Do tej pory wyróżnialiśmy dwa rodzaje szkodliwych działań: (1) takie, w których działający bezpośrednio może szkodzić tylko sobie oraz (3) takie, w których może również szkodzić innym (numeracja celowa). Jeśli chodzi o uwarunkowania prawne, to kwestię pierwszych rozstrzygała dla nas paremia "chcącemu nie dzieje się krzywda", natomiast w kwestii trzecich zgadzaliśmy się, że trzeba poprowadzić gdzieś granicę pomiędzy krzywdami, na których wyrządzenie się zgadzamy i wymagamy odpowiedniej kary, odszkodowania i zadośćuczynienia za te krzywdy (prawo represji), a tymi, w stosunku do których instrumenty prawne powinny zapobiegać już samemu ich powstaniu (prawo prewencji). Taką granicę stawia prawie każdy. Po stronie p.r. są krzywdy "małe" lub te, których prawdopodobieństwo (czy wartość oczekiwana) jest "mała", po stronie p.p. - te "duże". Różnimy się rozróżnieniem na "małe" i "duże", choć w niektórych przypadkach panuje praktycznie pełna zgodność. Zgadzamy się na przykład, że choć kierowca może szkodzić innym, nie należy z samego tego powodu zakazywać jazdy, tylko uchwalić prawo, które zobowiąże go do naprawienia tych krzywd w maksymalnym możliwym zakresie. Zgadzamy się też na ogół, że człowiek nie powinien prywatnie mieć w domu broni bakteriologicznej, nawet jeśli twierdzi, że ma nad nią pełną kontrolę, a jeśli broń wymknie mu się spod kontroli, to on zapłaci.
Dokładny przebieg granicy nie jest istotny, bo nie ma nic wspólnego z moją nowinką. Jest nią rodzaj działań, który określiłbym stanem pośrednim między (1) a (3). Są to (2) takie działania, w których działający może bezpośrednio szkodzić sobie a także innym, ale tylko tym innym, którzy podejmą takie same działania.
Przykładem może być ring bokserski, na którym mordobicie w pewnym zakresie jest dozwolone. Ktoś, kto tam wejdzie i zacznie wymachiwać pięściami, z oczywistych powodów może sobie zaszkodzić (czy też: dać sobie zaszkodzić), może też szkodzić innym - ale tylko tym, którzy również wejdą. Formalnie więc nowy stan pośredni podpada pod (3), merytorycznie jednak bliżej mu do (1) tym bardziej, że z punktu widzenia naszej doktryny "chcącemu nie dzieje się krzywda" można tu zastosować. Tyle moja nowinka.
Bardzo ciekawe pytania postawił LordKaftan:
"Lekarz (człowiek z dyplomem i powiedzmy LEPem) ponosi odpowiedzialność za swoje decyzje. Znachor nie. W jaki sposób możnaby to uregulować?"
Jeśli chodzi o odpowiedzialność karną, to gdy ktoś mnie pokroi nie tak, jak trzeba, i umrę, to chyba wszystko jedno, czy zrobił to lekarz, znachor, czy np. nożownik? Liczy się efekt, mogą się liczyć również intencje (dzięki czemu można czyn kwalifikować jako morderstwo, zabójstwo, działanie z zamiarem ewentualnym, nieumyślne spowodowanie śmierci, etc.) - przy czym gdyby się liczyły, to w praktyce właśnie lekarz miałby największe szanse na minimalizację swojej odpowiedzialności, bo raczej jemu sąd uwierzy w dobrą wiarę, niż znachorowi.
Jeśli chodzi o odpowiedzialność cywilną, to odpowiedź jak powyżej z dodatkową uwagą, że wolno to zmienić dwustronną umową. Liczę się z tym, że pewnego dnia ktoś mi zdiagnozuje raka typu "operacja albo dwa miesiące i piach". Gdybym wówczas miał wybór między czekaniem pół roku w państwowej służbie zdrowia, a zapłaceniem pieniędzy, których nie mam, w prywatnej, to chętnie wybrałbym trzecie wyjście: tańszego znachora, którego jedyną rekomendacją byłoby to, że ktoś, komu ufam, poleciłby mi go. I, proszę mi wierzyć - nie czułbym się pokrzywdzony będąc przez niego operowanym, nawet jeśli warunkiem tej operacji byłoby zrzeczenie się wszelkich roszczeń w sytuacji, gdyby okazało się, że znachor coś spartoli. I tak nie miałbym nic do stracenia.
"Ciekawi mnie też jedno: Czy wymagasz od kierowcy prawa jazdy? Od pilota samolotu licencji na latanie?
Dlaczego więc nie wymagasz podobnego dokumentu od lekarza?"
Na pierwsze dwa odpowiadam "niekoniecznie". To znaczy: nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałem i nie chce mi się zastanawiać akurat teraz, więc odruchowa moja odpowiedź brzmi "nie", przy czym jest to odpowiedź do weryfikacji. Na wypadek weryfikacji na "tak" moje odpowiedzi na pytanie ostatnie mogą być następujące:
1. Bo w rękach nawet najgorszego lekarza jest życie tylko tych, którzy się na to godzą. Co prawda można się przyczepić, że wyjątkiem są weterynarze, pediatrzy, a w pewnych przypadkach także psychiatrzy. Jednakże wszystko to są przypadki, w których kwestia nie w dyplomie lekarza, tylko w niezdolności pacjentów do decydowania o sobie w sprawach ważnych. W takich sytuacjach i tak trzeba czasami podjąć decyzję i wszystko sprowadza się do tego, że zamiast Kowalski o sobie, opiekun prawny Kowalskiego decyduje o Kowalskim. Być może tym opiekunem powinien być urzędnik państwowy i być może powinien jako ustawowe kryterium przyjmować, czy lekarz ma papiery - to temat na odrębną dyskusję - co nadal nie uzasadnia posiadania papierów przez wszystkich lekarzy w każdej sytuacji.
2. Bo lekarz leczący w sposób nieprzewidywalny dla innych lekarzy nie zagraża życiu ani ich, ani ich pacjentów. Na drodze kluczowe dla bezpieczeństwa jest to, żeby kierowca wiedział, według jakiego algorytmu podejmować będą decyzje inni kierowcy - sam algorytm ma drugorzędne znaczenie, byle był jednoznaczny. Dlatego ruch prawostronny jest równie dobry, co lewostronny, ale oba są znacznie lepsze, niż brak regulacji. Dlatego też w praktyce lepiej, jeśli nie ma indywidualnego algorytmu dla każdego kierowcy, tylko jest ich kilka w zależności od klasy samochodu, którą można szybko zidentyfikować. Natomiast lekarz podczas skomplikowanej operacji musi oczywiście być zgrany ze swoim zespołem, ale nawet nie musi widzieć, co się dzieje w sąsiedniej sali.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą