< >  wszystkie blogi

Bloga rytm naturalny...

"Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku" - N. Davila

Opodatkowanie zysków walutowych

3 marzec 2009 ·
Niemiłościwie nam panujący wymyślili bat na spekulantów: chcą opodatkowywać zyski z kupna-sprzedaży walut w kantorze. Jest to moim zdaniem absurd wyjątkowo ciężkiego kalibru: uspójnienie tego przepisu z innymi wydaje mi się technicznie niemożliwe, przez co przepis będzie wyłącznie omijany przez grube ryby. Opodatkuje się co najwyżej rzeszę szarych obywateli spędzających długie majówki gdzieś w Ostrawie, jeśli przypadkiem korona podskoczy. Boję się natomiast, że z czasem umożliwi to dowolnie wysokie nadużycia władzy.

Problem polega na tym, że w opisanej sytuacji wysoce niejasne jest: (a) kiedy powstaje dochód (b) w jakiej jednostce jest mierzony (c) dochody uzyskiwane w jakich jednostkach mogą być opodatkowywane oraz (d) według jakiej podstawy wylicza się podatek, jeśli dochód jest różny w zależności od jednostki, a w konkluzji (e) co tak naprawdę jest opodatkowywane.

Punkt (a) pozornie jest oczywisty: jeśli kupię dolary po 2,50 za sztukę, poczekam i sprzedam po 3,50 za sztukę, to jest to dochód. Nawet jednak tutaj prostota jest czysto pozorna. Bo w sytuacji, w której kupiłem po 2,50 i sprzedałem po 2,50 dochodu oczywiście nie ma, prawda? A co jeśli "po drodze" sprzedałem za 3,50, po czym za minutę się rozmyśliłem, a właściciel kantoru dobrodusznie zgodził się cofnąć transakcję nie naliczając spreadu? Osiągnąłem-li ja na tę minutę dochód, który trzeba opodatkować ("na wieki", bo przecież straty nie podlegają podatkowi dochodowemu)?

A prawdziwe sytuacje mogą być znacznie bardziej skomplikowane. Na przykład kupuję dolary, z którymi jadę do USA, gdzie z kolei kupuję euro, z którymi jadę do Holandii, gdzie kupuję tulipany. Po czym sprzedaję je w Czechach za korony, które wymieniam później w Polsce na złotówki... Kiedy tak naprawdę zarobiłem? Albo inna sytuacja: mam umowę o pracę tak skonstruowaną, że moja pensja jest wypłacana w złotówkach, ale jej wysokość jest określona w euro. I, powiedzmy, euro skacze w ciągu miesiąca? To co, mam pewnie najpierw zapłacić podatek dochodowy od zarobionych euro brutto (przeliczonych na złotówki), a następnie to, co zostanie mi netto, opodatkować jeszcze od wzrostu kursu euro?

Co się wiąże z (b) dość silnie. Naturalnie w prostym przykładzie nic nie zyskałem w dolarach, a wręcz straciłem - bo kupiłem je po cenie, powiedzmy, 104 centy, a sprzedałem po 96 centów za sztukę według kursów uśrednionych. Na tym właśnie kantor zarabia. Zyskałem w złotówkach, oczywiście.

Przejdźmy do (c). Zysk w złotówkach państwo opodatkowuje, co jest dla większości naturalne. Przyjmijmy. Pytanie, czy wolno państwu opodatkowywać zysk w dolarach amerykańskich? Tym razem takiego zysku nie było, ale można sobie z łatwością wyobrazić sytuację odwrotną: sprzedaję dolary po 3,50 sztuka, po czym kupuję je za jakiś czas znowu po 2,50 sztuka. Za całą sumę uzyskaną ze sprzedaży poprzednich dolarów. Czy ten "zysk" państwo polskie ma prawo opodatkować i w którym momencie? Należy uważać z odpowiedziami. Odpowiedź negatywna spowoduje niemożność opodatkowania zarabiających w funtach Polaków w Irlandii, zaś pozytywna...

... kieruje nas do (d), gdzie sytuacja jest niebezpieczna. Bo jeśli państwo ma prawo opodatkować zysk w dowolnej walucie, to zapewne ma prawo również wybrać walutę, według której policzy podatek w konkretnym przypadku? Gdyby nie miało, to sprawa byłaby prosta: zawsze wybierałbym tę walutę, którą w pierwszej transakcji kupiłem, a w drugiej sprzedałem, i zysku nigdy bym nie wykazywał. Jednak pozwolenie państwu na dowolny wybór waluty jest wysoce niebezpieczne. Dziś skończy się tylko opodatkowaniem spekulantów. Jutro, jeśli kryzys okaże się większy i zajdzie nagła potrzeba ratowania budżetu państwa, podatek dochodowy może spowodować, że od każdych stu złotych zapłacimy 20 złotych podatku tygodniowo za sam fakt, że istnieją. Wystarczy symulacja przewalutowania na dolary zimbabweńskie...

Dodam może, że kiedyś obowiązywał przepis, który w przypadku kilku możliwych interpretacji tego samego przepisu podatkowego nakazywał przedsiębiorcy wybierać tę, według której zapłaci najwyższy podatek. Nie wiem, czy obowiązuje on nadal; to nieistotne. Istotne jest to, że stworzono precedens. Jego przywrócenie i rozszerzenie na osoby prywatne - podyktowane rzecz jasna "słusznym interesem społecznym" - będzie w miarę "potrzeby" łatwiejsze, niż się komukolwiek wydaje.

Punkt (e). Odczepmy się na razie od walut. Wydawać by się mogło, że cały pomysł polega w zasadzie na opodatkowaniu wzrostu siły nabywczej tego, co mamy. To proste: skoro mieliśmy dolary, za które można kupić mało złotówek, a teraz można więcej, to wzrosła ich siła nabywcza. Co jako precedens też byłoby niebezpieczne (czy wówczas w przypadku deflacji opodatkowałoby się stan posiadania za sam fakt deflacji? a w ogóle między stanem dwa lata temu, a stanem rok temu chleb zdrożał w złotówkach, ale np. komputery staniały - jak to policzyć?)...

... gdyby nie fakt, że nawet tego wzrostu nie ma! Inflacja w czasach kryzysu zżera również dolara. Złotówkę zżera nieco szybciej, dlatego kursy rosną. Czasami wolniej, wtedy spadają. Natomiast ten sam dolar, który drzewiej kupiłem za 2,50 złotych sztuka, wystarczyłby mi dziś w USA (tak, właśnie w USA! Dolary są po to, żeby za nie kupować w USA! Jeśli kupię za nie coś w Polsce, to tylko sceduję na kogoś innego prawo do zakupu za nie czegoś w USA, ale koniec końców ich siła nabywcza polega na tym, że za ich pokrycie i wymienialność ręczy Amerykański Bank Federalny i żaden inny, a on nie może ręczyć poza obszarem amerykańskiej jurysdykcji!) zapewne na nieco mniej chleba, niż wtedy, gdy go kupowałem, choć złotówek istotnie mogę za niego dostać więcej. Tyle, że złotówkami się nie najem, nie odzieję się w nie, i nie zrobię niczego, co by świadczyło, że są one jakimś realnym dobrem. Bo pieniądz sam w sobie - to żadne dobro! To tylko prawo konsumpcji odłożone w czasie. Ma wielką zaletę: mogę kupić za dwa lata coś za pieniądz, na który zapracowałem dziś. Ma też wadę: brak gwarancji korelacji między wartością mojej dzisiejszej pracy, a wartością dobra, które nabędę. Ale sam w sobie nie jest dobrem.

W sensie dóbr zaś na tych wszystkich transakcjach mogłem zyskać, mogłem też stracić, jednak opodatkowane są jak zysk nawet jeśli w sensie siły nabywczej go nie przyniosły. Co prowadzi do konkluzji, że nasi włodarze znaleźli sposób (nie pierwszy, i zapewne nie ostatni), żeby ściągnąć podatek od... niczego!

 

Skomentuj

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi