Wszystko to oczywiście dlatego, że od dawna pieniądz nie jest oparty na żadnym konkrecie - na przykład nie jest wymienialny na złoto - przez co można go sobie dowolnie dodrukowywać nie bacząc na to, czy ma on pokrycie w dobrach. No, więc się dodrukowuje. W miarę doraźnych potrzeb politycznych. Dodruk pieniądza bez pokrycia powoduje, że stosunek pieniędzy do dóbr rośnie, w efekcie ceny też rosną, w efekcie jednostka pieniądza staje się coraz mniej warta (notabene: widać już, mam nadzieję, że dodruk to dość perfidna forma ukrytego podatku nakładanego na każdego procentowo od ilości zaoszczędzonych pieniędzy?). Ludzie cieszą się jak głupi, bo myślą, że stali się bogatsi od tego, że cena rynkowa mieszkania, które kupili za 200 tysięcy wynosi teraz 400 tysięcy - i co prawda niekiedy widzę też, że za te 400 tysięcy mogą kupić tyle samo, co wcześniej za 200, ale nie widzą, że jedno i drugie dzieje się z tych samych powodów. A prawda jest taka, że stali się w taki sam sposób bogatsi, w jaki staliby się wyżsi, gdybyśmy dziś ogłosili, że metr staje się nagle dwa razy krótszą jednostką, niż był dotychczas.
Efektem nieuniknionym jest naturalnie zwiększenie zjawiska nieoszczędzania - bo po co oszczędzać, skoro dziś można wydać na samochód, a jutro nie wiadomo, czy za te pieniądze kupi się choć 80% samochodu? A stąd już najprostsza droga do kryzysu.
Ja uważam, że państwo absolutnie nie powinno w tym momencie interweniować. Przede wszystkim z powodów pryncypialnych: tych samych, dla których interweniować nie powinno, gdy Kowalski zadłuży się i nie jest w stanie tego spłacać. To problem Kowalskiego i jego wierzyciela. Teraz uwaga zasadnicza: jako człowiek Zasad uważam, że Zasadę należy dostosować do zjawiska, jakie zachodzi, natomiast absolutnie nie powinno się jej zmieniać w zależności od skali zjawiska. Gdy dziesięć milionów Kowalskich nie jest w stanie spłacać zadłużeń - to jest to dziesięć milionów problemów dziesięciu milionów Kowalskich i ich wierzycieli, nawet jeśli rykoszetem trafia wszystkich Polaków - a nie "jeden problem społeczny". Państwo może naturalnie interweniować, gdyby pojawiło się zagrożenie dla państwa (rozumianego jako jednolity byt, nie jako ogół obywateli) - bo zachodzi zjawisko zagrożenia dla państwa. Mogę jednak posłuchać argumentów tych, którzy uzależniają od skali zjawiska algorytm działania - pod warunkiem precyzyjnego określenia granicy za pomocą jakiegoś obiektywnie mierzalnego kryterium. Inaczej propozycja jest propozycją systemu uznaniowego, a więc - mówiąc wprost - korupcjogennego, co jest nie do przyjęcia.
A drugi powód polega na tym, że podczas kryzysu finansowego nie bardzo jest jak interweniować. Trzeba byłoby - nie zabierając niczego ludziom - zmniejszyć ilość pieniądza w obiegu, co z kolei nadwerężyłoby i tak niewydolny budżet państwa. Da się to oczywiście zrobić, na przykład rezygnując z całego socjalu - ale państwo tego nie zrobi, a ściślej: nie zrobią tego politycy, których głównym celem jest ponowny wybór, a w tym celu nie mogą do siebie zrażać rencistów, biednych, chorych - i wszystkich tych, którzy widzą, że coś dostają, a nie widzą, że dokładają się do innych. Nie mogą też zrażać do siebie ludzi, którzy natychmiast obarczą ich winą za "zbiednienie", gdy ich mieszkania staną się warte z powrotem 200 tysięcy złotych zamiast 400 tysięcy bez oficjalnie przeprowadzonej denominacji. Nie można nawet zabezpieczyć się przed tym na przyszłość, opierając pieniądz na złocie - bo jakże to tak? Nie móc dodrukować w miesiąc stu milionów złotych, żeby je rozdać stu tysiącom obywateli, bo sondaże wskazują, że w przeciwnym razie braknie "nam" osiemdziesięciu tysięcy głosów?
Dlatego twierdzę, że taki kryzys jak dzisiejszy, jest znacznie mniej poważny, niż się o nim mówi - ale w dowolnym systemie opartym na kadencyjnych stanowiskach pochodzących z wyborów powszechnych nieunikniony. Z czasem - na coraz większą skalę. Sposobem na odwleczenie go (ale nie na uniknięcie) jest przedłużenie kadencji - działania głupie można podejmować tylko wtedy, gdy ich efekty spadają na następną ekipę, więc niech tego czasu będzie procentowo jak najmniej - tyle, że żeby to dało wymierne efekty ekonomiczne, kadencje nie mogłyby być krótsze niż 40-letnie. Dotyczy wszystkich stanowisk pochodzących z powszechnych wyborów. Czyli znowu pat - bo na to nie będzie zgody ludu.
Dziobas podesłał link:
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,95190,6370818,Chcesz_becikowe__Musisz_zdobyc_zaswiadczenie.html
(skrócona wersja: http://tiny.pl/bprw) i twierdzi, że to już przesada do kwadratu.
Cóż, zgodzę się tu z moją Żoną, że to po prostu Pani Minister Kopacz, której nie udało się przeforsować obowiązkowej rejestracji ciąż, przepycha pomysł tylnymi drzwiami. Przy tym ja patrzę na ten pomysł z optymizmem: zabranie becikowego części rodziców to krok w dobrą stronę. Teraz wystarczy zabrać go reszcie i będzie jeden problem mniej.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą