Przeraża mnie to, bo w tym samym worku widzę dzieci, które odebrano w Szkocji dziadkom (bo są "za starzy" do opieki; 59 i 46 lat) i dano do adopcji parze gejów. Znów: nie chodzi o gejów, tylko o to, że ktokolwiek wtrąca się w wewnętrzne sprawy rodziny. Tym bardziej, że nie występowali o to np. drudzy dziadkowie (w której to sytuacji interwencja sądu, żeby rozstrzygnąć spór między nimi byłaby uzasadniona).
W tym samym worku widzę też dzieci hiszpańskie, których rodzicom zakazano nieposyłania ich na lekcje, z których dowiadują się, że np. dwóch gejów też może być małżeństwem. Może mogą, może nie mogą - jest to kwestia głęboko ideologiczna i dlatego rodzice powinni decydować o tym, czego dzieci się uczą! Jeśli ktoś twierdzi, że państwowa szkoła nie powinna uczyć, że demokracja jest zła - to jestem skłonny przyjąć - ale niech nie wpiera pod przymusem, że demokracja jest dobra, dzieciom rodziców, którzy sobie nie życzą, aby prodemokratyczną ideologię sączyć w głowy ich latorośli!
Z innej beczki: do Chin, Wenezueli, na Kubę - czy do dowolnego zsocjalizowanego kraju - pomijając bariery natury finansowej - mogę pojechać głosić liberalizm. Gdy tylko będzie to legalne. Nie namawiałem ekologów (ani nikogo innego) do działań nielegalnych, dlatego dziwię się, gdy ktoś mnie do takowego namawia, uważając to za dobrą analogię. Przy okazji zaznaczam, że działanie "legalne" to takie, za które nic nie grozi ze strony prawa (a ponieważ groźby prawa wykonuje egzekutywa: za które nic nie grozi ze strony egzekutywy - groźby z innych stron są dla meritum nieistotne). Faktycznie, a nie tylko formalnie - co w praworządnym kraju z definicji powinno oznaczać to samo, i w Wielkiej Brytanii - chwalić Boga - jeszcze na ogół oznacza. "Nic" znaczy "nic" - w tym opieszałość w egzekwowaniu moich praw, gdyby były zagrożone. I praw ekologów, gdyby londyńczycy chcieli ich zlinczować. Stałbym wówczas po stronie ekologów, a nie londyńczyków, choć merytorycznie ci drudzy mieliby rację.
Nie chodzi mi o to, żeby ekologowie zostali na Wyspach potłuczeni; chodzi o to, żeby ludzie wreszcie się przekonali, że oni i bez tego bredzą jak potłuczeni.
>> They spent two years involved in court cases over the children, whose 26-year-old mother is a recovering heroin addict, and finally agreed to adoption when they were faced with mounting legal bills.
The 59-year-old grandfather, who has seven children of his own, told the Daily Telegraph: âThere is no way weâd have allowed the children to be adopted if weâd known they were going to a gay couple.
Moim zdaniem nie. Aczkolwiek jest bardzo ważne.
2. Co wynika z odpowiedzi TAK lub NIE, jakiej udzielono na pierwsze pytanie? W sensie: jakie powinno się wyciągnąć wnioski z tego, że udzielono akurat tej, a nie przeciwnej odpowiedzi?
Odpowiedż na to pytanie wydaje się oczywista, jednak nie wszystko, co oczywiste, należy głosić. Jeśli Autor jest innego zdania, proszę o odpowiedż na powyższe pytania po zmianie fragmentu "dziecka" na "żony Autora".
Wówczas odpowiem.
http://thescotsman.scotsman.com/latestnews/Mother39s-anger--after-social.4924
412.jp
Jeśli dobrze zrozumiałem to:
Pracownicy socjalni biorąc pod uwagę wiek i zdrowie dziadków odebrali im wnuki. Po dwóch latach walki sądowej dziadkowie poddali się z racji rosnących kosztów procesu.
A co do wychowania: państwo ma prawo się chronić w ten sposób, że zakazuje głoszenia jakichś tez publicznie, JEŚLI uważa je za grożne dla państwa. Powód jest istotny: nie wolno go podmieniać na "jeśli osłabia to politycznie aktualną władzę", "jeśli większość tego chce", itp. - oczywiście za zakazem niektórych tez będą przemawiały wszystkie te argumenty naraz, ale tylko pierwszy powinien być istotny.
I szlus - gdy nie wolno, to nie wolno nigdzie: ani na wiecach, ani na meczach, ani w szkołach (prywatnych, bo państwowych w moim modelu nie ma wcale). Wolno natomiast w domach, w prywatnym gronie. Zupełnie niezależnie od tego to rodzice są od decyzji: do jakiej szkoły posłać dziecko, czy w ogóle je posyłać, czego ma się uczyć, a zwłaszcza (i to niezależnie od treści zakazanych tez): CZEGO MA SIĘ NIE UCZYĆ. Nawet jeśli teza X będzie zakazana, i jeśli uznam ten zakaz za w pełni słuszny, protestuję przeciwko przymusowemu wpajaniu na siłę wszystkim dzieciom tezy przeciwnej. Akceptuję omijanie tematu w ogóle.
I raczej byłbym spokojny o los kraju. Mógłby być otwarty na muzułmanów, ale bez socjalu (w tym: bez państwowej edukacji) aż tak wielu by nie przyjeżdżało - głównie ci, którzy chcieliby zarobić (niekoniecznie legalnie, ale nawet w ich interesie nie leży rozwalanie wszystkiego).
Co ku mojemu rechocikowi oznacza, że ów worek z dziećmi zagarniętymi przez państwo nieco jest dziurawy, a Potfffforne Macki Urzędniczego Monstrum wydają się nieco krótkie i słabowite.
A wracając do austriackich urzędników, którzy bezczelnie chronią państwo zamiast pozwalać je od środka wysadzać: niechże się Autor zdecyduje - czy państwo ma prawo chronić samo siebie przed wywrotowcami i kontestatorami, czy ma karnie siedzieć na tyłku i respektować wolę tych rodziców, którzy chcą hodować armię rewolucjonistów i podpalaczy? Czy to znaczy, że w państwie poza immunitetem dyplomatycznym, powinien być immunitet rodzicielski - wolno mi wszystko, bo urodziłam/spłodziłem? Mogę mieć w domu hodowlę małych faszystów/komunistów/anarchistów/snajperów szkolonych w stosowaniu granatów, podpalaniu i sabotażu, bo to Moje Geny i Ja je wyszkolę na agentów specnazu, którzy w samobójczym ataku wysadzą cały kraj? bosko - jeśli tak, to rewolucjoniści, zakładajcie rodziny zastępcze i adoptujcie stada sierot do swoich szkółek militarnych, jako rodziców państwo was nie ukrzywdzi, bo Wy wiecie lepiej!
Różnice między ekologiem a liberałem są poza tym dwie, obie fundamentalne:
1. Liberał nie próbuje wprowadzić regulacji, które zmuszą wszystkich do życia zgodnie z jego poglądami, w dowolnie kapitalistycznym kraju dowolna ilość ludzi może powołać do życia dowolnie wielką komunę. On jedynie chce usunąć te regulacje, które JEMU nie pozwalają żyć zgodnie z jego przekonaniami. Gdyby ekolog domagał się jedynie zniesienia zakazu proekologicznych zachowań (a nie: wprowadzenia zakazu antyekologicznych), nie widziałbym problemu.
2. Liberałowi jest wszystko jedno, jaki zasięg mają liberalne rozwiązania prawne, dopóki obejmują swoim zasięgiem miejsce, gdzie mieszka. Jeśli tylko Polska będzie kapitalistycznym krajem, to świetnie - to będzie się szybciej rozwijała, niż socjalistyczne kraje obok. A ekolog chciałby zmusić WSZYSTKICH na skalę ogólnoświatową do słuchania jego postulatów - zresztą nie dałoby się ich inaczej zrealizować.
W skrócie: jeśli tylko Kowalski nie płaci podatków (i w zamian nie ma od państwa niczego), a z drugiej strony tylko Nowak ogranicza emisję szkodliwych substancji do atmosfery, to całość jest bardziej proliberalna z punktu widzenia liberała, niż proekologiczna z punktu widzenia ekologa.
"(...) prawo nie jest absolutem, tak jak absolutem nie jest nic, co stworzył człowiek."
Skądinąd wiem, że Mistrzyni_Gry to umiarkowanie wierząca osoba, więc mam dwa pytania:
1. Czy absolutem jest życie dziecka?
2. Co wynika z odpowiedzi TAK lub NIE, jakiej udzielono na pierwsze pytanie? W sensie: jakie powinno się wyciągnąć wnioski z tego, że udzielono akurat tej, a nie przeciwnej odpowiedzi?
Zieloni czerwoni udanie lobbowali i lobbują za wprowadzeniem regulacji prawnych dokuczających m.in. mieszkańcom Londynu; tymczasem liberalizm nie odnosi na Kubie sukcesów. Nawoływanie, żeby przed londyńczykami mieli odwagę stanąć zwolennicy demonizującej ciepło teorii, w imię której wzrosną ceny, uważam za dużo bardziej sensowne (niezależnie od pogody i pory roku) niż postulat, żeby na Kubie pokazali się zwolennicy idei, która na tamtejsze życie nie ma wpływu.
Jedna różnica nie obala analogii. A moja analogia nie polegała na porównaniu legalności (lub braku) obu propozycji, ale na porównaniu ich sensowności. Konkretnie - obie uważam za absurdalne.
A propozycję "ekologiczną" przy tym za pozbawioną chociażby elementarnej empatii.
Absurdalne są głównie z powodu konsekwencji, przy czym czy głowę komuś rozbije chiński policjant, czy angielski robotnik (nawet jeśli póżniej zostanie aresztowany), to już naprawdę drugorzędna sprawa.
Zgoda, w Chinach konsekwencje mogą być poważniejsze, ale czemu odważny i konsekwentny ekolog/liberał miałby zatrzymywać się akurat tam, gdzie każe prawo? Nie wynika to ani z definicji ekologa, ani liberała, a przedstawicielom obu nurtów zdarzało się w obronie swoich poglądów prawo łamać.
Czasami przecież złamanie prawa jest po prostu słuszne.
Nie zawsze i bynajmniej nikogo do tego nie zachęcam, ale prawo nie jest absolutem, tak jak absolutem nie jest nic, co stworzył człowiek.
To jest po prostu kolejny (acz jeden z ważniejszych) czynnik, który należy brać pod uwagę, przy podejmowaniu decyzji.
Zdumiewające, ale "logika" tego zdania jakoś mnie nie powala.
A człowiek spieprzył już na Ziemi tak dużo, że naprawdę przesadzić lepiej jest w stronę ekologii, niż w przeciwną.
"We donât inherit Earth from our ancestors. We borrow it from our children."
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą