"Dziennik" opublikował niedawno listę dziesięciu najgłupszych (zdaniem Autora; zaznaczył, że to subiektywna ocena) śledztw prowadzonych przez prokuratury polskie w ostatnich latach. Kwalifikowały się tylko śledztwa, które - zdaniem Autora zestawienia - delikatnie mówiąc uchybiały powadze prokuratorskiego urzędu, a ponadto nie zakończyły się skazaniem (a jeśli trwają, nie wygląda, jakby miały się zakończyć). Przeleciałem listę pobieżnie, bo o większości spraw miałem pojęcie, ale potem coś przykuło moją uwagę. Oto lista spraw:
1. Nazwanie polskiego prezydenta "kartoflem" przez "Die Tageszeitung". 2. Morderstwo służbowego laptopa Zbigniewa Ziobry 3. Wanna Wassermanna. 4. Publikacja materiałów dotyczących WSI przez "Gazetę Wyborczą" i "Dziennik". 5. Bezdomny lżący Kaczyńskiego. 6. Rysunek internetowy: kacze kupry + tekst "A teraz, kochani wyborcy..." 7. Ron Asmus i tajemnicze spotkania Radosława Sikorskiego. 8. Zapytanie Palikota o problemy alkoholowe prezydenta. 9. Nazwanie prezydenta chamem przez Palikota. 10. Nazwanie prezydenta durniem przez Wałęsę.
To, na co publicysta nie zwrócił uwagi, nie umknęło mojej, mianowicie: na 10 spraw aż 6 toczyło się z paragrafu zakazującego znieważania głowy państwa polskiego.
Lista naturalnie jest subiektywna, jednak gdyby ją przedłużyć, to od ręki przychodzą mi do głowy cztery przykłady, z czego trzy - z tego samego paragrafu. A teraz moje przemyślenia.
Po pierwsze: prosta obserwacja pokazuje, że choć paragraf ów istnieje już od jakiegoś czasu, to śledztw z tego paragrafu nie było aż tylu za żadnej innej kadencji prezydenta w Polsce od 1990 roku. Po drugie: przy tego typu sprawie raczej trudno mówić o niższej bądź wyższej wykrywalności przestępstw. Ten czyn staje się przestępstwem dopiero wtedy, gdy zostanie wykryty (wykrywalność sprawców to zupełnie inna sprawa, ale w tych przypadkach jest duża; kto wie, czy nie stuprocentowa).
Jak dla mnie, wynika z tego jedno z dwojga (lub oba naraz): (A) obecny prezydent jest chętniej lżony niż poprzednicy lub (B) prokuratorzy chętniej niż za poprzedników wszczynają takie sprawy. Moim zdaniem występuje tu współistnienie tych dwóch wniosków.
(A) jest dla mnie w miarę oczywiste. Można się spierać, czy jest to rzeczywiście najgorszy polski prezydent od czasów Jaruzelskiego włącznie (moim zdaniem tak), ale faktem pozostaje, że jego nie lubi najwięcej osób w Polsce. Być może również lubi go najwięcej, ale lżą ci, co nie lubią.
(B) z kolei może wynikać z tego, że od czasu rozpoczęcia prezydentury Lecha Kaczyńskiego czuje się pewien polityczny nacisk PiS na prokuraturę; był on osobliwie silny w latach 2005-2007 (po wyborach część tego nacisku przejęła PO). Być może jest on rzeczywisty, być może tylko odczuwany społecznie, niemniej prokuratorzy mogli - pod wpływem nakazu albo wewnętrznego przekonania - zrobić się bardziej małostkowi. Zresztą małostkowy bywa przecież prezydent, a takie postępowania wszczyna się z urzędu. Napisałem, że być może obecnego prezydenta lubi więcej ludzi, niż poprzednich, bo "kacze kupry" zaczęły karierę prokuratorską od donosu obywatelskiego.
Gdziekolwiek nie tkwiłyby przyczyny, istotna jest inna rzecz. Poszukałem i nie znalazłem od 1989 roku ani jednego przypadku skazania kogoś za lżenie głowy państwa. Na razie są same umorzenia, które trochę ośmieszają prokuraturę, a oprócz tego niemało pieniędzy kosztują podatnika. Zastanawiam się więc, czy taki przepis faktycznie jest potrzebny.
Urzędowi Prezydenta należy się pewna prawna ochrona i pewien szacunek; inaczej grozi nam śmieszność na arenie międzynarodowej (choć nie jestem pewien, czy szacunek należy się każdej osobie, która ten urząd piastuje - acz ja osobiście zacząłem nieco szanować Lecha Kaczyńskiego, odkąd on zaczął szanować irlandzkie weto w kwestii Traktatu Reformującego i skutki, jakie ono niesie zgodnie z literą owego traktatu). Nie wydaje mi się jednak, żeby obecny przepis był dobry, z powodu wadliwości działania.
Postulat: niech prezydent będzie traktowany w tym względzie prawie jak zwykły obywatel. W tym sensie, że sprawa trafia na wokandę tylko wtedy, gdy prezydent osobiście poczuje się urażony i to on poskarży się prokuraturze. Innymi słowy: znika ściganie tego "z urzędu". Jako uprzywilejowanie prezydent, w odróżnieniu od zwykłych obywateli, miałby prawo - poza roszczeniami cywilnymi - domagać się dla obrażającego sankcji karnych w takim wymiarze, w jakim obecnie przewiduje je kodeks karny.
Bo, szczerze pisząc, kto bardziej ośmieszył prezydenta: człowiek, który wypozycjonował jego stronę bardzo wysoko, jeśli wyszukiwało się wg słowa "kutas", czy człowiek, który zdecydował, że sprawa ta została nagłośniona na cały kraj?
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą