Weźmy na początek "antysemityzm". Na początku słowo "semicki" odnosiło się wyłącznie do Żydów, a "antysemicki" oznaczało tyle, co "antyżydowski". Do tej pory wszystko było w porządku. Później rozszerzyło się znaczenie słowa "semicki". I wraz z tym powinno ewoluować znaczenie słowa "antysemicki". Dzisiaj purysta językowy musi przyznać, że Palestyńczyk będący bojownikiem Hamasu gotowym zginąć dla swoich (i w tym celu strzelający do Izraelitów) to semita, który jest antysemitą dlatego, że jest gotów ginąć dla semitów. Proszę wybaczyć - nie mogę zaakceptować języka, który tak działa, bo jest to kompletnie nielogiczne, przez co traci dla mnie wartość komunikacyjną.
Rozszerzone pojęcie antysemityzmu miałoby naturalnie przyzerowe znaczenie praktyczne, przynajmniej teraz. Mało znam ludzi, którzy negatywnie szufladkują innych ludzi wyłącznie na podstawie przynależności do jakiegoś ludu semickiego. Natomiast tak samo, jak hitlerowców nie należy z powodu agresji na Polskę nazywać antyeuropejczykami, tylko antypolakami, tak samo nie podoba mi się nazywanie czy to palestyńskich, czy izraelskich wojaków antysemitami. Oni prowadzą wojnę domową wewnątrz semickiego kotła. Zwracam też uwagę, że zastąpienie słowa "antysemita" słowem "antyżyd" nie tylko zwiększyłoby logikę języka, ale też byłoby zgodne z zasadą Zipfa-Mandelbrota, żeby częstsze słowa były krótsze. Nieprzestrzeganie tej zasady spowodowało, że nie upowszechniło się esperanto, może warto zapobiec takiej katastrofie w naszym języku?
Zwracam też uwagę, że mimo swoich językowych zwyczajów najczęściej jestem nieźle rozumiany. Owszem, niektórym brakuje empatii, żeby wczuć się w kogoś o moich poglądach, ale rzadko kiedy spotykam się z pytaniem, co właściwie miałem na myśli.
Słowa "antysemita" przyczepiłem się nie dlatego, że jest najbardziej nielogicznym elementem języka. Bodaj jeszcze mniej logiczna jest pisownia "ogórek" zamiast "ogurek". Słowo pochodzi z perskiego, nie pamiętam brzmienia oryginału, ale na pewno było przez "u" zwykłe i nie ma nic wspólnego z górami, co sugeruje pisownia. To jednak pół biedy. Znacznie gorzej, gdy za pomocą takich rzeczy utrudnia się komunikację w kwestiach gorących politycznie, bo wówczas trudno się prowadzi debatę. Antysemityzm niewątpliwie takim słowem jest. Kolejnym przykładem politycznym jest np. "koedukacja". Trudno w ogóle prowadzić debatę na temat jej sensowności lub bezsensowności w dzisiejszych szkołach, bo większość znanych mi słowników notujących to słowo nie zawiera jego przeciwieństwa! Nawet nie jestem pewien, czy znane mi słowo "dysedukacja" jest poprawnym przeciwieństwem, czy nie.
Chciałem też zwrócić uwagę na słowo "bezrobocie". Logicznie powinno oznaczać brak pracy. Tymczasem pragnę zauważyć, że jeśli Kowalska i Wiśniewska siedzą w domach i niańczą swoje dzieci, to to jest bezrobocie. Natomiast jeśli Kowalska za pieniądze opiekuje się dziećmi Wiśniewskiej i vice versa, to bezrobocia nie ma. Pragnę zauważyć, że łączna praca wykonana przez te kobiety jest taka sama, a łączny pożytek większy w pierwszym przypadku, bo dzieci siedzą z matką, a nie z obcą osobą, bo nie trzeba tracić czasu na transport do dzieci tej drugiej. To korzyści "obiektywne" - osiągnięcie ich nie odbywa się niczyim kosztem.
Tyle, że dla rasowego socjalisty praca to nie jest każde działanie pożyteczne, tylko takie działanie (niekoniecznie pożyteczne), od którego da się ściągnąć podatek dochodowy. Dlatego nazywa się matki niańczące własne dzieci "bezrobotnymi" (i nadaje słowu negatywną konotację), a te niańczące za pieniądze cudze dzieci "kobietami pracującymi", choć jedne i drugie wykonują tę samą pracę - zresztą bardzo ciężką i bodaj jedną z najbardziej pożytecznych, a wręcz nieodzowną do przetrwania społeczeństwa. Tyle, że tych niańczących własne dzieci nie da się opodatkować (choć pojawiają się już gdzieniegdzie głosy - ostatnio słyszałem o szwedzkich - żeby takie kobiety obligarotyjnie były zatrudniane na umowę o pracę przez własnych mężów!).
W takich warunkach trudno się dyskutuje. Bo co wynika z tego, że "bezrobocie" według powyższej definicji wynosi na przykład 50%? Oznacza to tyle, że 50% ludzi nie wykonuje pracy, za którą dostaje pieniądze - czyli tak naprawdę odroczone prawo konsumpcji. Zapewne część z tych ludzi wykonuje pracę, za którą dostaje natychmiastowe prawo konsumpcji - na przykład ktoś, kto montuje sobie w domu meble, albo kto wypieka dla siebie chleb. Inna część zapewne nie używa pieniądza do rozliczeń, tylko na przykład wolontaryjnie wykonuje remonty u ludzi, a w zamian dostaje wyżywienie i nocleg w domu, w którym akurat coś robi. Żeby było śmieszniej, statystyki bezrobocia zawyża jeden z moich znajomych - aktywny zawodowo, pracujący jak najbardziej za pieniądze, tyle tylko, że nieregularnie jako wolny strzelec. Gdy słowo "bezrobocie" jest tak rozumiane, to trudno dyskutować, czy jest dobre, czy złe, jak z nim walczyć, czy w ogóle należy z nim walczyć, etc.
Zapewne to moja wada, ale naprawdę trudno mi się jest poruszać po języku, który tak działa. A realistycznie rzecz biorąc znacznie większe szanse mam na zmianę języka niż na zmianę prawa, dlatego - postulując tę drugą - nie zarzucam tej pierwszej, oczywiście w obu przypadkach działając w granicach tego, co sam uważam za polepszenie. Efekty zresztą widzę: co jakiś czas dostaję e-mail z użytym tam neologizmem mojego własnego autorstwa. Niekiedy bywa on nielogiczny składniowo, co nie przeszkadza mu być świetnie rozumianym zgodnie z moją intencją, np. "interpasywny".
Jeszcze jedno: wychodzę z założenia, że język ma służyć mi, a nie odwrotnie. Mogę się czepiać tego i owego, ale gdybym prowadził osiedlowy sklepik i klient powiedziałby mi "przyszłem po pół kila kartofli", to wolałbym mu sprzedać pół kilograma ziemniaków, niż zwracać uwagę na "przyszłem", "kila"... i spowodować, że wkurzony pójdzie do konkurenta, który mu te ziemniaki po prostu sprzeda. Jeśli 90% ludzi mówi "włanczam", to oznacza to, że "włanczam" jest częścią języka. Trudno mówić, że jest to "niepoprawne" - język to narzędzie komunikacji ludzi, niepoprawnym raczej nazwałbym zwrot, który przez wielu rozumiany jest niezgodnie z intencją autora. Mogę się zgodzić, że język, w którym w użytku jest słowo "włanczać", nie jest godzien nazywania go "polskim" - niech będzie, że jest to język np. "polskawy" - ale jest to pełnoprawny element języka mówionego, jakim posługują się ludzie na terenie Polski! Dla demokraty powinno to być oczywiste, jeśli naturalnie większość faktycznie mówi "włanczać". Jednakże i dla mnie jest to wystarczający argument. Nie jest to klasyczna demokracja, dopóki z faktu używania słowa "włanczać" przez 90% ludzi nie wynika zakaz używania słowa "włączać" przeze mnie w tym samym znaczeniu, a jedynie wytyczna, co powinienem robić w swoim własnym interesie, żeby być lepiej zrozumianym, a także - tam, gdzie mi na tym zależy - odbieranym jako "swój".
Przypominam o konkursie Blog Roku i proszę o głosy. Jeśli ktoś nie chce na mnie głosować, proszę bardzo, jednakże namawianie do niegłosowania innych Czytelników jest co najmniej dziwne. Trochę mam tutaj polemistów, którzy często się ze mną nie zgadzają, jednakże część Czytelników tu wchodzi dlatego, że lubi mnie czytać - dlaczego mieliby na mnie nie głosować?! Jest to zresztą racjonalniejsza część - nie dlatego, że lubi mnie czytać, ale dlatego, że wchodzi na te blogi, czytając które się nie katuje. No, a poza tym namawianie do niegłosowania na mnie akurat tutaj jest już nawet nie jak rozlepianie następującego plakatu:
Może i nie powinno, ale język należy stosować zgodnie z jego faktycznym znaczeniem, a nie tym, jak "być powinno".
Oburzanie się na to ma taki sam sens, jak oburzanie się na deszcz, że pada akurat podczas romantycznego spaceru. Nawet jeśli nie powinien, to pada i tyle.
Wielkim nakładem starań może i można coś zmienić (także w przypadku deszczu), ale co najmniej do czasu trzeba to zaakceptować. A czy Autor to akceptuje ("nie mogę zaakceptować języka, który tak działa"), czy nie, to już niech każdy sam oceni.
(Z przymrużeniem oka.)
"Bo język naprawdę jest dla ludzi."
Z tego wniosek, że należy go jak najczęściej ludziom pokazywać.
Przecież Autor akceptuje rozszerzenie znaczenia słowa "semicki", tak jak akceptuje zaistnienie słowa "włanczać". Piętnuje niekonsekwencję w postaci nierozszerzenia znaczenia słowa "antysemicki". "Antysemicki" znaczy teraz co innego niż "anty-semicki", a tak być nie powinno.
To tak, jakby słowem "koty" zacząć określać zarówno koty jak i psy, natomiast "koci" nadal stosować wyłącznie do cech kojarzonych z kotami (w dzisiejszym rozumieniu słowa "kot").
I Autor (będąc osobą wybitnie konsekwentną) uważa, że w tym właśnie znaczeniu powinien określenia "antysemita" używać, jeśli chce być zrozumianym.
WOW - to dopiero jest szybka ewolucja poglądów - od braku akceptacji do pełnego zrozumienia jej konieczności.
No, chyba że Autor nie zamierza starać się, żeby ten blog był zrozumiały, i będzie używał słów w znaczeniu innym, niż powszechnie (reguła 90% się kłania) przyjętym, nawet przez inteligentnego czytelnika?
Bo język naprawdę jest dla ludzi.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą