Może łatwiej będzie odpowiedzieć, czego równość wobec prawa na pewno nie oznacza. Otóż nie oznacza ona na pewno, że wszyscy ludzie (właśnie: trzeba na początku zaznaczyć, że ograniczamy spektrum podmiotów prawnych do ludzi w sensie biologicznym, gdy mówimy o równouprawnieniu) mają do wszystkiego równe prawa. Inaczej mam prawo sprzedać udziały Pana Solorza w Polsacie - bo skoro Pan Solorz to prawo ma...
Po drugie: "równość wobec prawa" na pewno nie oznacza, że wszyscy podlegają temu samemu prawu. Jest to warunek konieczny, ale niewystarczający. Gdyby w kodeksie karnym istniał paragraf o treści: "Zastrzelenie człowieka bez ważnego powodu jest zakazane z wyjątkiem sytuacji, w której strzelającym jest osoba rasy białej, a zastrzelonym osoba dowolnej innej rasy" - to nawet zapewniając, że dokładnie ten paragraf obowiązuje w identycznej wersji wszystkich nie osiągamy równości wobec prawa.
Po trzecie wreszcie: warto zadać sobie pytanie, czy odebranie dzieciom czynnego prawa wyborczego (a także progi minimalne, zresztą bardzo zróżnicowane zależnie od stanowiska, obowiązujące przy biernym prawie wyborczym) naruszają równość wobec prawa, czy nie? I - niezależnie od odpowiedzi - warto również zadać pytanie, czy gdyby zabrać prawo wyborcze np. wszystkim mężczyznom, albo wszystkim białym, albo wszystkim hetero (albo, w dowolnym z powyższych przykładów, zamieniając "wszystkim" na "wszystkim, tylko nie") - czy byłaby ona taka sama? Wszak wszelkie przepisy i dyrektywy, które zakazują dyskryminacji ze względu na płeć, mówią również to samo o dyskryminacji ze względu na wiek (przynajmniej te, które teraz przychodzą mi do głowy). A po udzieleniu tych wszystkich odpowiedzi należy jeszcze odpowiedzieć na pytanie, czy odebranie dzieciom czynnego prawa wyborczego jest słuszne i dlaczego?
Otóż ja jestem zwolennikiem równości wobec prawa - po przyjęciu następujących założeń i odpowiedzi na pytania z pierwszego akapitu.
1. Których praw dotyczy równość? Kodeksu Drogowego, Kodeksu Karnego, bardzo szczupłego Kodeksu Cywilnego (który w zasadzie można zawrzeć w paremii "pacta sunt servanda" i dopisku o nieuznawaniu klauzuli "rebus sic stantibus" - po czym trochę rozbudować o kwestie dotyczące roszczeń cywilnoprawnych z tytułu deliktów) oraz biernego prawa wyborczego. Tyle moim zdaniem w państwie w zupełności wystarczy i równość na tych polach również w zupełności wystarczy. Nie domagam się absolutnie, aby wszystkich dotyczyły np. równe prawa wyborcze czynne (choćby z uwagi na cytat pod tytułem bloga, ale o tym kiedy indziej), nie domagam się, aby zakazywać dyskryminacji polegającej na tym, że kupujemy od kogo chcemy i sprzedajemy komu chcemy - kierując się kolorem skóry, płcią, wyznaniem, albo po prostu "widzimisię, żepanmisię niepodoba" - i to niezależnie od tego, czy kupujemy chleb, czy pracę. W ogólności: uznaję równość wobec prawa za pewną wartość, ale dobro państwa (niekoniecznie: dobro ogółu obywateli, chyba że wszystkich) uważam za wartość wyższą. W sytuacji konfliktu zawsze stanę po stronie dobra państwa, nawet jeśli miałoby to złamać zasadę równości wobec prawa. I dlatego popieram zakaz głosowania przez dzieci. Dla kontrastu: za wartość znacząco niższą od równości wobec prawa uważam równość szans.
2. Których ludzi dotyczy równość? Tu odpowiadam: wszystkich. Na tych obszarach, gdzie wprowadzamy różnice, wprowadzamy je z jakiegoś powodu - i dla każdego obszaru będzie zapewne inny podział na grupy ludzi objętych jednym prawem i grupy ludzi objętych innym prawem, a podział ten zdeterminowany powinien być dość dobrze poprzez powód wprowadzenia różnic. By być ścisłym: wszystkich dorosłych, tj. takich, którzy podejmują świadome decyzje. Przy okazji: o tym, kiedy człowiek staje się dorosły, powinni decydować jego rodzice. W momencie, gdy oboje się zgodzą, człowiek staje się dorosły ze wszystkimi tego konsekwencjami - i bez odwołania. W przypadku dzieci naruszenie równości wobec prawa uważam za uzasadnione, podobnie jak w przypadku wszystkich innych grup, przy których naruszamy tę równość - jeśli naturalnie powody są te same, albo przynajmniej zadowalające. Zachodzi to na przykład w ciężkich przypadkach niektórych schorzeń psychicznych. Uważam, że takim ludziom powinna przysługiwać większa ochrona prawna - z tym, że każda grupa, której przysługuje większa ochrona prawna, powinna z tego samego powodu mieć mniejsze prawa publiczne. Na razie nie potrafię przytoczyć przypadku grupy, której powinna przysługiwać większa ochrona prawna z powodów nieuzasadniających zmniejszenie praw publicznych (tzn. potrafię - pod warunkiem, że powody będą niezgodne z doktryną libertariańską - ale wówczas nie podpiszę się pod słowem "powinna"), ale może któryś Komentator mi je poda?
Teraz mogę dyskutować o równouprawnieniu i równości wobec prawa - nie na poziomie pustych sloganów, a na poziomie konkretnych, dobrze zdefiniowanych pojęć.
Na zakończenie coś zabawnego. Rzuciła mi się w oczy ulotka Partii Zielonych (zupełnym nawiasem: ciekawy jestem, z czego Zieloni i inne ekologiczne organizacje robią papier, na którym drukują swoje hasełka propagandowe?), którą prawdopodobnie moja Żona przyniosła z Manify. Było tam kilka haseł, w tym pogrubione RÓWNOŚĆ PRAWA, RÓWNOŚĆ SZANS (albo: równe prawa, równe szanse - jakoś tak, na 100% nie pamiętam). Rozbawiło mnie to trochę, bo do tej pory przy okazji Manif słyszałem hasła, że kobiety powinny mieć zapisane w Kodeksie Pracy specjalne przywileje niedostępne mężczyznom, od socjalistów z innych stron: że bezrobotnym powinny przysługiwać specjalne prawa (do zasiłku) nieprzysługujące pracującym, kalekim specjalne prawa nieprzysługujące zdrowym, etc. - cała kupa nierównych PRAW wprowadzanych właśnie po to, żeby wyrównywać SZANSE. Na początku myślałem, że Zieloni może wymyślili, jak te równości pogodzić (ja nie mam pojęcia, jak?!), albo sabotują Manifę, ale może któryś z Zielonych odpowie na pytania, jakie postawiłem na początku tej notki, rozwiewając moje wątpliwości.
I jeszcze inne pytanie: jeśli szanowni rodzice są menelami, to mogą zgodnie wywalić z domu dzieciaka dziesięcioletniego (może ośmioletniego? czemu nie?), żeby im obcy dorosły nie przeszkadzał? I czy ten dziesięciolatek ma w tym momencie pełnię praw - do podejmowania pracy, wynajmowania mieszkania, zawierania umów? A co z osobami trwale niedorosłymi - z zespołem Downa, upośledzeniami, zaburzeniami umysłowymi i psychicznymi? Czy jeśli rodzic jest już całkiem zmęczony opieką nad 30-letnim dzieckiem, może go jedną deklaracją "udoroślić" i wywalić na samodzielność kogoś, kto ma umysł pięciolatka? I czy sąd wówczas też będzie zobowiązany do traktowania takiej osoby jak dorosłej i pełnoprawnej?
Next: czy w takim razie nadopiekuńcze mamusie mają prawo trzymać ukochanego synunia ściśle przy piersi, mimo że synulek ma 45 lat, sztuczną szczękę i łysinę? Ale póki mamula się nie zgodzi, dzieciak jest niepełnoletni, roboty żadnej nie podejmie bez zgody mamci, bez mamci się nie ożeni, nie wyprowadzi... Genialne!
Pewnie-w wielu przypadkach takie rozwiazanie miałoby sens.
Gorzej jeżeli ktoś np. jest skłócony z rodzicami albo rodzice nie są w stanie wydać takiej zgody.
Inna sytuacja: 22-latek pracuje, ale mieszka z rodzicami. Za obupólną zgodą nie jest jeszcze dorosły. Rodzice giną w wypadku.
Czy taka osoba stałaby sie automatycznie dorosła? Co by sie stało gdyby w takie sytuacji znalazł się 12stolatek?
18 lat to sztuczna granica, ale za to najbardziej przejrzysta. A przejrzystość to powinien być jeden z fundamentów prawa.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą