< >  wszystkie blogi

Bloga rytm naturalny...

"Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku" - N. Davila

Zbieg z dwóch stron

31 styczeń 2009 ·
Nieoczekiwanie z dwóch zupełnie różnych stron zbiegła się ta sama kwestia: religii i jej wpływu na kształt państwa. Spróbuję rozwiać wątpliwości dotyczące mojego nastawienia do sprawy.

Na początek postaram się w punktach odpowiedzieć Mistrzyni_Gry.

1. Uważam, że legislatura powinna być neutralna światopoglądowo. (pisałem to już)

2. Biblia z całą pewnością neutralna światopoglądowo nie jest, zatem legislatura nie powinna w ogóle brać jej pod uwagę - ani przy tworzeniu prawa, ani przy jego ocenie. (pisałem)

3. Oczywiście nie oznacza to, że niczego nie należy brać z Biblii. Oznacza to tyle, że dyskutując o tym, jaki powinien być kształt państwa, w ogóle nie należy się powoływać na to, że coś jest - albo czegoś nie ma - w Biblii, Koranie, etc. Jeśli jakiś zakaz, choćby wzięty z Biblii - np. zakaz kradzieży - jest słuszny, to znaczy, że muszą istnieć jakieś pozabiblijne argumenty na poparcie tego zakazu. Należy powoływać się tylko na nie, żeby nie zaciemniać dyskusji - w ostateczności, jeśli ktoś musi, może powołać się na biblijne, zaznaczając, że nie będą one decydujące. (to chyba też pisałem)

4. Powołałem się na przypowieść o bogaczu, i Łazarzu. Jednakże - co może nie było jasne - za pomocą tej przypowieści w ogóle nie próbowałem argumentować, jaki powinien być kształt państwa. Nie użyłem jej do wykazania obiektywnej wyższości kapitalizmu nad socjalizmem, tylko do wykazania, że kapitalizm nie jest wcale tak sprzeczny, a socjalizm tak zgodny z ideami chrześcijańskimi. To żaden argument dla legislatury, natomiast protestuję przeciwko nazywaniu moich poglądów prokapitalistycznych antychrześcijańskimi - i tego właśnie dowodziłem przypowieścią.

5. Prywatnie legislatorzy mogą sobie uważać Biblię, czy Koran, czy cokolwiek, za dowolnie istotny zbiór życiowych nakazów - jednakże prywatnie. Niech to robią, ale nie w sposób wiążąco rzutujący na życie innych.

6. W szczególności nie powinno się bez bardzo ważnego interesu państwa zmuszać jakiegokolwiek człowieka do wyboru między łamaniem prawa a łamaniem zasad własnej religii - jednak jeśli ważny interes państwa tego wymaga, to taka sytuacja jest usprawiedliwiona.

Co przenosi do komentarza niq (nie Mistrzyni_Gry, proszę Komentatorów, a takie pomyłki wywołują, pomijając Zainteresowanych, zintensyfikowaną łypliwość ze strony mojej skromnej osoby, co nie zmienia faktu, że i Mistrzynię_Gry, i niq prywatnie bardzo lubię):

"Jeśli ktoś głośno mówi, że nie zamierza szanować prawa, czy stróże tego prawa nie powinni wziąć go pod lupę?" - oczywiście powinni (w rozsądnych granicach; inaczej tysiąc osób wykorzysta to do sparaliżowania służb w całym państwie). Jednak karać należy dopiero fakt nieuszanowania prawa. Obojętnie, jak niesłusznego z punktu widzenia wichrzyciela.

"Zdanie rodziców, jeśli zgodne z pomysłami owych mułłów czy imamów, może zostać uszanowane dość prosto: wizą w jedną stronę. Człowiek, który deklaruje, że nie chce i nie zamierza respektować prawa kraju w którym mieszka, bo inne, nadrzędne prawo mu zabrania - nie powinien mieszkać w tym kraju, tylko tam, gdzie prawo mu odpowiada (lub, po udowodnieniu nieposzanowania prawa, w więzieniu). Proste."

Jestem tego samego zdania! Przypominam, że uważam wolność słowa za wartość istotną, ale nie najistotniejszą. Zgodziłbym się na cenzurę (czyli częściowe pozbawienie tej wolności - ale tylko cenzurę represyjną, żadnej prewencyjnej!) w imię wyższych celów: gdyby dzięki temu wzrosła wolność czynu na przykład, albo gdyby wolność słowa zagrażała państwu. Kluczowe jest odpowiedzenie na pytanie, czy deklaracje owych nauczycieli zagrażają państwu. Nie? To sprawy nie było. Tak? To zakazać głoszenia takich teorii publicznie. Z tym, że:

* Nie ograniczać się do szkół. Co za różnica, gdzie ktoś upublicznia szkodliwe poglądy? Jeśli są na tyle szkodliwe, że publicznego głoszenia należy zakazać - to wszędzie.

* Jeśli zaś chodzi o szkoły, to one są od przekazywania wiedzy. Gdy ktoś uzna, że zasada przemienności dodawania jest szkodliwa dla państwa, to można zakazać publikowania tej wiedzy gdziekolwiek - a więc i w szkołach - ale nie należy zmuszać szkół do szerzenia fałszywej wiedzy. W tym: do szerzenia wiedzy, że nauka, w której nie ma przemienności dodawania, to matematyka. To samo dotyczy islamu.

Poza tym rodziców należało zapytać o zdanie i je opublikować. Co więcej: w przypadku, gdyby chciano zakazać tych teorii jako szkodliwych dla państwa, z odpowiednim akcentem. Dałoby to bardzo ważny sygnał społeczeństwu: taki mianowicie, że jeśli coś jest złe, to się na to nie pozwala, niezależnie od tego ILE ani JAKICH osób twierdzi odwrotnie! Tak powinno działać państwo - a nie uzależniać szkodliwość szerzenia islamskich teorii od tego, czy 90%, czy 10% Austriaków uzna je za nieszkodliwe. Metodę działania, jaką niedwuznacznie sugeruje przywołany artykuł, mam za złą, bo metoda - zamiast brutalnie powiedzieć, że robimy to, co jest dobre, niezależnie od skali poparcia (co byłoby ciosem w demokrację) - sprowadza się do "udawania" demokracji. Robimy to, co chce większość, więc trzeba prewencyjnie działać, żeby przypadkiem nie pojawiła się większość chcąca "niewłaściwych" rzeczy.

Nie rozumiem co prawda, po co się tak wysilać... Wystarczy powiedzieć, że jeśli większość chce czegoś "niewłaściwego", to zdanie większości jest... niedemokratyczne, bo ta "niewłaściwa" rzecz jest niedemokratyczna, i finito - mamy nową, lepszą definicję demokracji. Tak właśnie od 10 lat postępuje III RP z projektem ustawy o przywróceniu kary śmierci, który od owych 10 lat nieodmiennie ma ponad 50% poparcia w społeczeństwie.

I jeszcze jedno. Przypadek pokazuje wyższość ścisłej hierarchii nad wzajemną kontrolą. Okazuje się, że teoretycznie wzajemna kontrola jest, ale w praktyce: jeśli między tym, co na temat właściwego nauczania przedmiotu sądzi nauczyciel danego przedmiotu (osoba teoretycznie najlepiej do tego przygotowana), a tym, co sądzi ważny urzędnik państwowy, jest konflikt - słucha się ważnego urzędnika, który zawsze stoi wyżej. To absurdalne, bo hierarchia powinna być odwrotna, ale zasada mi się podoba - bez zhierarchizowania ścisłego nie da się sensownie działać. Jasne, że w takiej sytuacji ten urzędnik powinien po prostu zastąpić nauczyciela - w ostateczności pisać konspekty obowiązujące wszystkich nauczycieli jako wykonawców jego programu - niemniej dobrze, że jest ktoś, czyje zdanie jest najważniejsze, nawet jeśli wszyscy poniżej w hierarchii myślą odwrotnie. Tylko, że powinno być jasne z góry, kto taką osobą jest.

Zgadzam się z tym, że ten model musi doprowadzić do sytuacji, w której w kraju istnieje ktoś, kto jest niezależny od nikogo. Godzę się na to. Pod warunkiem wszakże, że będzie osobna hierarchia dla każdej logicznie wydzielonej dziedziny. Jedna osoba nie może się najlepiej znać i na gospodarce, i na astronomii, i na szkolnictwie, i na więziennictwie. Proszę więc tego nie odebrać jako propozycję wprowadzenia monarchii. Natomiast twierdzę, że nad każdą z raptem kilku dziedzin, której nie można pozwalać całkowicie uwolnorynkowić (jestem przeciwny, żeby do tych dziedzin zaliczać szkolnictwo - ale nawet jeśli zaliczymy je, rozumowanie pozostaje takie samo) jakiś jeden człowiek miał na skalę kraju władzę absolutną. Z pełną świadomością ryzyka, z jakim się to wiąże.

Oczywiście, powinni być to różni ludzie.

Blog Roku. Cały czas można na mnie głosować. Żeby nie narażać się na zarzut, że post factum składam deklaracje bez pokrycia, deklaruję, że jeśli wygram skuter (i tylko tej nagrody dotyczy deklaracja!), sprzedam go osobie, która zaoferuje najwyższą kwotę nie mniejszą niż 2500 zł, i część uzyskanych pieniędzy przekażę na cel dobroczynny. Po opłaceniu wszelkich podatków i kosztów związanych ze sprzedażą będzie to 90% nadwyżki tego, co mi zostanie, ponad 2000 złotych. Zważywszy, że wartość rynkową skutera onet wycenił na około 4500 złotych, może to być suma niemała. Wiem, że narażam się na zarzut, że "to tylko słowa", ale szansę na wygraną (uzależnioną w tym wypadku od Pana Jacka Żakowskiego, a nie od Państwa esemesów) uważam mimo wszystko za wyższą, niż szansę na dziki kapitalizm w Polsce, więc jest to pewna wiążąca deklaracja. A ponadto: gdybym dopiero po niewygraniu napisał, że takie miałem szlachetne zamiary, dopiero by się posypały na mnie gromy. Niekiedy jak się ma dobre intencje, lepiej się z tym chować - ale zaryzykuję...

 

Skomentuj

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi