< >  wszystkie blogi

Bloga rytm naturalny...

"Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku" - N. Davila

Dzieci - druga uwaga ogólna

22 październik 2008 ·
Zacznę może niespodziewanie, bo od wypadków ś.p. Bronisława Geremka i ś.p. Joerga Haidera. Pisałem, co o tym sądzę politycznie. Otóż z punktu widzenia użytkownika dróg hierarchia obu wypadków jest odwrotna: śmierć profesora Geremka była mniej korzystna niż śmierć Haidera. Uwaga semantyczna: "być mniej korzystnym", "być mniejszym zyskiem", "być większą stratą" to są synonimy, nawet jeśli dotyczą czyjejś śmierci. Nigdzie nie piszę, że zysk jest dodatni.

Otóż o ile wiem (z mediów co prawda, ale w tej kwestii są one znacznie bardziej wiarygodne, niż w wielu innych) profesor Geremek nie był wirtuozem kierownicy, i nawet sam spowodował swój wypadek. Starał się jeździć rozsądnie, rozważnie i odpowiedzialnie - i pechowo z jakiegoś powodu mu się to nie udało. Co, oczywiście, oznacza, że równie dobrze w ten sam sposób mogłoby mu się drugi raz nie udać, gdyby ten pierwszy przeżył... Jednakże Joerg Haider nawet się nie starał jeździć rozważnie i odpowiedzialnie. Jechał bodajże dwukrotnie szybciej, niż przepisy pozwalały (co jest niebezpieczne zawsze - nawet jeśli ograniczenie jest bzdurnie niskie, to kierowcy jadący tuż obok mnie mają prawo oczekiwać, że będę go przestrzegał, i dostosowywać do tego swoją jazdę), a do tego pod wpływem alkoholu. Klasyczny wariat drogowy.

Otóż uważam, że w tym przypadku wypadek Haidera był o tyle mniejszą stratą, że gdyby obaj przeżyli - to Haider wydawał się znacznie bardziej prawdopodobnym sprawcą kolejnego wypadku. Niekoniecznie śmiertelnego, a jeśli już - niekoniecznie tylko dla niego. Jak każdy wariat drogowy.

I dlatego śmierć wariata drogowego w wypadku jest korzystna dla innych użytkowników dróg.

Natomiast w imię opiekuńczości nad nami kolejne rozporządzenia stawiają samochodom coraz wyższe wymogi bezpieczeństwa dla kierowcy i pasażerów. Samochód musi wytrzymać uderzenie o mur z zadaną prędkością i setki innych tego typu norm. Przez to samochody są cholernie drogie w porównaniu z tym, jakie mogłyby być, gdyby a) nie trzeba było ich tyle marnować na testy i b) początkujący producent mógł sprzedać pierwszy samochód, zanim rozwali dziesięć, dzięki czemu miałby większe szanse wejść na rynek. Nie to jest jednak najgorsze. Azymut tych zmian leży mniej więcej tam, gdzie samochód będzie tak "bezpieczny", że kierowca nie odczuje zdrowotnie uderzenia o mur z prędkością 500 km/h - i jeśli do tego czasu nie każdy "Haider drogowy" zdąży zginąć, to piesi zaczną ginąć masowo.

Zjawisko jest chyba logiczne: im mniej pozwalamy producentom produkować auta, które same ze względu na konstrukcję będą karać kierowców za zbyt brawurową jazdę, tym bardziej trzeba się bać kierowców...

I to w zasadzie wszystko, co chciałem napisać o dzieciach - których karanie najpierw się coraz drastyczniej ustawowo ogranicza, a potem ci sami, którzy ograniczyli lub popierali organiczenia, dziwią się, że z dzieciaczków wyrastają wyrostki o manierach niespotykanych w żadnej grupie wiekowej jeszcze 50 lat temu. Być może ktoś uważa tę zmianę za korzystną (ja nie!), natomiast trzeba się zdecydować: albo narzekamy na czasy, w których dzieci wolno było lać pasem, jeśli nabroiły, albo na takie, w których dzieciom powyżej pewnego wieku należy na wszelki wypadek schodzić z drogi. Albo jedno, albo drugie. Ja narzekam na drugie.

 

3 komentarze
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
Mistrzyni_Gry - Bojownik   |  rok i 28 dni temu  |  
"Zjawisko jest chyba logiczne: im mniej pozwalamy producentom produkować auta, które same ze względu na konstrukcję będą karać kierowców za zbyt brawurową jazdę, tym bardziej trzeba się bać kierowców..."

Mam nadzieję, że się mylę, ale czy Autor sugeruje, że lepiej jest produkować mniej bezpieczne auta???
Owszem, zapewne istnieje jakaś logiczna przesłanka za tym.
Tylko że prawie wszystko ma swoje jakieś wady, a istnienie jednej nie dyskwalifikuje jeszcze, o ile przeważają zalety.

Przykładowo - instytucja małżeństwa.
Ileż z niej szkód wynika...
Bogatsza ze stron musi utrzymywać biedniejszą i przez to obniża swój stan posiadania.
Gdy obie strony chcą się rozstać, nie mogą bez załatwiania długich formalności (a jeśli poważnie traktują przysięgę w Kościele, to w ogóle).
Konieczność zadawania się z być może niezbyt sympatycznymi nowymi członkami rodziny.
Ograniczenie wolności...
Zjawisko jest chyba logiczne - im bardziej promujemy instytucję małżeństwa, które powoduje tyle nieszczęść, tym bardziej cierpi wielu ludzi. Z drugiej strony - zakazanie zawierania małżeństw - ileż korzyści by z tego wynikło...

I cóż z tego?
Wszystko to logiczne, ale przecież chociażby Autor jest żonaty i to sobie chwali (czasami zadziwiająco głośno). Mimo iż z faktu zawarcia małżeństwa wynikły dla Niego także pewne straty i ograniczenia, tak jak zresztą z każdego zobowiązania wynikają.
Dochodzimy tu do wniosku, że aby ocenić czy należy produkować bezpieczne samochody/zezwalać na instytucję małżeństwa, trzeba ocenić nie tylko wady, ale także zalety.
A cokolwiek by nie kombinować - fakt, że producenci samochodów starają się, żeby ich produkty były jak najbardziej bezpieczne, ma także i zalety. MOŻE nawet więcej, niż ma wad?

Rozważmy scenariusz, gdzie zderzają się dwa samochody, jeden prowadzony przez wariata drogowego, drugi przez bezpiecznego kierowcę.
Załóżmy, że jeżeli będą to samochody bezpieczne, obaj kierowcy ocaleją, doznając niewielkich kontucji.
Jeżeli nie będą to samochody bezpieczne (jak postuluje Autor), obaj zginą.
Który z tych przypadków Autor uważa za lepszy?

Wariatów drogowych nie powinna karać natura, lecz prawo.
Nie każde przekroczenie przepisów drogowych zasługuje na śmierć lub kalectwo, a natura nie jest sprawiedliwa - nie sprzyja najuczciwszym, tylko najlepiej przystosowanym.
niq
niq - Bojowniczka   |  rok i 29 dni temu  |  
Jeśli wywodzić obserwację, że kiedyś dzieci/młodzież/dwudziestolatkowie byli grzeczniejsi, uprzejmiejsi i ustępowali powszechnie miejsc w autobusach (lub dyliżansach) z faktu, że kiedyś zupełnie legalnie można było dzieci prać - to ja mam pytanie.
Jak szanowny Autor zinterpretuje fakt, że wszyscy oskarżeni i osądzeni za bicie, znęcanie się fizyczne (nie za klapsy! nie za trzepnięcie w tyłek! za bicie pięścią, lanie kablem, sznurem, łańcuchem, przypalanie żelazkiem etc uszkodzenia ciała!) przyznawali, że byli bici (mniej lub intensywniej) przez swoich rodziców? Co więcej, dotyczy to również sprawców, którzy nie ograniczyli się z przemocą do swoich bliskich, ale również pobili kogoś na ulicy, stadionie czy w pociągu.

Moim zdaniem, to nie pranie dziecka zbawiennie wpływa na jego maniery, tylko nauka manier. A że w tym samym czasie, kiedy pranie dzieci (o ile nie kończyło się zgonem pranego, lub jego pobytem na OIOMie) było dopuszczalne i legalne, jednocześnie też rodzice mieli więcej czasu i chęci na wpajanie pewnych reguł funkcjonowania, stąd też i Autor dostrzegł artefakt statystyczny: w czasach legalnego bicia dzieci były grzeczniejsze. (zakładając że jest to obserwacja prawdziwa, a nie standardowe sklamrzenie pana w pewnym wieku, które to sklamrzenie można i u Platona usłyszeć)
Otóż ja mam więcej takich statystyk:
w czasach legalnego bicia dzieci - dzieci były niższe.
W czasach legalnego bicia dzieci (i to bez ograniczeń!) dzieci umierały na awitaminozę, anemię, grypę i różyczkę.
W czasach legalnego bicia dzieci czternastolatki wychodziły legalnie za mąż.
W czasach legalnego bicia dzieci średnia wieku oscylowała koło 50 lat( lub 30, jak odpowiednio głębiej sięgnąć).
W czasach legalnego bicia dzieci nikt nie musiał oddawać dziecka do przedszkola ani szkoły.

I tak dalej, ja mogę długo, niech Autor wyciąga wnioski...
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
LordKaftan - Superbojownik   |  rok i 30 dni temu  |  
W polskim kodeksie karnym od dawna jest przepis zakazujący kar cielesnych, nawet pod karą więzienia. W konstytucji odpowiedni zapis też jest. Nie wiem jak było w PRL bo nie dotarłem do kodeksu karnego z tamtego okresu. Pewnie prawo było łamane. Bo czym różni się danie dziecku klapsa od uderzenia dorosłego człowieka? Tym, że dziecko niespecjalnie może oddać?
Gdzie przeprowadzisz granicę, jak określisz kiedy "klaps" jest jeszcze wychowawczy, a kiedy to już jest znęcanie?
Miłoby było gdyby to nie był absurdalny przepis typu: "Można bić żonę kijem nie grubszym niż 2 cale"

Swoją drogą-narzekania typu "a młodzież była kiedyś bardziej grzeczna" pewnie datują się na czasy prechistoryczne. Kiedyś wszystko było lepsze i kiedyś wszyscy byli młodzi :P.

Chciałem też podkreślić, że jestem zwolennikiem "klapsów"-oczywiście w umiarkowanych ilościach i w naprawdę rozsądnych sytuacjach.

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi