< >  wszystkie blogi

Bloga rytm naturalny...

"Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku" - N. Davila

Dygresyjnie wokół 8 marca

8 marzec 2009 ·
Właśnie zawiozłem moją Żonę na manifę. To, że wzięła ona w niej udział, cieszy mnie z tego samego powodu, dla którego ja się na niej nie pojawiłem. Otóż jest to jedyna okazja w roku, kiedy feministki inicjują wzrokowy (a więc najsilniej oddziałujący) przekaz, że kobiety i mężczyźni się różnią. Co zresztą jest orgomną zaletą dzisiejszego święta. Niemniej o ile każda kobieta na tej manifie tę różnicę uwypukla, o tyle każdy mężczyzna znacznie bardziej ją zaciera. Dlatego nie mam dobrego zdania o mężczyznach, którzy tam chodzą, nawet jeśli maszerują pod słusznymi sztandarami (niech pomaszerują pod nimi 9 marca... Co, poniedziałek? To 15...), za to jestem jak najlepszego zdania o tamtejszych kobietach.

Przy okazji zwracam uwagę, że różnica jest niczym innym, jak miarą nierówności. Im większa różnica, tym większa nierówność. Fakt, że istnieje niezerowa różnica implikuje nieistnienie równości. Również między kobietami a mężczyznami.

Naturalnie na razie te wszystkie rozróżnienia są po stronie wizualnej, fizycznej, biologicznej, być może widać je także po stronie emocjonalnej... Ale to właśnie dzięki nim zasadne staje się postawienie pytania: Jeśli występują różnice na tych polach, to dlaczego a priori zakładać, że nie występują one na pewnych innych polach? Na przykład na polu traktowania przez prawo... I to właśnie dzięki tym różnicom, które uwypuklają się na manifie, odpowiedzi typu "bo tak" albo "a dlaczego nie?" tracą rację bytu. Istnienie widocznych na pierwszy rzut oka różnic pozwala domniemywać ich istnienie tam, gdzie niczego na pierwszy rzut oka nie widać - i już minimalny kroczek został zrobiony, już to ich nieistnienie jest tym, czego trzeba dowodzić.

Pisałem o słuszności sztandarów, bo z niektórymi hasłami manify mógłbym się zgodzić; znacznie gorzej by było po przejściu do detali. Na przykład hasło "Nowa ekipa, ta sama lipa" tegorocznej manify jest czymś, z czym się zasadniczo zgadzam - kolejna ekipa stoi politycznie w miejscu, które oceniam niewłaściwie. Z tym, że gdyby przyszło do przeciągania liny, feministki przeciągałyby ją w lewo, a ja w prawo - i tu są te detale...

Z kolei z innymi hasłami zgadzam się bez zastrzeżeń co do haseł i co do detali, natomiast mierzi mnie brak analogicznych haseł, w przypadku których można byłoby użyć tych samych argumentów. Zgadzam się na przykład z tym, że państwo powinno być neutralne światopoglądowo w tym sensie, żeby nie narzucać nikomu życia w zgodzie ze światopoglądem, jaki ma ktoś inny. W przypadku feministek najgłośniej jest o kościele katolickim. Ale domagałbym się wytłumaczenia, dlaczego np. katolik ma nie mieć prawa narzucenia feministce życia w zgodzie z jego światopoglądem, a demokrata albo ekolog ma takie prawo mieć. Jedni, drudzy i trzeci - w odróżnieniu np. od liberałów - nie zadowalają się tym, że oni żyją w zgodzie z ich poglądami - oni chcą, żeby każdy żył w zgodzie z ich (a nie ze swoimi, gdy występuje konflikt) poglądami.

Dość podobnym tematem, o dziwo, jest aborcja. Tu też zgadzam się z tymi, co twierdzą, iż powinien to być wybór kobiety. Dokonałem natomiast pewnej obserwacji. Proszę zapytać kilka (jak ktoś może, to i kilkadziesiąt) pro-choice'owych feministek, dlaczego ich zdaniem kobieta powinna mieć prawo do aborcji - i nie dyskutować z nimi, tylko zanotować odpowiedzi. 4 na 5 z tych odpowiedzi da się zastosować wprost albo po bardzo niewielkiej zmianie (np. zmianie rzeczownika "brzuch" na rzeczownik "firma", czy coś w tym stylu) zastosować jako odpowiedzi na pytanie: Dlaczego pracodawca powinien mieć prawo niezatrudniania kobiet? Oczywiście pytanie feministek już o to, dlaczego te same argumenty w odpowiedzi na drugie pytanie nie są wystarczające, nie poskutkuje równie rzeczowymi argumentami, tylko najczęściej jakimś bełkotem. W ostateczności będzie można z niego wyłuskać wystąpienia słowa "kobieta", zastąpić odpowiednimi wystąpieniami zwrotu "nienarodzone dziecko" i wrócić do dyskusji o aborcji...

Dla jasności, gdyby ktoś jeszcze tego nie wiedział: uważam, że kobieta powinna mieć prawo do aborcji, a pracodawca do niezatrudniania kobiet - i że ani kobieta, ani pracodawca nie musi się nikomu tłumaczyć.

Teraz coś o... erystyce. Zarzucano mi ją. Nie przeczę: czasem się nią posługuję. Nie zgadzam się jedynie z tym, że jest to zarzut. Zwracam uwagę, że jednym z kryteriów oceny czegoś jest skuteczność, z jaką to coś służy założonemu celowi. Nie jest to najważniejsze kryterium i daleki jestem od oceniania Hitlera po tym, na ile skutecznie osiągnął założone cele, jednakże erystyka to sprawa zupełnie innego kalibru. Jest ona najskuteczniejszą metodą przekonywania ludu, znacznie skuteczniejszą niż merytoryka - a to niestety lud dzierży władzę. Przecież merytorycznie nie da się przekonać 80% ludzi, że daje się czasem innym, czasem im, ale zabiera się zawsze tylko i wyłącznie innym - a tych, których da się do tego przekonać merytorycznie, mam za dzieci, które nigdy nie powinny dostać do ręki broni w postaci głosu wyborczego. Zaklasyfikowanie argumentu do erystyki bądź merytoryki też bywa dyskusyjne, choć nie zawsze. Erystyka ma jedną poważną wadę: argumenty z tej bajki są znacznie bardziej podatne na kontry herbu "kto mieczem wojuje, od miecza ginie", niż merytoryczne.

Skojarzyło mi się to z aborcją, bo za czystą erystykę mam stwierdzenie Rafała Ziemkiewicza, że kobieta powinna mieć takie samo prawo do wyskrobania swojego dziecka, jak mąż do wyskrobania swojej żony. Można argumentować, że nie powinna, że niby dlaczego, etc. - a można odbić piłeczkę i powiedzieć na przykład tak: "Świetnie. Niech będzie takie samo: nieograniczone, jeśli od poczęcia abortowanego istnienia minęły nie więcej niż 3 miesiące, dozwolone pod pewnymi warunkami, jeśli więcej niż 3, a mniej niż 9". Oczywiście po takim dictum te prawa rzeczywiście są takie same, i oczywiście mąż nigdy nie jest w stanie z nich skorzystać. Naturalnie należy się liczyć z tym, że Ziemkiewicz w odpowiedzi na taki argument znajdzie rekontrę; podejrzewam jednak, że w praktyce zbyłby takie pytanie milczeniem.

Wysoka podatność na kontry nie jest domeną tylko argumentów erystycznych. Na przykład argument za legalnością aborcji, jaki dzisiaj widziałem, był następujący: w wyniku zakazu aborcji co 7 minut na świecie umiera kobieta. Trudno mi jednoznacznie zaklasyfikować ten argument, jednakże od razu znalazłem przynajmniej dwie kontry przez analogię. Pierwsza jest stricte erystyczna: "Ze starości co 5 minut na świecie umiera kobieta; zapewnijmy ustawowo, żeby nikt starości nie dożywał". Druga już niekoniecznie, a polega na przepisaniu oryginalnego argumentu, zamianie słowa "zakazu" na "przeprowadzenia", zastąpienie słowa "kobieta" słowem "płód" i odpowiedniej modyfikacji czasu. Nie wiem, ile on wyniesie, podejmuję się jednak matematycznie udowodnić, że zawsze będzie nie większy, niż w oryginalnym argumencie. Dlatego z taką argumentacją należy uważać. Mimo że jestem zwolennikiem prawa do aborcji, bardzo bym nie chciał, aby właśnie ten argument okazał się istotny, bo stąd tylko krok do użycia argumentu typu "z powodu głodu co [odpowiednia jednostka czasu] na świecie umiera człowiek" - i tak powołuje się do życia czerwonego potwora, a imię jego SOCJAL. Później nieuchronnie rozrasta się on do dzisiejszych rozmiarów i rosnąć nie przestaje...

Składam najserdeczniejsze życzenia wszystkiego najlepszego wszystkim tym kobietom, które czują się nierówne mężczyznom, i życzą sobie w związku z tym być spośród nich wyróżniane i specjalnie doceniane.

 

Skomentuj

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi