest jakiś zapis (gdzieś w ustawie, czy rozporządzeniu), że uczniowie muszą być ubezpieczeni - co szkoła egzekwuje - ale nie ma zapisu, ze rodzic MUSI akceptować to szkolne ubezpieczenie.

Diabeł tkwi w szczegółach.

Jak się okazało (też przez przypadek - rodzic w klasie jest brokerem) kwoty ubezpieczenia owszem, są większe - składki porównywalne...ale BARDZO CZĘSTO takie ubezpieczenia nie obejmują zdarzeń podczas pobytu dziecka w szkole i w drodze do/z!!! To dodatkowa ochrona, za którą doliczane są dodatkowe kwoty do składki, więc ostatecznie wcale tak zajefajnie nie wychodzi.
Podsumowując: takie ubezpieczanie dziecka w szkole wychodzi przeciętnie na tle innych tego typu ubezpieczeń a proponowane kwoty odszkodowań i składek przy takich warunkach ubezpieczenia też są porównywalne.

ZAWSZE można wykupić jeszcze jedną gdzieś tam polisę....ale wszystko to są koszty tak czy siak. Każdy zna swoje potrzeby, obawy - więc niech czyni wedle nich.
amonwar
amonwar - Superbojownik   |  rok i 6 miesięcy temu  |  
Z mojego podwórka ...
Ubezpieczyciel jakim jest firma X (nie bede robił reklamy) oddaje prowizję na rzecz samorządu studenckiego. Za te pieniądze USS organizuje juwenalia. Nie są to jakieś wygórowane kwoty ale na 3-4 dni zabawy wystarczy ( bo nie tylko on daje kase przecież, daje jeszcze uczelnia, sponsorzy itp ). Jednak Ubezpieczyciel X stanowi trzon naszej gotówki którą możemy przeznaczyć na dobrą zabawę dla ogółu.

Gdyby tego nie było nie było by juwenalii, nie było by zabawy nie było by niczego...

Druga historia z podwórka...
Absurd jaki znalazłem w ubezpieczeniu, zwrot pieniedzy za potłuczone szkło laboratoryjne. Ubezpieczyciel zwraca kwoty powyżej 300 pln. Jeśli zbiłem za 100 pln to zeby mi sie opłacało musze dobić do 300 !!! Kompletna głupota, niestety takie rzeczy mają miejsce.

Trzecia historia z podwórka
Koleżanka straciła jakiś tam procent wzroku na zajęciach, nie miała okularów ochronnych. Oczywiście odszkodowania nie ma. Samorząd ciągle walczy o to zeby chociaż za okulary zwrócili, narazie bezskutecznie. Jej sie odszkodowanie nie należy bo nie przestrzegała przepisów BHP. Tyle ze kiedy ja sie zapytałem o okulary ochronne to zostałem bezczelnie wyśmiany i powiedziano mi ze musze sobie kupić (co oczywiście zrobiłem).

No i ostatnia
Rzecz działa sie na jakiejś stoczni. Szedł sobie pan i niefortunnie spadło na niego jakieś baardzo ciężkie żelastwo. Śmierć na miejscu, ale odszkodowania brak... bo ... nie miał kasku. Pytanie, czy kask uchroniłby go przed ważącym pare ton elementem ? No raczej nie, ale brak przestrzegania BHP. Tym sie najcześciej tłumaczą ubezpieczyciele... ale czy można mieć im to za złe ? Oni przecież wykonują swoją pracę...
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
KoX - Superbojownik   |  rok i 6 miesięcy temu  |  
W temacie urzędnika: OK.
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
Rudamaupa - Paparazzo   |  rok i 6 miesięcy temu  |  
Ubezpieczanie dzieci uważam za dobry pomysł. Nie ważne czy to w szkole, czy poza nią. Najgorsze w tych ubezpieczeniach nie jest niestety płacenie składek, tylko uzyskanie w razie jakiegoś wypadku odszkodowania.
Wtedy to się trzeba naużeraaaać że ho ho.
Otóż niemiłym zaskoczeniem było dla mnie to, że za podrapaną (i to dość głęboko-do krwi) twarz dziecka - rodzic nie dostannie odszkodowania. Lekarz napisał: zadrapanie naskórka. To zadrapanie - nie stanowi uszczerbku na zdrowiu, pomimo tego, że bolało, że trzeba było kupić leki, że oszpeciło dzieciaka na dwa tygodnie a potem zostały blizny. Nikt nie był winien - ani ten, co podrapał - na pewno tego nie wiemy bo winny sie nie przyznaje a mnie (nauczyciela) przy tym nie było, innym dzieciom nie można wierzyć; ani nauczyciel - wie pani..dzieci się czasem biją (sic!); ani szkoła - gdybyśmy się każdą bójką zajmowali(dyrektor)......ręce opadają. Rodzic jest jednak twardy - już 8 miesięcy trwa użeranie się z ubezpieczycielem jednak o wypłacenie odszkodowania i jak go znam - nie popuści.
Taka sytuacja jest również powodem do oddzielnej dyskusji na temat bezpieczeństwa w szkołach.
Ale! A pro po ubezpieczenia jeszcze napiszę, że jak się coś stanie w wakacje, daleko od domu - pomimo lekarza, badań - nie mając przy sobie druku zgłoszenia szkody - guzik można zdziałać, bo obowiązuje termin zgłoszenia szkody, po przekroczeniu którego żądania są bezzasadne, albo jeśli się zmieścimy w terminie - ubezpieczyciel dodatkowo kieruje do "swojego" lekarza....ale po dłuższym czasie uraz się goi, czasem nie pozostaje po nim ślad i też guzik z odszkodowania. Dlatego trzeba zawsze zbierać pełną dokumentację, prosić o wydawanie opinii lekarskich, ba! nawet robienie zdjęć się może przydać...a potem walczyć z ubezpieczycielem.
Czy można to jakoś uprościc?

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi