< >  wszystkie blogi

Bloga rytm naturalny...

"Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku" - N. Davila

Odpowiedzi

20 grudzień 2008 ·
Dziękuję KoXowi za nagranie mi snookerowego komentarza. Niestety, Eurosport nie puścił interesującego mnie fragmentu z odtworzenia. Namnożyło się trochę pytań i uwag, więc odpowiem przy sobocie.

"Czy naprawdę tylko wygodne dla Ciebie wytłumaczenia niewielkiej ilości odpowiedzi uważasz za prawdopodobne?"

Tak, ale nie upieram się przy tej ocenie. "Wygoda" to cecha uboczna; cechą zasadniczą jest to, że takie wytłumaczenia po prostu przyszły mi do głowy. Z ochotą wysłucham innych.

"Tylko że banda Janosika nie stanowi prawa!"

Jeszcze raz, łopatologicznie, bo tu jest kwestia, w której być może nie różnimy się w poglądach, tylko się nie rozumiemy. "Daję sobie prawo zabierania ludziom pieniędzy po swoim uważaniu i rozdawania tego, co zrabuję, innym również po swoim uważaniu, częściowo - także po swoim uważaniu - zatrzymując zabrane dobra". Takie zdanie może wypowiedzieć każdy - złodziej, banda Janosika, państwo - i za każdym razem jest ono logicznie spójne. Zupełnie niezależnie od tego Mistrzyni_Gry może uznawać prawo państwa do takiej działalności, a nie uznawać analogicznego prawa Janosika - co oznacza tylko tyle, że jeśli zdanie to wypowie państwo, to Mistrzyni_Gry uzna to zdanie za wiążące dla siebie, a jeśli wypowie je Janosik, to nie. Natomiast nadal w tym drugim przypadku jest to prawo stanowione przez Janosika - tyle, że nieuznawane przez Mistrzynię_Gry. Przeze mnie, nawiasem pisząc, też. Notabene: poparcia społecznego dla działań Janosika wyrażonego w procentach mógłby mu pozazdrościć niejeden legalnie działający rząd.

"Ty jesteś człowiekiem i Twoja żona jest człowiekiem. Jeżeli ktoś mówi "człowiek", to skąd wiesz, które z Was ma na myśli?"

Znikąd - właśnie dlatego, że mówi tylko "człowiek", bez przymiotników i bez kontekstu, a słowo samo w sobie oznacza tylko przedstawiciela gatunku homo sapiens, i dlatego wskazanie konkretnego osobnika (lub choćby zawężenie grupy) wymaga dookreślaczy. Z demokracją jest tak samo.

"(...) ustrój, w którym rządząca większość nie dba o prawa mniejszości to owszem, są rządy większości, ale już nie demokracja (bez przymiotników) w dzisiejszym tego słowa znaczeniu."

Przyjmijmy - choć oznaczałoby to psucie semantyki i utrudnianie zrozumienia słów za pomocą źródłosłowów, ale byłoby przynajmniej zgodne z zasadą Zipfa-Mandelbrota, że częściej używane słowa i zwroty powinny być krótsze. Problem polega na tym, że niezależnie od teorii w praktyce nawet w dzisiejszych demokracjach z prawami mniejszości różnie bywa. Wymowny przykład, to poszanowanie większości Polaków dla prawa mniejszości byłych ubeków do ochrony nabytych praw emerytalnych. Nie wdając się w słuszność zmniejszania ubekom emerytur - czy nie sądzą Państwo, że było to możliwe tylko dlatego, że ci, którzy na tym stracą, stanowią w Polsce mniejszość, a nie większość?

""jeden dzień w tygodniu pracowało się na podatek, cztery na siebie."
Nie czuję się mocny w historii, ale w liczeniu na palcach trochę tak. Z jakiego powodu cztery a nie pięć?
"

Pisałem, gdy byłem zmęczony. Tak naprawdę, do celów wyliczeń to sześć - dzień wolności podatkowej liczy się z uwzględnieniem niedziel i świąt, zarówno przed, jak i po. Co tylko wzmocniłoby tezę, że dzień wolności podatkowej wypadał wtedy wcześniej. Przeoczyłem też fakt, że pańszczyznę liczyło się od gospodarstwa domowego, a nie od liczby mieszkających tam osób.

"Myślę, że dobrze jest przyjąć, iż prawo stanowi ten, czyja egzekutywa działa w praktyce. W małej skali znaczy to, że czasami w ciemnym parku prawo stanowi nie państwo, lecz człowiek lokalnie silniejszy -- jeśli ów zdoła ujść prokuratorowi; w dużej skali pozwala nazwać prawem regulacje poprzewrotowe."

Ciekawa uwaga. Rzeczywiście: w małej afgańskiej wiosce prawo mogła stanowić jakaś rada starszych, dopóki nie przeszkodzili im talibowie, z których prawem się to nie zgadzało, a którzy byli silniejsi, dopóki tym ostatnim nie przeszkodzili Amerykanie z tych samych powodów. Dlatego moim zdaniem nie należy mieszać stanowienia prawa, uznawania prawa i stosowania prawa.

""jeden dzień w tygodniu pracowało się na podatek, cztery na siebie."
Co do historii, to jeden dzień pańszczyzny obowiązywał polskiego chłopa jeszcze w XV wieku, ale potem się toto rozrosło do nawet i 10 (osobodni). Naturalna konsekwencja obowiązującego w feudaliżmie rozwarstwienia społeczeństwa - słabi i pozbawieni praw są konsekwentnie coraz bardziej wykorzystywani.
"

Proszę o źródło; nie chce mi się wierzyć, że 10 osobodni w tygodniu obowiązywało w sytuacji, gdy samotni chłopi też musieli się zdarzać. Natomiast faktycznie: w dwuosobowym gospodarstwie domowym oznaczało to obciążenie na poziomie 10/14 = trochę ponad 70%. Czyli i tak niższe, niż obecne w Polsce obciążenia podatkowe, jeśli się weźmie pod uwagę wszystkie podatki pośrednie, ukryte, akcyzowe, a także fakt, że ten sam dochód jest wielokrotnie opodatkowany (czasem nawet bez zmiany właściciela, vide podatek Belki). Dla mnie była to naturalna konsekwencja tego, że panowie w feudalizmie zyskali prawo decydowania o podatkach. Póki go nie mieli, feudalizm miał się całkiem nieźle.

"Prawo tego zabraniające nie pomoże, bo kto zaprotestuje, jeśli zostanie zmienione?"

Hm... Powinien rozsądny człowiek tracący na zmianie prawa. Oczywiście ani jego, ani tego zyskującego słuchać się nie powinno, bo są zainteresowani, a dobre prawo jest dobre niezależnie od tożsamości osób, których interesy chroni; podobnie jest ze złym. Niestety, niekiedy zainteresowani są wszyscy, a coś uchwalić trzeba. Zwracam jednak uwagę, że dopiero od momentu, gdy szlachta uzyskała władzę ustawodawczą w Polsce, zaczął się upadek - najpierw feudalizmu, a potem, w konsekwencji, całego państwa.

"Czy uważasz za wewnętrznie sprzeczne, żeby jakiś byt (nazwijmy go B) był jednocześnie miłosierny (zgodnie z ludzkim pojmowaniem miłosierdzia) i sprawiedliwy (zgodnie z ludzkim pojmowaniem sprawiedliwości)?"

Tak, zgodnie z ludzkim pojmowaniem wewnętrznej sprzeczności. Wystarczy do tego wymóg sprawiedliwości. Nie ma czegoś takiego, jak "ludzkie pojmowanie sprawiedliwości". Dla jednego socjal jest sprawiedliwością, dla drugiego nie. Obaj są ludźmi, więc oba pojęcia są ludzkie. Dla jednych sprawiedliwe jest, żeby Hitler był w piekle i tylko tam, dla drugich: żeby w niebie i tylko tam. Spełnienie obu żądań naraz - a tylko to dawałoby szansę pełnej zgodności z ludzkim pojmowaniem sprawiedliwości - jest "po ludzku" wewnętrznie sprzeczne - mimo, że Bóg może to zrobić, a Schroedinger pojąć.

Przy okazji: moje poczucie sprawiedliwości bazuje na tym, jak ja rozumiem biblijne. Przypomina mi się przypowieść o bogaczu i Łazarzu. Może przytoczę:

"        Jezus powiedział do faryzeuszów:
        Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany.
        Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: "Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu".
        Lecz Abraham odrzekł: "Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać".
Tamten rzekł: "Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki".
        Lecz Abraham odparł: "Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają". Tamten odrzekł: "Nie, ojcze Abrahamie, lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą".
        Odpowiedział mu: "Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą".
" (Łk 16, 19-31)

Proszę zwrócić uwagę: Bóg ukarał bogacza za obojętność na biedę bliźniego, ale nawet On uznał, że podczas ziemskiego życia poszanowanie wolnej woli człowieka jest ważniejsze, niż złamanie jej w imię niedopuszczenia do zagłodzenia innego człowieka. I uznaje to konsekwentnie: nie próbuje na siłę zrobić z braci bogacza aniołów. Więc ja też tak uznaję, bo nie będę z Bogiem polemizował. Chętnie dzielę się z biednymi na miarę moich możliwości (między innymi, choć nie tylko, po to, żeby nie podzielić losu tego bogacza), natomiast protestuję przeciwko temu, żeby wyręczało mnie w tym państwo pod przymusem. Bo gdy jest przymus, nie mam żadnej zasługi.

"wierzę, że Bóg jako Wszechmogący może być miłosierny i jednocześnie niemiłosierny, zielony, całkowalny, urojony, surowo-nebulowy i mechanosynkretyczno-1,2-transfluorofleksyjnie metazborny; może dzielić przez zero, sepulić, wywrócić się na bierną stronę księżyca 2pi razy na kilogram masy upadłościowej koma durszlak(void), zrozumieć ten bełkot i traktat lizboński (sic!)"

Tę wypowiedź przytaczam głównie dlatego, że mnie bardzo rozbawiła. Przy czym traktat lizboński ja akurat mogę zrozumieć bardzo łatwo - będąc wszak tylko człowiekiem - choć potrzebuję w tym celu przyjąć założenie o złej woli lub głupocie jego autorów. Oczywiście, to założenie musi być błędne.

"A Ty jak sądzisz, lepiej być złodziejem(co niektórzy przypisują socjalistom) czy mordercą(co niektórzy przypisują kapitalistom)?"

Powtarzając za KoXem "Uważam, że lepiej być "mordercą" dla "złodziei" niż "złodziejem" dla "morderców".", natomiast chciałem udzielić przy tej okazji Mistrzyni_Gry rady merytorycznej. Jeśli chce się za pomocą podobnej metafory kłócić z prawicowcem, to warto ją dopracować. Przypominam, że sporo prawicowców jest za karą śmierci za morderstwo, ale nie za zabójstwo ani za nieumyślne spowodowanie śmierci, i w związku z tym doskonale znają rozróżnienie. Warunkiem koniecznym (niewystarczającym!) morderstwa jest to, żeby śmierć ofiary była celem, a nie tylko skutkiem ubocznym, choćby był to skutek pewny. Mordercą jest ten, kto wbija Ci nóż w serce po to, żeby Cię zabić. Zabójcą - ten, który to robi po to, żeby sprawdzić, czy nóż jest ostry. Nieumyślne spowodowanie śmierci jest wtedy, gdy chce sprawdzić, czy jest ostry, wbijając Ci nóż w rękę, ale pechowo chybi. Celem wolnościowca jest to, żeby państwo nikomu nie dawało nic za darmo, co istotnie niekiedy miewa skutek uboczny w postaci śmierci głodowej. Rzadko, bo w naturze ludzkiej leży raczej pomaganie tym, którzy poproszą, choćby z potrzeby hedonistycznego poczucia wyższości, ale się zdarza. Dlatego sugeruję zmienić "morderstwo" na "zabójstwo" lub "nieumyślne spowodowanie śmierci", żeby nie narażać się na śmieszność. Zwracam uwagę, że jeśli chodzi o złodziejstwo, nie ma symetrii: złodziej, który chciał mi ukraść tylko pieniądze, w związku z czym wyjął z mojej kieszeni portfel z dokumentami, ukradł mi również dokumenty, mimo oczywistej uboczności skutku.

No i teraz odpowiedź na pytanie o definicję kradzieży. Proszę tylko wcześniej przypomnieć sobie rozróżnienie między wolnością a możliwością; "mieć prawo" odnosi się do wolności.

Kradzieżą nazywam każde przeniesienie własności z wyjątkiem poniższych przypadków:

1. Przeniesienie jest wynikiem wyegzekwowania wyroku wydanego przez niezależną władzę sądowniczą, a jego celem jest wyrównanie szkód i krzywd wyrządzonych przez bezumowne działanie deliktowe.

2. Przeniesienie jest wynikiem umowy, która przynajmniej z perspektywy dotychczasowego właściciela cechowała się dobrowolnością i brakiem dorozumienia. Dobrowolność oznacza, że właściciel miał zarówno prawo, jak i możliwość niezawierania tej umowy, a także, że jej niezawarcie nie ograniczało w żaden sposób jego prawa do zawierania innych umów, choć mogło ograniczać możliwości tychże umów zawierania. Brak dorozumienia oznacza z kolei, że do zawarcia umowy konieczne było wyrażenie oświadczenia woli wprost, nie doszło zaś do sytuacji, w której zawarcie umowy zostało stwierdzone implicite przez jakiekolwiek inne działania bądź zaniechania właściciela - na przykład poprzez niewyjeżdżanie z Polski. Nie wyklucza to sytuacji, w której umowa zawarta została automatycznie jako przedłużenie lub skutek innej umowy, która z kolei została automatycznie zawarta... etc. - pod warunkiem, że łańcuszek kończy się na umowie zawartej w sposób niedorozumiany. Dorozumienie dopuszczam w przypadku umów, w przypadku których z powodów praktycznych zawieranie umów wprost jest nieżyciowe, ale tylko pod warunkiem, że człowiek miał możliwość przy zachowaniu należytej staranności zapoznać się z treścią takiej umowy i sposobem jej zawarcia, a także zdecydować o jej zawieraniu lub niezawieraniu, zanim zaczęła ona go w jakikolwiek sposób obowiązywać. Na przykład: zapis typu "wejście do autobusu jest równoznaczne z zawarciem umowy przejazdu" jest dopuszczalny, o ile widnieje na przystanku. Jeśli nie widnieje, a widnieje w autobusie, człowiek powinien mieć prawo wejść do autobusu i bez płacenia za bilet jechać nim tyle czasu, ile potrzebuje, żeby zapoznać się z treścią umowy. W tym momencie powinien wysiąść przy najbliższej okazji, zapłacić za bilet zgodnie z umową, lub zostać uznany za złodzieja.

Wreszcie, dla potrzeb powyższej definicji, za własność uważam możliwość dysponowania - w tym sensie każdy człowiek jest również właścicielem swojego czasu i bezumowne przymusowe zagospodarowywanie mu go jest również kradzieżą. Kradzieżą jest również nieprzeniesienie własności mimo zawarcia zobowiązującej do tego umowy, o ile była to umowa zgodna z pktem 2. Dlatego np. niekiedy za kradzież uważam umowę, jeśli do jej zawarcia zmusza prawo, a nie uważam identycznej umowy, jeśli do jej zawarcia zmusza sytuacja ekonomiczna.

"Sądzę, że moje poglądy umieszczają mnie gdzieś w połowie drogi pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem." - twierdzi Mistrzyni_Gry i tu jest moment na moje pytania.

Nie zrozumiałem tego stwierdzenia tak, jak KoX, i wiem, że dokładna połowa drogi jest tu niemożliwa. Z drugiej strony tuszę, że oznacza to coś innego, niż "w jednej trzeciej drogi od kapitalizmu do socjalizmu" i coś innego, niż "w jednej trzeciej drogi od socjalizmu do kapitalizmu". Mam wobec tego pytanie: jaka jest górna granica dopuszczalnego przez Komentatora socjalu? Najlepiej w postaci zbioru reguł typu: żadnemu człowiekowi o cechach X nie przysługuje od państwa za darmo dobro Y. Podkreśliłem słowo "żadnemu", bo tylko wtedy ta granica zarysuje się ostro, a oznacza to w szczególności:

* również takiemu, dla którego udowodniono, że nic poza dobrem Y nie jest w stanie uratować mu życia (nierealne w przypadku niektórych dóbr, sugeruję tam kierować odpowiedź, gdyby były trudności), oraz:

* jeśli Y przysługuje ludziom o cechach X', to mimo wszystko lepiej, jeśli milion ludzi o cechach X' nie dostanie Y, niż jeśliby jeden o cechach X przekonująco udający człowieka o cechach X' miał Y dostać.

Jeśli z takim zbiorem będą problemy, zacznę mieć poważne podejrzenia co do tej połowy. Wyjdzie na to, że zdaniem Mistrzyni_Gry w "odpowiednio uzasadnionej" sytuacji państwo może być dowolnie socjalne, a ponieważ już wiadomo, że żadna sytuacja nie uzasadnia zdaniem Komentatora państwa, które jest dowolnie niesocjalne, wskazówka będzie zdecydowanie bliżej socjalizmu niż kapitalizmu.

I drugie moje pytanie. Na rzeczy, które socjal zapewnia ludziom, których normalnie na to nie stać, składają się ci, którzy płacą więcej w podatkach, niż dostają w socjalu. Niekiedy o wiele więcej. Przypuśćmy, że Mistrzyni_Gry ma prawo regulować podatki i redystrybucję w kraju; nie ma natomiast prawa uszczelniać granic, jeśli chodzi o przepływ ludzi - oraz że płatnicy socjalu w końcu się wkurzają, zaczynają sukcesywnie opuszczać kraj, w efekcie na socjal jest coraz mniej pieniędzy. Pytania mam dwa. Pierwsze: jaki byłby początkowy zakres świadczeń socjalnych? Drugie, bardziej mnie interesujące: w jakiej kolejności byłyby one w miarę braku pieniędzy wycofywane?

Zdaję sobie sprawę, że pytania mogą być trudne. Oczekuję mimo wszystko odpowiedzi, choć liczę się z tym, że może to potrwać. Gdyby miało potrwać dłużej, niż dwa tygodnie, proszę o podanie jakiegoś - choćby przybliżonego - terminu. Jednocześnie oświadczam, że odpowiedziom na te pytania - ale tylko odpowiedziom autorstwa Mistrzyni_Gry - udzielam swoistej dyspensy. Będą one mile widziane na tym blogu nawet wtedy, gdy ich treścią lub częścią tej treści będzie ideologiczne pochwalanie socjalizmu bez przytaczania w tym celu żadnych argumentów. Proszę, żeby antysocjaliści komentujący ten blog również to uszanowali i nie atakowali tych odpowiedzi za sam fakt pochwały socjalizmu lub jakichś jego części.

 

2 komentarze
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
Mistrzyni_Gry - Bojownik   |  10 miesięcy i 9 dni temu  |  
Przepraszam za opóżnienie w zamieszczeniu obiecanej odpowiedzi, ale święta, wyjazdowy urlop i choroba przeplotły się tak niemiłosiernie, że dopiero po dłuższym czasie udało mi się zebrać myśli i ułożyć
(oby) merytorycznie zadowalający wpis.
Na początek garść odpowiedzi na pytania:

Jaki byłby początkowy zakres świadczeń socjalnych i w jakiej kolejności byłyby wycofywane?

Wychodzę z dwóch założeń:
- Każdy człowiek ma prawo do życia, a jeśli nie jest go w stanie sam wyegzekwować, rolą i obowiązkiem(!) państwa jest mu w tym pomóc.
- Niepracowanie nie powinno być bardziej opłacalne od pracy.
Dla każdego potrzebującego tyle podstawowego, taniego jedzenia, artykułów higienicznych, oraz miejsca do spania (chociażby wielka hala z rozstawionymi łóżkami), żeby przeżył i był w stanie pracować.
Ponadto pewien podstawowy pakiet usług medycznych - i tak wyjdzie taniej, niż w końcu nieuniknione powstrzymywanie epidemii.

W miarę możliwości ten darmowy pakiet powinien być rozszerzany lub zmniejszany, ale wersja podstawowa jest na tyle skromna, że konieczność rezygnacji z niej jest moim zdaniem w zasadzie równoważna z bankructwem państwa lub bezrobociem sięgającym 50%.
W takim przypadku zamiast wycofywania części świadczeń, wprowadzona zostałaby konieczność zapracowania na nie dla wszystkich zdolnych (mniej lub bardziej) do jakiejś pożytecznej pracy.
A niezdolni owszem, nadal by ją dostawali za darmo, dopóki tylko by było to możliwe.
Każde gorsze rozwiązanie uważam za niemoralne, a w większości przypadków także krótkowzroczne.
Moim zdaniem wielu ludzi potrzebuje tylko niewielkiej pomocy, żeby stanąć na nogi i stać się płatnikiem socjalu(posługując się terminologią akceptowalną dla kapitalistów), zamiast tylko beneficjentem.
Pomóc takim ludziom jest nie tylko szlachetnie - to się po prostu opłaca.

Jeszcze co do szlachetności:
"Chętnie dzielę się z biednymi na miarę moich możliwości ..., natomiast protestuję przeciwko temu, żeby wyręczało mnie w tym państwo pod przymusem. Bo gdy jest przymus, nie mam żadnej zasługi."

Całkowicie się z tym nie zgadzam. Nigdy nie istniało i w najbliższym czasie nie zaistnieje państwo, w którym zasobny (niekoniecznie tylko w pieniądze) człowiek nie jest w stanie spełnić dobrego uczynku wobec mniej zasobnego. Pomoc państwa przecież na ogół nie czyni z nędzarza chociażby średnio zamożnego człowieka.
Jakkolwiek pięknie jest nakarmić głodujące od trzech dni dziecko, czy nie lepiej jest, jeśli wszystkie dzieci są najedzone, a w charakterze dobrego uczynku możesz mu na przykład kupić upragnioną piłkę do gry w koszykówkę???
Przykładowo w Polsce - socjal jest (zdaniem Autora) bardzo obszerny, ale czy aż tak trudno jest Autorowi znależć okazję do spełnienia dobrego uczynku?
Nie sądzę.
Podsumowując pokrótce - przymus spełnienia jednego "dobrego uczynku" nie wyklucza przecież dobrowolnego spełnienia drugiego dobrego uczynku. I zasłużenia się, na czym, jak rozumiem, Autorowi zależy.


"Odpowiednik pańszczyzny mielibyśmy w Polsce przy dniu wolności podatkowej około 12 marca. Chętnie bym się zamienił."

A to ciekawe, bo mam wrażenie, że ówcześni chłopi żyli znacznie biedniej, niż Autor obecnie (w porównaniu do średniej zamożności w społeczeństwie).
Mylę się? A jeśli się nie mylę, to może jednak pańszczyzna nie była taka fajna i Autor jednak nie chciał by się z takim chłopem zamienić?


"Proszę o żródło; nie chce mi się wierzyć, że 10 osobodni w tygodniu obowiązywało w sytuacji, gdy samotni chłopi też musieli się zdarzać."

Chociażby Wikipedia. Poza tym konkretna liczba osobodni nie była regulowana ogólnokrajową ustawą, tylko pańską wolą.
A 10 osobodni się zdarzało, nawet i w przypadku samotnych chłopów - po prostu musieli zatrudnić parobków.


"dopiero od momentu, gdy szlachta uzyskała władzę ustawodawczą w Polsce, zaczął się upadek - najpierw feudalizmu, a potem, w konsekwencji, całego państwa."

Przypominam, że feudalizm obowiązywał i upadł w większości państw europejskich, a jednak na ogół nie kończyło się to upadkiem całego państwa.
Czyli wniosek, że upadek państwa był konsekwencją upadku feudalizmu, jest nieuzasadniony, jeśli nie wręcz błędny.
Natomiast jedną z przyczyn upadku państwa faktycznie było powierzenie szlachcie daleko posuniętej władzy ustawodawczej, co moim zdaniem wykazuje tylko tyle, że na demokrację (o ile można tak określić demokrację szlachecką) nie zawsze można sobie pozwolić.


"Uważam, że lepiej być "mordercą" dla "złodziei" niż "złodziejem" dla "morderców" i dłuuuugie wyjaśnienie Autora - nie zrozumieliśmy się.

Chodziło mi tylko o to, że (moim zdaniem) taki sam z podatkobiorcy złodziej, jaki z powodującego mimochodem śmierć z głodu kapitalisty morderca.
Mimo że są tacy, którzy uważają podatki za kradzież, a spowodowanie (np. dla zysku) śmierci z głodu za morderstwo.
I że w tym sporze wolę być po stronie "złodziei" niż "morderców".


"żadnemu człowiekowi o cechach X nie przysługuje od państwa za darmo dobro Y.
...
* jeśli Y przysługuje ludziom o cechach X', to mimo wszystko lepiej, jeśli milion ludzi o cechach X' nie dostanie Y, niż jeśliby jeden o cechach X przekonująco udający człowieka o cechach X' miał Y dostać."

Takie dobro, że lepiej nie dać go milionowi ludzi, którym przysługuje, niż dać o jednemu za dużo???
Pomijając jakieś teoretyczne wygłupy, nie wyobrażam sobie takiego dobra i dopóki Autor nie poda jakiegoś z życia wziętego przykładu, odpowiadanie przeze mnie na to pytanie mija się z celem.


"Natomiast zupełnie niedopuszczalne jest zabieranie pieniędzy Kowalskiemu i przeznaczanie ich na finansowanie edukacji ludziom, którzy za 25 lat będą z dziećmi Kowalskiego konkurować na rynku pracy."

Mniej niedopuszczalne, niż nakarmienie za pieniądze Kowalskiego człowieka, który dzięki temu będzie w stanie konkurować na rynku pracy z Kowalskim? Nie widzę znaczącej różnicy.
Być może dla Kowalskiego faktycznie byłoby korzystniejsze wymarcie konkurentów jego i jego dzieci, ale to nie jest metoda.
Nawet jeśli przez ocalonego przez socjal Nowaka Kowalski straci pracę.
Nie da się takiego scenariusza wykluczyć nie rezygnując CAŁKOWICIE z socjalu.
Podobna (chociaż inna) sytuacja - opłacany z podatków Kowalskiego policjant ratuje nie płacącego podatków Nowaka przed mordercą, a następnie Nowak znajduje pracę (i zaczyna płacić podatki), a ponieważ pracuje lepiej od Kowalskiego, ten wylatuje z roboty.
Jest wspólny mianownik - "złodziejstwo" państwa wobec Kowalskiego na rzecz (pośrednio lub bezpośrednio) Nowaka powoduje, że Kowalski traci pracę.
Co Autor sądzi o dopuszczalności takiej sytuacji?
Gdzie by ustanowił granicę?



"Więc ja też tak uznaję, bo nie będę z Bogiem polemizował."
Więc mam do dyspozycji niemal niewyczerpane żródło nieodpartych z definicji argumentów? WOW.
Szkoda, że (zgodnie z ludzką logiką, którą się zresztą Autor na tym blogu posługuje) niektóre z nich są absurdalne i wzdragam się przed skorzystaniem z nich.
Ale żeby tak piękna obietnica Autora się nie zmarnowała całkowicie, wróćmy jeszcze co do kradzieży:
Słowo "kradzież" jest określeniem negatywnym, a nazwanie kradzieżą podatków jest formą ich krytyki.
Stary Testament przewiduje dziesięcinę i pogłówne na świątynię, a Jezus i św. Paweł nakazali płacić podatki obcym władzom rzymskim.
A więc zgodnie z definicją Autora Bóg nie dość, że nakłania do przyzwolenia na kradzież, to jeszcze sam kradzież inspiruje i wprowadza (poprzez wprowadzenie obowiązku podatkowego na cele religijne).
(Oczywiście nie jest to jakiś mój zarzut pod adresem Boga, "ja chcę tylko nazwać rzeczy po imieniu".)
Ale skoro Bóg poprzez natchnionych twórców Pisma Świętego (chyba że religia Autora się w tym aspekcie znacząco różni od katolicyzmu) i nauki Jezusa opowiada się za podatkami jako takimi, to czy Autor na pewno nadal uważa za stosowne je krytykować??
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
Mistrzyni_Gry - Bojownik   |  10 miesięcy i 30 dni temu  |  
Dużo merytoryki, mało erystyki - dobry wpis.
A odpowiedż będzie, acz z przyczyn Autorowi znanych ani dzisiaj, ani (prawdopodobnie) jutro nie starczy mi czasu ani energii na jej sformułowanie.

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi