mzakras:
" Kilka sytuacji:
1. Kobieta robi badania, które nie stwierdzają raka.
2. Kobieta nie robiła badań, zachorowała na raka. W stadium "do wyleczenia".
3. Kobieta robi badania, które stwierdzają raka. W stadium "do wyleczenia".
4. Kobieta robi badania, które stwierdzają raka. W stadium "nie do wyleczenia".
Teraz.
Kto powinien zapłacić za badania i leczenie w każdym z tych przypadków?"
1-4. Sama zainteresowana (być może z pomocą rodziny, ludzi dobrej woli, wszystkich, którzy dobrowolnie się na to zrzucą). Niewykluczone zresztą, że w warunkach liberalnych ubezpieczyłbym się od kosztów leczenia raka, bo to cholerstwo jednak jest drogie (choć bez podatku dochodowego i bez wymogu, by leczyli go tylko ludzie z państwowymi papierami znacznie by potaniało). Z całą pewnością natomiast nie chciałbym się ubezpieczać od kosztów leczenia zwykłego przeziębienia - w tym od utraty zarobków w tym okresie (od tego, zwracam uwagę, też jestem ubezpieczony pod przymusem - bo dostaję 80% pensji za czas chorobowego - i też za to ubezpieczenie płacę - bo to chorobowe płaci ZUS, który opłacam, a jeszcze wcześniej pracodawca, który je kalkuluje negocjując moją pensję). Natomiast z całą pewnością jako ubezpieczyciel zawarłbym w umowach klauzulę o obowiązkowości badań pod rygorem unieważnienia ubezpieczenia - co byłoby dopuszczalne dlatego, że można się nie ubezpieczać albo iść do konkurencji nie dając mi ani grosza!
Przy okazji: gdyby wprowadzono ów obowiązek, a po odpowiednim czasie (powiedzmy: po trzykrotnej długości okresu, co jaki badania byłyby obowiązkowe lub później) zaszedłby przypadek 4., byłby to dowód, że cała akcja jest o kant d*** potłuc i służy wyłącznie temu, żeby Krewnym i Znajomym Królika nabić kabzę - a w najlepszym razie, że ktoś pomylił dane liczbowe i akcja nie daje oczekiwanych skutków.
niq: "Jednocześnie jeśli spytać kobiet, które już zostały zdiagnozowane jako chore, twierdzą one, że żałują, że nie badały się wcześniej regularnie i same zachęcają swoje krewne i znajome do częstych badań."
Bardzo możliwe. Gdyby spytać zdolnych, a mało zarabiających ludzi, pewnie też często twierdziliby oni, że żałują, że nie uczyli się w swoim czasie więcej niż inni. I będą zachęcali swoich krewnych i znajomych do uczenia się więcej niż inni, co jest bardzo słuszne, ale nie jest żadnym argumentem za wprowadzaniem ustawy, która by to nakazywała, zresztą: jak to zrealizować?
"Spora część kobiet z zaawansowanym rakiem nie podołałaby samodzielnie kosztom leczenia i zmarła. Ich dzieci "spadłyby" na krewnych, lub, z braku chętnych do opieki - na państwo."
Jeśli, oczywiście, państwo miałoby w swoich założeniach opiekę nad takimi dziećmi. Dla kogoś, kto uważa, że powinno - jest to faktycznie argument, przy czym równie mocny za obowiązkiem robienia w/w badań, co za zakazem rozmnażania się przez osoby, które nie mają odłożonych wystarczających pieniędzy, żeby w razie ich nagłej śmierci - z powodów zupełnie niezwiązanych z rakiem - dzieci były odpowiednio wyposażone, żeby - ktokolwiek podejmie się nad nimi opieki do wydoroślenia - nie musiał do tego dokładać ze swojego (a tym bardziej przez takie, które nawet żyjąc musiałyby dzieci trzymać choć częściowo na garnuszku państwa). Szacuję, że takie oszczędności musiałyby na dzień obecny wynosić minimum 5 tysięcy złotych na każde dziecko na każdy rok pozostały do momentu, kiedy samo się utrzyma - a i to w warunkach gwarancji, że procent będzie przynajmniej równoważył inflację, oraz przy założeniu, że zapewnia się wyłącznie zaspokojenie podstawowych potrzeb.
Przy okazji - to raczej a propos szczepień, ale mi się przypomiało. Szczepienia, pomijając działanie lecznicze, osłabiają naturalne zdolności obronne organizmu. Zaszczepienie dzisiaj miliona dzieci zapobiegnie, załóżmy, śmierci 100 z nich - i załóżmy nawet, że żadne nie umrze od powikłań poszczepiennych. Za to w wyniku tego szczepienia być może 1000 z nich umrze wcześniej, niż by mogło, bo będzie miało poosłabiane organizmy i nie zwalczy jakiejś choroby, a kolejne 5000 będzie bardziej chorowite (i droższe w leczeniu, niezależnie od tego, z czyjej kieszeni pójdą na to pieniądze). Czy ktoś to bierze pod uwagę w rachunku ofiar w ludziach i w rachunku ekonomicznym?
LordKaftan: Inne badania oczywiście również ograniczają wolność, i to w takim samym stopniu. Nie jest o nich tak głośno może dlatego, że jednak mniej ludzi czuje się upokorzonych tym, że ktoś zmusza ich do poddania się poświeceniu po oczach czy zajrzeniu do gardła, niż grzebaniu w okolicach genitaliów.
"Badanie cytologiczne i mammograficzne będzie częścią pakietu badań okresowych. Innymi słowy badania będą musiały wykonywać kobiety pracujące."
Na razie zarówno kierunek, w jakim idzie polska (i europejska) polityka, jak i argumenty za tym obowiązkiem, utwierdzają mnie w przekonaniu, że jeśli tylko to się przyjmie, to za parę lat "ze względów społecznych" zostanie rozszerzone. Poproszę o choć jeden argument utwierdzający mnie w przekonaniu przeciwnym.
"W Polsce nie ma przymusu pracy."
Był już jeden taki, co powoływał się na brak przymusu pracy i wymyślił, żeby wrogom państwa zakazać pracy, to umrą z głodu (LordKaftan, chwalić Boga, nie zabrania, popiera tylko rzucanie kłód pod nogi - co też ma negatywne skutki, ale mniejsze). Skończyło się źle, w końcu również dla samego pomysłodawcy. Napisałbym kto to, ale nie chcę się narazić na zarzut o reductio ad Hitlerum. Napiszę to więc, gdy ktoś mi zada takie pytanie, a póki co przemycę tylko informację, dlaczego zarzut uważałbym za niesłuszny. Otóż dlatego, że przywołana postać nie byłaby argumentem za lub przeciw stanowisku, lecz służyłaby jedynie identyfikacji umożliwiającej umieszczenie zdarzenia w miejscu i w czasie, co ułatwia historyczną obserwację następstw zjawisk.
Przy okazji może warto zacytować dwa punkty z art. 65. Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 1997 roku:
"2. Obowiązek pracy może być nałożony tylko przez ustawę."
"5. Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych."
Oznacza to, że przymusu pracy nie ma, ale w każdej chwili może się pojawić, gdy odpowiednim osobom będzie wygodnie. Wprowadzenie przymusu pracy to znakomity "program zwalczania bezrobocia".
W mailu Komentator JakJedzieszBabo odnosi się do notki p.t. "Sprostowanie" i prosi o moją opinię porównującą kobiety i mężczyzn za kierownicą. Nick Komentatora dość mocno sugeruje oczekiwaną przezeń odpowiedź, ale postaram się tę "wskazówkę" zignorować.
Z moich obserwacji wynika, że owszem, są różnice. Jeżdżąc po Warszawie zauważam, że nietypowe problemy na drodze (zgaśnięcie silnika, gwałtowne hamowanie nie wiadomo z jakiego powodu, dziwne manewry na skrzyżowaniu) w 4 przypadkach na 5 wykonują kobiety. Z kolei chamskie wpychanie się, niewpuszczanie za wszelką cenę, cwaniackie przekraczanie ciągłej linii, etc. w 4 przypadkach na 5 wykonują mężczyźni. Chamstwo mnie irytuje, ale przynajmniej w Warszawie jest przewidywalne, więc jest dla mnie mniej niebezpieczne, niż owe nieprzewidywalne zachowania. To plusik dla mężczyzn, ale mały. A jeszcze bardziej zmniejszają go następujące czynniki:
1. Te 4 kobiety na 5 generują mniejsze niebezpieczeństwo, niż ten 1 facet na 5, bo najczęściej "dziwne" rzeczy dzieją im się przy mniejszych prędkościach.
2. Sam znacznie częściej generuję problemy "kobiece", niż "męskie", a jestem mężczyzną.
3. Są dwie osoby, z którymi jechałem jako kierowcami, i powiedziałem sobie: "nigdy więcej" - obie są płci męskiej.
Bliski jestem więc stwierdzenia, że na drodze nie ma "kobiet" i "mężczyzn". Są lepsi i gorsi kierowcy.
Petroff: "kryzys finansów był jedynie zapalnikiem, taniejące nieruchomości - objawem przyszłej recesji. Obecnie mamy kryzys w klasycznym ujęciu - zmniejszył się popyt, inwestycje, redukowane jest zatrudnienie."
Zgadza się, tyle że dla mnie są to dwa różne kryzysy, których przyczyna była wszelako jedna i ta sama: wszechobecna moda na życie na kredyt. Jednym z objawów kryzysu jest to, że dopóki państwo się do tego nie wtrąca, samoistnie gwałtownie hamuje czynnik kryzysogenny. Skoro dotychczasowy popyt oznaczał życie na kredyt powodujące kryzys, to oczywiście hamowanie polega na zmniejszeniu popytu - co w tym wypadku jest antidotum na kryzys.
niq: "Przykład z mieszkaniami wyjątkowo nietrafiony, choć całość wywodu raczej się trzyma kupy. Otóż, przynajmniej na rynku budownictwa, zwyżka (nienaturalna i nienormalna) cen mieszkań nie oznaczała faktycznej zniżki siły nabywczej pieniądza POZA branżą budowlaną. Mieszkanie kupione za 200 tys kosztowało nagle po dwu latach 400 tys, ale chleb, mleko i buty kosztowały z grubsza bez zmian, a np elektronika potaniała."
Przyznaję - nietrafiony. Liczyłem na taki komentarz, bo pokazuje on jedną rzecz: postulat "stabilizacji waluty" jest niemożliwy do zrealizowania (a to właśnie jako jedną z zalet przejścia na euro podają niektórzy zwolennicy). Waluta "stabilna" to taka, której wartość wyrażona w bułkach, mieszkaniach, butach czy elektronice pozostaje bez zmian - i wówczas niepotrzebna jest żadna waluta; potrzebne jest natomiast odgórne regulowanie cen. Wydaje mi się wszelako, że wzrost siły nabywczej mieszkania związany jest z normalnymi rynkowymi mechanizmami, a nie z kryzysem. Ot, zwiększył się popyt, podaż nie nadążyła, to ceny wzrosły. Podaż na elektronikę lepiej nadąża za zwiększonym popytem, niż podaż na mieszkania za popytem na mieszkania - to cena mieszkania wyrażona w elektronice rośnie. Zresztą podaż na mieszkania szybko wyprzedziła popyt - i od razu mieszkania tanieją. Natomiast w ujęciu rynkowym niewielki sens ma pojęcie "popytu na pieniądz fiducjarny".
Wreszcie, o równouprawnieniu, a ściślej: dorosłości dzieci, bo na tym głównie skupili się Komentatorzy. Większość przypadków szczególnych podawanych przez nich sprowadza się do pytania: czy ważniejsza jest równość szans dzieci, czy równość prawa rodziców? (Tu, oczywiście, odpowiadam, że równość prawa rodziców). A jeszcze częściej: jakie ograniczenia wolno nakładać na wszystkich rodziców po to, żeby obie równości zachować? Moim zdaniem minimalne (tzn. lepiej jest nałożyć mniej kosztem równości szans), choć po przemyśleniu rzeczywiście przyznaję, że nieuwzględnienie w tym minimum momentu dorosłości ma poważne wady.
niq: "Czy również w kwestii obowiązywania KPK jeśli rodzice uznają, że 13-latek jest dorosły, to zaczyna go obowiązywać odsiadka w dorosłym więzieniu za kradzież roweru?"
Nie do końca tak, stanowiłoby to zbyt poważne pole do nadużyć, choć absolutnie nie wykluczałbym takiej możliwości. Moim zdaniem Kodeks Karny powinien być tak napisany, żeby zostawić w cytowanej sytuacji sędziemu bardzo dużą swobodę w stosowaniu kar. W jednym przypadku 13-latek będzie dorosły w sensie emocjonalnym i rozumienia związków przyczynowo-skutkowych, w innym - nie, a w jeszcze innym - częściowo świadomy, za to wystawiony przez rodziców na "słupa". Legislator nie jest w stanie tego wszystkiego przewidzieć.
Natomiast LordKaftan trochę mnie rozbawił stwierdzeniem: "18 lat to sztuczna granica, ale za to najbardziej przejrzysta. A przejrzystość to powinien być jeden z fundamentów prawa." Otóż z postulatem co do przejrzystości prawa się zgadzam, natomiast obecnie obowiązujące jest skrajnie nieprzejrzyste. 18 lat to sztuczna granica, ale w dobrym miejscu? OK. Przyjmijmy, że nie dociekamy, czy nie lepiej postawić ją w 16 lub w 21 latach, nie próbujemy jej nawet sprowadzić do absurdu (co można zrobić z każdą sztuczną granicą, pytając, w czym granica 18 lat jest lepsza od granicy 17 lat i 364 dni, albo od granicy 18 lat i 1 dnia? Od granicy 5000 dni lepsza jest przynajmniej o tyle, że dużo łatwiej to policzyć). Dlaczego w takim razie w tak wielu kwestiach jest ona zupełnie inna, gdy rzecz dotyczy tego samego: powyżej jakiego wieku człowiek jest "dorosły"? O ile pamiętam, na posła trzeba mieć 21 lat, na senatora 30, a na prezydenta 35. A oprócz tego: kodeks cywilny mówi, że nieletni staje się pełnoletni poprzez zawarcie aktu małżeństwa, zaś zakończenie tego małżeństwa nie powoduje przywrócenia nieletności. Teraz mam kwestię, na którą odpowiedzi nie chce mi się sprawdzać samemu - może którymś Komentatorom się zechce?
Czy sprzedaż alkoholu i papierosów w Polsce 17-letniej mężatce jest legalna? (A jeśli tak, to czy legalna jest w/w sprzedaż, jeśli kupuje np. 12-latka, która zawarła małżeństwo za granicą zgodnie z miejscowym prawem?)
I pytania poboczne: jak łatwo/trudno było znaleźć tę informację w Internecie i ile to zajęło czasu? Znalezienie w komentarzach pod niniejszą notką się nie liczy :-) Oraz: jaki Państwa zdaniem odsetek sprzedawców tę odpowiedź zna?
To tyle, jeśli chodzi o przejrzystość granicy - która, owszem, gdyby wynosiła 18 lat i dotyczyła wszystkich aspektów dorosłości, byłaby dla mnie akceptowalna.
Swoją drogą: taki problem możliwy jest tylko w zbiurokratyzowanym ustroju. W normalnej monarchii do głowy by nikomu nie przyszedł, bo tam niepotrzebne jest coś takiego, jak urzędowa kategoria osób dorosłych. Granica (18 lat, 5000 dni, czy dowolna inna sztuczna) potrzebna jest chcącym wszystko i wszystkich kontrolować i regulować urzędnikom - nie zwykłym ludziom!
Nie rozumiem jednak dlaczego w dyktaturze (przez niektórych zwanej monarchią) nie miałby istnieć ustalony wiek dorosłości? Co z prawem jazdy, sprzedażą alkoholu, papierosów, narkotyków, pedofilią, odpowiedzialnością prawną?
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą