Widzę, że niezrozumienie budzi mój upór przy
vacatio legis i jako kontrprzykład podaje się prący błyskawicznie do przodu Internet. Otóż w celu uregulowania (minimalnego, ale jednak koniecznego) kwestii internetowych wcale nie trzeba wprowadzać nowego prawa - wystarczy stosować dotychczasowe proste i zwięzłe (co postuluję od początku) z zasadą, którą
Mistrzyni_Gry nazywa "zasadą precedensu negatywnego" (dodałbym jeszcze "odroczonego"). Po cholerę wpisywać w kodeksy zakaz włamywania się do cudzych skrzynek e-mail, jeśli kodeksy te już zawierają ochronę tajemnicy korespondencji i rozgarnięty sędzia nawet skaże od razu na tej podstawie (tłumacząc, że zwykły zdrowy rozsądek powinien wystarczyć, aby człowiek pojął, że jeśli nie wolno czytać poczty zwykłej nieadresowanej do niego, to elektronicznej też nie), a mniej rozgarnięty sędzia po prostu uzna, że jest to czyn karalny z paragrafu o naruszenie tajemnicy korespondencji, ale obywatel miał prawo o tym nie wiedzieć, odstąpi od wymierzenia mu kary - ale da zielone światło do skazywania wszystkich, którzy po tej dacie włamią się do czyichś skrzynek?
Miałem przyjemność rozmawiać dziś z pracownikiem kolei. I zauważyłem że na hasło "podaj mi to czerwone g***o" wcale nie reaguje wolniej niż na "podaj mi płóz S49". Zatem owe komplikacje muszą mieć wyłącznie kasę na celu :>
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą